Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 17-19.06.2011
Czwartkowy wieczór i dziwne uczucie, że zapomniałam spakować do plecaka czegoś ważnego. Jeszcze raz przeczytałam wiadomość od Owieczki, żeby się
więcej »
Czwartkowy wieczór i dziwne uczucie, że zapomniałam spakować do plecaka czegoś ważnego. Jeszcze raz przeczytałam wiadomość od Owieczki, żeby się upewnić. Myślę, myślę... Chyba wszystko jest. Wcisnęłam jeszcze dodatkową parę butów i nastawiłam budzik na piątą.
Rano czekała mnie podróż do Torunia, następnie na Dworzec Wschodni, skąd pociągiem bezpośrednio miałam dojechać do punktu naszego spotkania - Malborka. Znakiem rozpoznawczym przyszłych Patrolowców okazał się duży plecak. Już w Toruniu poznałam Karolinę, Paulinę i Michalinę. Tym samym pociągiem jechali też Ania i Misiek, który kilka godzin później został liderem grupy, do której trafiłam ;) Przez całą drogę krople deszczu spływały po szybach, mimo to nie traciłyśmy dobrego humoru.
Do Malborka dotarłyśmy planowo. Przed dworcem bez trudu znalazłyśmy 'naszych', którzy bawili się w najlepsze. Zadaniem nowo przybyłych osób było przedstawienie się w sposób, który sprawi, że nasze imiona zostaną zapamiętane. Około 10.30 zjawili się instruktorzy - Wera i Krzysiek, którzy zaprowadzili nas do autokaru. Pierwsze zadanie - ułożyć piosenkę o nas, szkoleniu itd. Tekst, mówiąc szczerze do ambitnych nie należał ale chwytał za serce i towarzyszył nam aż do niedzieli ;))
Po około czterdziestu minutach kierowca zatrzymał się w lesie gdzie czekali na nasz pozostali instruktorzy. Zostaliśmy podzielenie na cztery grupy: Czerwonych, Żółtych, Zielonych i Niebieskich. Rozdanie sprzętu, szybki wybór liderów i mogliśmy ruszać.
Na pierwszy sprawdzian naszych umiejętności nie musieliśmy długo czekać. Huk, dym, krzyk czyli jednym słowem pozoracja. Poszło nam całkiem nieźle. Znaleźliśmy wszystkich poszkodowanych, wezwaliśmy pomoc (co prawda dwa razy). Nikt tylko nie pomyślał o rzeczy istotnej - by nie zostawiać plecaków i sprzętu na środku drogi, utrudniając dojazd służbom ratunkowym.
Kolejnym punktem było przejście przez most zaufania - linie rozwieszonej między drzewami nieco ponad wysokimi pokrzywami. Jak się okazało nie było to trudne, liczyło się, jak sama nazwa wskazuje - zaufanie.
Nie myślcie sobie, że zdradzę wszystkie szczegóły jak wykonać zadania. Nie opowiem nawet o wszystkich bo najzwyczajniej na świecie brakuje mi słów by je opisać ;) Znalazł się czas na chwilę odpoczynku i zregenerowanie sił przed dalszą podróżą. Najedzeni i pełni zapału dotarliśmy do kolejnego mostu,tym razem zawieszonego nad rzeką, przejście przez niego było dla mnie najfajniejszym zadaniem.
Zaczynało robić się ciemno, na szczęście jeszcze tylko przeprawa przez jeziorko (?) i jesteśmy w ośrodku. To, że dostaliśmy dodatkową oponę i wskazówkę by przepłynąć przez nie na tratwach nie wzbudziło naszych podejrzeń. Załadowaliśmy plecaki i weszliśmy do wody, najpierw po kolana, później po pas, znów po kolana i gdy byliśmy w połowie drogi niespodzianka! Bagno i pełno wodorostów! W pewnym momencie było na prawdę ciężko, ale Patrolowcy się nie poddają :)
Mieliśmy chwilę na przebranie się i zjedzenie kolacji, po której zaczęły się wykłady z pierwszej pomocy trwające do późna. Dostaliśmy też czerwone koszlulki Pokojowego Patrolu, które od razu ubraliśmy i z dumą nosiliśmy. Po drugiej w nocy byliśmy w Zielonej Szkole, gdzie mieliśmy nocować. Po szybkim prysznicu i rozmowach dwie godziny snu (lub jak kto wolał - mniej).
Od samego rana wykład z Musashim, jednym z „Niebieskich”. Następnie śniadanie i do Szadowa na zajęcia praktyczne z resuscytacji z wykorzystaniem defibrylatora zakończone egzaminem. Po tym każda z grup otrzymała mapę z punktami, gdzie do wykonania mieliśmy różne zadania m.in. wniesienie beczek z wodą na stromą skarpę, przejście na drugą stronę wyznaczonego terenu bez dotykania ziemii oraz przeprawa przez rzekę po linie (na żabę lub lewica ;)), rozmowa z Panem Darkiem i Masashim. Karina nauczyła nas bandażowania, Krecik - wyjmowania ofiar z samochodu a Burza Loków - przygotowania poszkodowanych do transportu.
Po tych zadaniach czas na kolejne wykłady, w czasie których poznaliśmy zasady triażu. Wybraliśmy koordynatora i nowych liderów poszczególnych grup, którym zostały przydzielone zadania w czasie kolejnej pozoracji.
W nocy ruszyliśmy drogą prowadzącą na bagno i... wybuch, dym, wypadek samochodowy, poszkodowani! Pierwsza grupa poszła sprawdzić czy jest bezpiecznie i czy kolejne osoby mogę wejść do akacji. Druga ekipa, zajmująca się transportem po otrzymaniu pozwolenia popędziła na przód. Medycy zajmowali się rannymi. Pierwsza część poszła sprawnie. Gdy schodziliśmy ze skarpy znów - krzyk, dym oraz głośna muzyka, haos i kolejni poszkodowani. Ten sam schemat. Udało nam się przenieść poszkodowanych do szpitala, na drugą stronę rzeki.
Zakończenie pozoracji, podsumowanie, chwila na przebranie i odpoczynek. Pogodna noc, ognisko, gitara i śpiew. Gdy zaczęło świtać autokarem pojechaliśmy do miejsca noclegu. Śpiewnik Żaby poszedł w ruch. Chcieliśmy nacieszyć się ostatnimi chwilami na szkoleniu.
W niedzielę rano egzamin pisemny u Pana Darka - wszyscy zaliczyli. Śniadanie i do Szadowa, gdzie na świeżym powietrzu dobyły się poprawki egzaminu praktycznego. Następnie oglądanie filmików i prezentacji oraz wykład Owieczki na temat Woodstocku. Rozwiała nasze wszelkie wątpliwości ;) Na koniec rozdanie dyplomów, certyfikatów, zaproszeń na szkolenie II stopnia i nagrody dla grupy Czerwonych, których serdecznie pozdrawiam (Czerwoni - Ałuuuu!). Nie można też zapomnieć o pamiątkowym zdjęciu na schodach ;)
Owieczka, Ania - Burza Loków, Karina, Pudzian, Wera, Janina, Buka, Krecik, Strażacki, Krzysiek, Lewy - dziękuję(MY) za niezapomniane szkolenie!
A w głośnikach Kult - Zegarmistrz światła i aż mi się przypomniał Kaka z gitarą. To chyba tyle..
Pozdrawiam - Aneta (Leva)
|
106. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 08-10.04.2011
Opowieść Kacpra:
Wstęp
07.04.2011r., czwartek, odliczanie do wyjazdu. Natłok myśli, podekscytowanie, analizowanie (...) czy wszystko spakowałem? (...) czy o niczym nie zapomniałem?
więcej »
Opowieść Kacpra:
Wstęp
07.04.2011r., czwartek, odliczanie do wyjazdu. Natłok myśli, podekscytowanie, analizowanie (...) czy wszystko spakowałem? (...) czy o niczym nie zapomniałem? (...) jak tam będzie? (...) czego mogę się spodziewać? itp. itd.
DZIEŃ I
Nareszcie wyjazd, godzina 12:00. W końcu jestem na miejscu. Malbork, 07:00 na zegarku. Poranek, cisza, spokój, kawka, sklep... i nagle są! Dwóch pierwszych „Patrolowców” (Złoty i Darek – Kraków) przygoda się zaczęła! Ruszyliśmy zwiedzać. Pierwsza misja: Podbić Zamek... niestety, wszystko pozamykane. Po obejściu miasta wzdłuż i wszerz dostrzegliśmy ludzi z plecakami. Nie myliliśmy się, to nasi! Coraz większa ekipa, dużo śmiechu i minuta po minucie następni:) Jesteśmy w komplecie. Czekamy na Kogoś w żółtej koszulce... zza budynku wychodzi uśmiechnięty od ucha do ucha EMO! Szybkie sprawdzenie obecności i do autobusu.
Niecałą godzinkę trasy wykorzystaliśmy co do sekundy - na początek krótka zabawa (bardzo dziękujemy EMO-wi za podsunięcie pomysłu), nie minęło kilka minut i znaliśmy już swoje imiona. Pierwsze zadanie: ułożyć piosenkę o Szadowie, Jurku, Woodstocku, Orkiestrze, Patrolu (Mnóstwo śmiechu i mały problem z rymowaniem). Nieoczekiwanie autobus zatrzymuje się w środku lasu, wysiadamy. Czekają na nas Owieczka, Paluszek, Pudzian, Przemo i Buka. Szybkie przywitanie, podział na grupy. Rozdanie sprzętu, apteczek, wybór liderów grup i w drogę! Zadanie: zbudować tratwę i przedostać się na drugi brzeg. Wspólna konstrukcja i na wodę! Załadowaliśmy połowę plecaków i wskoczyliśmy w pięciu. Za dobrze wszystko szło i zastanawialiśmy się gdzie tu jest haczyk... i mieliśmy rację! Cztery metry od brzegu tratwa zatrzymuje się, wąski przesmyk, więc dwie osoby do wody, ciągniemy, ciągniemy i nagle pęka dętka (siedział na niej „Złoty”, widok jego miny i reakcji bezcenny!!!) wszyscy w wodzie, lecz plecaki uratowane! Powrót praktycznie połową „tratwy” po kolejnych „Patrolowców”. Obyło się bez kąpieli, wszyscy pomyślnie znaleźli się na drugiej stronie. Pakowanie sprzętu i w drogę. Pada, wieje, ale w świetnym humorze idziemy pewnym krokiem, pokonując następne zadania i kilometry. Po pierwszym posiłku, najedzeni ruszamy na kolejną misję: przeprawa przez rzekę na moście linowym (nad bezpieczeństwem czuwali Brzostek i Spiżu). Po zakończeniu zadania ognisko (każdy chciał się ogrzać, więc uwinęliśmy się w szybkim tempie). Krótki odpoczynek i pierwsza pozoracja: wołanie o pomoc, wystrzały petard, próba opanowania chaosu... nieudana. Uwagi od instruktorów i następne podejście (poszło troszkę lepiej, lecz oczekiwań „żółtych” nie spełniliśmy). Totalnie zmęczeni, przeżywając wielkie chwile słabości, podążamy naprzód. Zbliża się wieczór, godzina 20:00, następne ognisko. Nareszcie najbardziej oczekiwana chwila!!! Dołącza do nas Jurek! Po kilku jego opowieściach później – komenda: dwie minuty na uszykowanie i w teren! Zmęczeni, mokrzy, bez sił, lecz szczęśliwi, dotarliśmy na pierwszy etap wykładów. Nocleg w Brachlewie (niedługi, ponieważ rozmowy trwały do czwartej rano).
DZIEŃ II
6:00 rano, pobudka. Chwila na ogarnięcie się i wykład z Musashim, jednym z „Niebieskich”. Po zjedzonym śniadaniu jazda do Szadowa. Pozoracja druga: Nagle Policja, wypadek, cztery osoby poszkodowane. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej ruszamy na pomoc... Nawet nieźle nam poszło:). Po zakończeniu zadania udajemy się do Centrum na kolejny etap wykładów.
Znów w terenie, piękna pogoda, kolejna misja: liczy się tylko i wyłącznie zgranie, nie ma indywidualności! Wszystko przebiega bez większych komplikacji do momentu: dopłynąć kajakiem na wyspę i przybić piątkę Piotrusiowi. Nieobeszło się bez kąpieli w bagnie... Dalej grupa u Brzostka, gdzie trzeba było wspiąć się na wieże zrobioną wspólnie ze skrzynek. (Tu najlepiej poradziła sobie Słoneczko! Pobiła rekord, aż dziewiętnaście! Wielkie brawa!). Przerwa na obiad i wykłady z Panem Darkiem. Po 23:00 alarm nocny, kolej na manewry, mimo zmęczenia nikt się nie poddaje. Latarki, apteczki, deski, mapa do ręki i w las... Liderem grupy był Grześ, wydawał polecenia i wcześniej podzielił nas na grupy według zasad triażu. Ruszamy, nagle za nami wybuchy i wołanie o pomoc. Zawracamy, biegniemy ile sił w nogach. Lider zezwala na wejście, jest bezpiecznie. Wielu poszkodowanych, głośna muzyka, dużo dymu (jak tu się ogarnąć?). Grześ wydaje następne polecenia. Wszyscy ranni są bezpieczni, karetki już jadą! Każdy czeka na werdykt Jurka, który się bacznie przyglądał naszej reakcji oraz działaniom. Cała kadra zadowolona! Podołaliśmy! Dalej rannych na deski i w las... Było naprawdę ciężko, ale nikomu nie pozwoliliśmy zwątpić w siebie choć na chwilę, każdy dbał o siebie i kolegę obok (bo przecież chodzi o to, aby nikt nie został w tyle). Jesteśmy jednością! Grupą ludzi w czerwonych koszulkach zwaną „Pokojowym Patrolem”!
Podsumowanie szkolenia, wspólne ognisko, kiełbaski, śpiew. Nikt nie wiedział, na jaki pomysł wpadną jeszcze nasi Kochani Instruktorzy. Powrót do Brachlewa. Siedzimy na podłodze i przy gitarze zdzieramy gardła. Czwarta rano, nikt nie myśli o spaniu, każdy pragnie, aby ta chwila trwała jak najdłużej!
DZIEŃ III
Niedzielny poranek rozpoczął egzamin z Panem Darkiem. Pakowanie i do Szadowa, gdzie czekały poprawki (wszyscy zaliczyli!). Krótki wykład z Owieczką na temat pracy na Woodstocku, ostatnie pytania, rozdanie dyplomów i do domu... Łza w oku się kręciła, każdy posmutniał... Nie chcieliśmy wyjeżdżać, przez trzy dni staliśmy się jednym zespołem, całością, dla której różnice nie miały najmniejszego znaczenia. To właśnie jest piękne, dwadzieścia jeden osób zajmujących się na co dzień zupełnie czymś innym stworzyło stan, którego nie da się opisać, a który trzeba przeżyć! Więc bardzo Wam dziękuję, Arturowi, Groszkowi, Bizonowi, Kaśce, Anice, Oli, Paulinie, Adrianowi, Maćkowi, Przemkowi, Uzdiemu, Grzesiowi, Młodemu, Słoneczku, Sikorowi, Złotemu, Darkowi, Monice, Piotrkowi i Michałowi! za to, że byliście, jesteście i będziecie! Wielkie Dzięki Fundacji! Jurkowi i instruktorom za to, że tak nas zbliżyliście, za to, że staliśmy się jedną wielką rodziną!
Teraz, gdy siedzę w domu, mam odczucie, że czegoś mi brakuje, ogromna pustka. Tęsknię strasznie za magicznym miejscem, jakim jest Uniwersytet WOŚP i za Wami Drodzy koledzy i koleżanki! Szkolenie się skończyło, ale pamiętajcie PRZYGODA TRWA I BĘDZIE TRWAĆ! Przed nami szkolenie drugiego stopnia, później Woodstock, a w międzyczasie spotykamy się na biwaku.
Peace&Love! - Kacper |
103. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 05-07.11.2010
Opowieść Jożina
Pewnego dnia, a było to letnią porą, ja człowiek już stateczny postanowiłem zrobić coś nowego, innego. W głowie mojej
więcej »
Opowieść Jożina
Pewnego dnia, a było to letnią porą, ja człowiek już stateczny postanowiłem zrobić coś nowego, innego. W głowie mojej zakiełkowała myśl o przystąpieniu do Pokojowego Patrolu. Za namową znajomych, będących już Patrolowcami, postanowiłem zgłosić się na szkolenie.
Procedura jest zawsze bardzo prosta – wysłać zgłoszenie i czekać, aż odezwie się Owieczka. Potem już tylko spakować się i do dzieła. Oszczędzając Wam szczegółów podróży, rozpocznę właściwą część opowiadania od spotkania w Malborku.
Przywitał na Zimba – jeden z wielu instruktorów, jakich przyszło nam poznać. Pojawił się także Jurek Owsiak, co było dla mnie, i jak sądzę dla pozostałych dłużyn, zaskoczeniem. Kilka siarczystych słów i jeżeli ktoś miał wątpliwości czy powinien tu być – właśnie je rozwiał.
Zapakowani do autokaru ruszyliśmy na spotkanie z przygodą. Oczywiście podczas podroży nie zabrakło dywagacji na temat tego, co dla nas przygotowano i nawet nie spostrzegliśmy, kiedy dotarliśmy na miejsce.
Na boisku czekali na nas kolejni instruktorzy. Od tego momentu przestały istnieć podziały tzn. nie ważne, kto był z jakiej miejscowości , kto czym się zajmował nie wspominając już o różnicach wiekowych. podział podzielono nas na drużyny, sprzętu przydzielono sprzęt, wyjaśniono kilka podstawowych zasad i do boju.
Najpierw rozegraliśmy spotkanie towarzyskie w piłkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego poza faktem, że każda z drużyn była spięta ze sobą i tworzyła zwarty szereg, a piłka była wielkości małego fotela. Jak się później okazało ta niewinna zabawa dała zaczątek do współpracy pomiędzy drużynami, która była nieodzowna przy kolejnych zadaniach.
W tym miejscu zaznaczę, że celowo nie opiszę wszystkich zadań, jakie musieliśmy wykonywać, bo czym byłaby przygoda gdyby znany był jej scenariusz?
Po meczu ruszyliśmy z na pozór dziwnymi przedmiotami marszem w stronę lasu. Dziwnymi przedmiotami były: dętki z samochodów ciężarowych, puste transportery po napojach, beczki, deski, lina, kawałek drąga.
Kolejnym wyzwaniem stały się bagna. Jak niesie wieść gminna podczas jednej z potyczek ze Szwedami w czasach zamierzchłych,oddziały tychże wojsk fortelem zapędzono na bagna, gdzie miały się potopić. Na owych bagnach czekała na nas słodka niespodzianka, a żeby nie było tak łatwo musieliśmy ją sami znaleźć korzystając ze wskazówek. Nawiasem mówiąc właśnie tam moje buty i spodnie zasmakowały bliskiego kontaktu z wodą.
W następnym zadaniu okazało się, że nie tylko współpraca, ale i odrobina podstawowej wiedzy o Fundacji pozwalają na zdobycie pewnych przywilejów w postaci pożywienia. Wystarczyło znać odpowiedź na trzy losowe pytania i można było się odrobinę posilić.
W ferworze opowieści zapomniałem wspomnieć o naszych instruktorach, którzy towarzyszyli nam przez cały okres pobytu w Szadowie, a byli nimi: Zimba, Maja, Radosna, Aniołek, Pudzian, Wrona, Kris, Jabol, Owieczka, Dźwigowy, Gajowy, Spiżu, Emo i oczywiście Jurek. Jeżeli kogoś nie wymieniłem to przepraszam i dobrowolnie poddaje się karze, jaka zostanie mi wymyślona.
Po posiłku ruszyliśmy dalej, jak długo szliśmy nie pamiętam. W końcu dotarliśmy do bagienka zwanego „bagnem Gonza”. Nazwa wzięła się z tego, że kiedyś znaleziono tam identyfikator z taką ksywką, ale właściciela już nie. Do wyboru były dwie alternatywne formy wykonania zadania – albo przejście po linie, albo budowa tratwy i tu przydatne były te dziwne przedmioty, które tachaliśmy ze sobą. Tutaj jeż jeden z uczestników zaliczył kompleksową kąpiel w bajorku. Pozdrowienia dla „Jack”. Warto wspomnieć, że nad bezpieczeństwem czuwali Gajowy i Spiżu.
Potem znowu marsz – dodatkowo dostaliśmy do niesienia cztery skrzynie. Już po zmroku dotarliśmy do Szadowa. Potem wykładem uraczył na Pan Darek i wreszcie nadszedł czas na ciepły posiłek.
Noc oczywiście w Brachlewie – co się tam działo, niech pozostanie moją tajemnicą.
Rano śniadanko i wykład z Panem Darkiem tym razem w towarzystwie Musashiego. Potem powrót do Szadowa, gdzie czekały nas kolejne zmagania z terenem – 7 punktów do zaliczenia – a między innymi małpi gaj, użycie deski ortopedycznej, kołnierza i pajączek. Potem seria wykładów i egzaminy. Dzień wieńczył wykład z Jackiem na temat Triage, a potem…
Godzina 0.00 ALARM!
Zdarzenie masowe. Samochód na ostrym zboczu, trzy osoby poszkodowane. Krew, flaki, krzyki – totalny chaos. Wierzcie mi albo nie - ogarnięcie tego wszystkiego w pojedynkę za pierwszym razem jest niemożliwe. Wspomnę tylko, że okiełznać 40 osób poznanych w ciągu zaledwie dwóch dni graniczy z cudem.
Po tym zdarzeniu marsz przez las, a żeby nie było łatwo - cztery deski równa się czterech poszkodowanych, których trzeba było całą drogę nieść. Gdy już dotarliśmy z powrotem na miejsce, czyli do Szadowa, nastąpiło ogólne podsumowanie zadania i kilka słów ode mnie – głównie przeprosiny i podziękowania. Oczywiście zebraliśmy sprzęt i …
ALARM! – kolejne zdarzenie.
Pojawiły się płomienie i dym, huk petard i ostra muzyka. Zapłonęły dwa samochody i pełno ofiar. Tym razem poszło znacznie sprawniej – przeżyło więcej osób.
Kolejny dzień, już ostatni, zakończony został wykładami z Jackiem na temat Przystanku Woodstock. Potem certyfikaty, wyróżnienia i obowiązkowa wspólna fotka, która zawiśnie na ścianie w Szadowie – Młyn.
Słowem podsumowania – dbajcie o siebie i innych, dużo rozmawiajcie i poznajcie się nawzajem. Zgłaszajcie się i przyjeżdżajcie do Szadowa. Naprawdę warto.
Pozdrawiam – Jożin.
|
Szkolenie II stopnia 2 - 4 lipca 2010 - Specjalne szkolenie w Warszawie
Opowiadają Bartek i Pokahontas
Bartek: Szkolenie II stopnia, 2-4 lipca 2010r. Chyba jedno z bardziej nietypowych szkoleń w historii WOŚP. Wszystko
więcej »
Opowiadają Bartek i Pokahontas
Bartek: Szkolenie II stopnia, 2-4 lipca 2010r. Chyba jedno z bardziej nietypowych szkoleń w historii WOŚP. Wszystko zaczęło się dla mnie już kilka dni przed. Planowanie, pakowanie się a przede wszystkim myślenie nad tym na co się naszykować, przecież to pierwsze tego typu szkolenie w Warszawie a nie w Szadowie... Kąpiel w Wiśle? Marsz z deskami, dętkami i skrzynkami po Jerozolimskich? A może pozoracja w Złotych Tarasach?
Pokahontas: A może pozoracja na Starówce, a może przeciągną nas przez Las Kabacki, a może mamy na tratwach dopłynąć do morza? Zdarzyć mogło się wszystko jak na patrolowe pomysły przystało.
Bartek: Piątkowa zbiórka, godzina 12, Kolumna Zygmunta na Starym mieście. Razem z Kaś stawiliśmy się chyba jako pierwsi. Już wiedzieliśmy, że będzie to ciężki dzień chociażby ze względu na upał. Ale tak jak wszyscy byliśmy uśmiechnięci i cieszyliśmy się, że to kolejny weekend z Patrolem. Po zbiórce podzielono nas na 6 grup i rozdzielono zadania... Jakie? Poznać Warszawę jeszcze lepiej, zrobić sobie zdjęcie w różnych, mniej lub bardziej znanych miejscach, z bardziej lub mniej spotykanymi zwierzętami :) Każda grupa biegała sobie do godzin popołudniowych, aż do kolejnej zbiórki.
Po wykwintnym obiedzie trochę nauki, oraz rozwiązywania typowych Woodstockowych problemów z jakimi na pewno spotkają się Liderzy. Późnym wieczorem ostatnie zadanie - znaleźć i dotrzeć do akademika, w którym będziemy spali. Udało się, dotarliśmy, ale raczej nikt nie myślał o spaniu, bo przecież czeka nas jeszcze przygotowanie prezentacji i przede wszystkim każdy wiedział, że noc to świetny czas kiedy można się zintegrować.
Pokahontas: Prezentacje powstawały jak grzyby po deszczu, pomysłów nie brakowało, ale i tak największą atrakcją po upalnym dniu okazał się prysznic! :D
Bartek: W sobotę wczesnym rankiem, po krótkim śnie (kładliśmy się spać jak już było jasno) ruszyliśmy w poszukiwaniu nowego miejsca zbiórki. Okazał się nim jeden z warszawskich parków, gdzie czekało na nas nie proste zadanie - przygotowanie wielkiego pikniku dla dzieci czyli nauka pierwszej pomocy, oraz pomoc techniczna. I znowu największym problemem był upał, bo jak to w Pokojowym sił i chęci do pracy raczej nie brakowało :) Malowanie koszulek, robienie naszyjników i bransoletek czy "Pająk" z liny to niektóre z atrakcji jakie mieliśmy okazję przygotowywać dla najmłodszych. Największym podsumowaniem i podziękowaniem dla nas od organizatorów była chyba możliwość wypuszczenia w niebo 20 pięknie wyglądających "chińskich lampionów". W tej chwili każdy z nas mimo ciężkiego dnia cieszył się z tego co robi.
Pokahontas: Dzień kolejny również przyniósł zadania i problemy, które trzeba było rozwiązać. Przy pozytywnej muzyce zbieraliśmy pieniądze i pomagaliśmy w ogólnej organizacji akcji STOP POWODZIOM. Po godzinie 19, gdy wszystko posprzątaliśmy nadszedł czas na zakończenie naszego szkolenia i wyznaczenie Liderów i Instruktorów. Cała grupa spisywała się super, integracja była na wysokim poziomie, kolejny raz spędziliśmy z Patrolową rodziną cudowne chwile, których na pewno nie zapomnimy. Dostaliśmy mega kopa pozytywnej energii, który pozwoli nam czerpać wiedzę i działać z jeszcze większym przekonaniem. Bardzo dziękujemy za możliwość przybycia na szkolenie, za wspaniałe 3 dni. Dziękujemy Instruktorom i Liderom za mobilizację do nauki i poszerzania horyzontów. Dziękujemy także załodze autobusu 159, która pomogła nam dotrzeć do jednego z punktów:).
|
Finał Ekspedycji Pokojowego Patrolu 2010 - Szadowo Młyn 18-20.06.2010
Opowiada Paulina:
Kolejny raz w Szadowie! 18-20 czerwca dane nam było spotkać się w gronie wybrańców i przeżyć kolejną przygodę życia.
więcej »
Opowiada Paulina:
Kolejny raz w Szadowie! 18-20 czerwca dane nam było spotkać się w gronie wybrańców i przeżyć kolejną przygodę życia. Zgodnie ze zwyczajem, spotkaliśmy się na dworcu w Malborku, po czym zostaliśmy przewiezieni do lasu.
Nie, nie będę psuła przyszłym uczestnikom ekspedycji zabawy i nie powiem co się działo. Jak wiemy wszystko owiane jest wielką tajemnicą, do wykonania mamy zadanie domowe, następnie przyjeżdżamy, i tak naprawdę zmagamy się sami ze sobą i dopiero na końcu dowiadujemy się, gdzie pojedziemy. Ale jest warto!
Działając w grupie można pokonać największe trudności. Nastawić trzeba się absolutnie na wszystko, bo instruktorom nie brakuje weny i wymyślają przeróżne zadania ;) Dlatego tak jak na szkoleniu przydadzą się ciepłe bluzy, kurtka przeciwdeszczowa, wyśmienity humor i KONIECZNIE coś przeciwko komarom i coś po ukąszeniach. Ich ataki są zawsze masowe i nie odpuszczają nikomu, a jak się zawezmą, to tylko drapanie może uratować.
Dlatego zachęcam, jeżeli tylko dostałeś zaproszenie od Fundacji, postaraj się poprzesuwać wszelkie plany, bo to, co można przeżyć na miejscu, jest fantastyczne. Grupa pozytywnych ludzi z głowami pełnymi pomysłów, pokonywanie własnych barier, ogromne wsparcie i niezapomniane noce z gitarą przy ognisku (podziękowania dla Spiża i Żaby za akompaniament;) „urwać mu jaja!” masz zapewnione. A wspomnienia same będą się domagały powrotu do Szadowa.
Oczywiście ogromne gratulacje dla Kasi, Dominiki, Michała i Kacpra! Podbijcie Maroko Kochani i czekamy na relacje! ;)
|
98. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 28-30.05.2010
Z domu wyjechałam po osiemnastej w czwartek. Dojazd do Chełma samochodem, a po dziewiętnastej bus do Elbląga. Do Malborka pociąg
więcej »
Z domu wyjechałam po osiemnastej w czwartek. Dojazd do Chełma samochodem, a po dziewiętnastej bus do Elbląga. Do Malborka pociąg po czwartej. Tutaj kilka godzin czekania na to, aż ktoś się pojawi. Niestety, pierwszych przyszłych Patrolowców spotkałam dopiero po godzinie dziewiątej (z tego, co pamiętam).
Po centrum Malborka to ja już mogę kogoś oprowadzić, pokazując, co, jak i gdzie. Ciche, puste miasto, w którym o tej porze jeszcze nic się nie działo. Kilkukrotne kursowanie pomiędzy dworcem PKP, a zamkiem czy deptakiem, na którym oczywiście wszystko było pozamykane. No więc co mi pozostało? Krążenie wokół zamku bez celu, przejście na drugą stronę Nogatu. Mówiąc krótko - nuda. No i do tego jeszcze wizyta w McDonaldzie, doprowadzenie się do ładu po podróży i śniadanie. Jak się okazało siedzieli koło mnie trzej przyszli Patrolowcy (niestety nie dogadaliśmy się tam, udało się to nam dopiero jak spotkaliśmy się znowu już czekając na autobus).
W pewnym momencie będąc na dworcu PKP spotkałam grupę interesująco wyglądających ludzi. Wszystko wskazywało na to, że to "oni", ale jakoś nie byłam do końca pewna i nie zapytałam. Stałam niedaleko nich, podeszła do mnie jedna z osób i powiedziała: "Cześć, jestem Ania", ale to w dalszym ciągu nie dało mi stuprocentowej pewności. Uznałam, że podejdę i się upewnię - miałam rację, więc dalej czekaliśmy już razem. W miarę upływu czasu było nas coraz więcej, a w pewnym momencie wypatrzyliśmy dziewczynę w charakterystycznej czarno-żółtej koszulce. Była to Kfiatek, jedna z naszych instruktorek (myślałam, że więcej ich tam będzie nas odbierać). Trochę formalności, czekania na resztę i wyruszyliśmy w nieznane. Miły pan kierowca zawiózł nas w środek lasu, o czym mówiło między innymi zakończenie naszej szkoleniowej piosenki ("Do lasa, do lasa, do lasa - wywieźli nas!"). Tam czekało na nas już więcej osób, między innymi Owieczka i Jurek. Kilka słów wstępu, podział na grupy, plecaki na plecy, sprzęt na siebie i w drogę. Od tej pory nie było już "JA", pozostało "MY".
Pierwszy odcinek wiódł przez tory kolejowe, więc szło się odrobinkę niewygodnie, zwłaszcza z belkami czy innymi rekwizytami na barkach. Zatrzymaliśmy się na mostku, nad rzeczką. Niektórzy poszli na linkę zjechać do rzeki, reszta poszła na integracyjne zabawy, głównie z instruktorką Asią z tego, co pamiętam. Papużka, słoń, żyrafa, toster, pralka - to tylko niektóre zwierzęta, którymi "byliśmy". Przyszedł też czas na powiedzenie paru słów o sobie siedząc w kółeczku. W międzyczasie pojedyncze osoby szły na most do czwórki czarno-żółtych.
Drugie zadanie to spodziewana, wyczytana w Internecie, obejrzana na zdjęciach i filmach przeprawa przez rzekę zbudowanymi przez nas tratwami, na których w końcu były głównie nasze plecaki w workach. Po wyjściu z rzeki szansa na przebranie się w suche ubrania i w drogę.
Tak się zastanawiałam, co było dalej w kolejności, ale na pewno kolejny odcinek do przejścia. Zadania, które czekały nas potem to między innymi chodzenie po naprężonej linie trzymanej przez wszystkich stojących w okręgu. Była też gra w piłkę, ale dość nietypowa, bo nie dość, że piłka była bardzo duża to jeszcze byliśmy pospinani swoimi lonżami i karabińczykami, podzieleni na dwie grupy, a jako bramki służyły cztery patrolowe skrzyneczki.
Śniadanie na jakiejś leśnej polance czyli chleb, po który trzeba było sięgnąć na wysokość kilku metrów, jedynym rozwiązaniem okazała się piramida złożona z członków dwóch grup. (…)
Później było nieudolne śpiewanie naszej piosenki przed wejściem do lasu, został z nami tylko jeden instruktor - w tym czasie reszta szykowała się na pozorację. Niedługo po tym, kiedy weszliśmy do lasku, rozległ się huk i pojedyncze wybuchy - znak, że coś zaczyna się dziać.
Znaleźliśmy kilkoro poszkodowanych, którym usiłowaliśmy pomóc, ale nie wyszło nam to tak, jak powinno - było dość dużo zastrzeżeń, jednak nie ma się co dziwić - byliśmy jeszcze po prostu zieloni (nie obrażając Zielonego :P). Później kilka mocnych słów Jurka, ale to tylko dodało nam motywacji, aby następnym razem bardziej się postarać i przede wszystkim ustalić jakiś plan wspólnego działania, bo tą pozorację może określić tylko jedno słowo - chaos.
Kolejna odległość do przejścia i naszym oczom ukazał się uniwersytet. Nie biegliśmy co prawda do niego jak na złamanie karku, ale z pewnością każdy poczuł ulgę, że to już tu. Pierwsza wizyta w młynie, pozostawienie gratów, porozwieszanie mokrych ubrań i na wykłady, przed którymi nastąpił jeszcze pierwszy normalny obiad. Po wyłożeniu teorii podzieleni na grupy udawaliśmy się w najróżniejsze zakamarki uniwersytetu, aby w praktyce przećwiczyć nabytą wiedzę w paroosobowych grupach z instruktorem.
No i nadszedł czas na odpoczynek. Autokarem dojechaliśmy do Brachlewa i w tamtejszej Zielonej Szkole mieliśmy noclegi. Tylko jakoś tak wyszło, że niewielka część z nas poszła spać. Reszta szukała jakiegoś ciekawego zajęcia. Takim okazała się na przykład gra znana z filmu "Bękarty Wojny" - przyklejanie do czoła karteczek i wielka zagadka - "kim ja jestem?". Potem było też granie na gitarze (tutaj ukłony w stronę Spiża- instruktora, który odważył się z nami zostać, Adama- mapowego i Zduna-lidera niebieskich) i śpiewy do samego rana. Najwytrwalsi jeszcze około godziny szóstej rano grali w Twistera znalezionego na półce przy stole.
Od siódmej wykłady (jeśli nie mylę dni to chyba tak właśnie było, chociaż może i niekoniecznie), w każdym razie na pewno dostaliśmy śniadanie i pojechaliśmy do Szadowa wykonywać przewidziane na ten czas zadania. Było ich osiem, ale nie każdej z grup udało się ukończyć wszystkie, bo niestety czas nas gonił. Warto wymienić zadania, przed którymi mieliśmy stanąć (kolejność będzie podana według naszej grupy czyli w tym przypadku niebieskich).
Na początek tyrolka czyli skośnie zawieszona lina, po której każdy z nas zjeżdżał, zatrzymując się gwałtownie w pewnym momencie i dyndając przez dłuższą chwilę, po czym był ściągany przez Gajowego. Niektórzy twierdzą, że to większa atrakcja niż bungee, ale czy tak rzeczywiście jest to trzeba pytać tych, którzy mieli okazję skoczyć na bungee, np. na Woodstocku.
Drugim elementem był rozbity samochód, z którego wyjmowaliśmy potencjalnie poszkodowaną osobę specjalnym chwytem tak, aby jej przy tej okazji nie uszkodzić.
(…)
Potem pod parasolem razem z Asią i chyba Kasią (chociaż wtedy to w sumie przewinęło nam się tam kilku instruktorów) poznawaliśmy tajniki bandażowania i w ogóle robienia różnego rodzaju opatrunków.
(…)
Później w lesie niedaleko za mostkiem przenoszenie plastikowego kubeczka z wodą na jakimś prześcieradle (czy co to było) pod górę i w dół - nie wszystkim grupom się to udało, o czym świadczyły mokre plany na materiale. Tutaj też krótki wykładzik prowadzony chyba przez Jacka na temat zachowania Patrolu na Woodstocku i o stosunkach z liderami.
Naszą siódemką był tak zwany leniwiec czyli przez linę na drugą stronę rzeki pod nadzorem Kasi. Tutaj też różne były techniki uniknięcia kontaktu z wodą, ale nikt całkiem suchy chyba nie wyszedł.
Były też kajaki, które część drużyn zaliczyła, ale nasza akurat nie, więc nie idzie tego opisać. Można tylko powiedzieć, że reszta była po kajakach dość... mokra.
Po tych atrakcjach całe popołudnie wykładów, ćwiczeń i egzaminów czyli wszystko, co miało nas prowadzić do zdobycia certyfikatu AHA. Bardzo dobrze zapoznaliśmy się z Małą Anią w trzech różnych wersjach - dorosły, dziecko, niemowlę. Także obsługa defibrylatora nie była nam już potem obca.
(…) Zaczęła się kolejna pozoracja, która była naszym głównym egzaminem.
Pierwsza część to samochód w głębokim rowie, którego zbocze było dość strome. Tutaj niestety brak koordynacji, niedogadanie się i niestety po raz kolejny pewien chaos nas zgubiły - zadanie trzeba było zaliczyć do nieudanych. Z pokorą przyjęliśmy kolejne uwagi co do naszego postępowania i drugie zadanie poszło już chyba dużo lepiej (o to, co się podczas niego działo trzeba pytać innych, gdyż autorka tego tekstu leżała nieprzytomna na noszach i wie tylko tyle, że była przenoszona z miejsca na miejsce, przez chwilę widziała ogień i dym jak ją ktoś podniósł pionowo, odrobinę się zamoczyła i miała dużo piachu w okolicach oczu).
Po powrocie grill za uniwersytetem. Gitara i śpiew towarzyszyły nam po raz kolejny. Tym razem do grających dołączyła Kfiatek, która także umilała nam czas później, w Brachlewie. Poza śpiewaniem wszystkim znanych utworów, instruktorzy zaserwowali nam kilka, dość nietypowych, zupełnie nieznanych nam kawałków, które mimo wszystko większości przypadły do gustu.
Około w pół do czwartej (chyba) pojechaliśmy do Brachlewa i tym razem znowu niewielka część planowała dłuższy sen. Ponownie głównym miejscem akcji był stolik na piętrze. Tej nocy mieliśmy już innych towarzyszy. Byli to: Kfiatek, jeden z naszych operatorów (jak on się nazywał, niestety nie pamiętam) i... Krzysiek (chyba dobrze zapamiętałam imię, jeśli nie - proszę o wybaczenie).
(…)
W Szadowie ankietki (…) i poprawkowe egzaminy dla tych, którym nie powiodło się dzień wcześniej. W końcu podsumowanie, dyplomy, nagrody, wyróżnienia no i... obracanie globusa, aby jeszcze kiedyś tu wrócić.
Tutaj kończy się moja opowieść z szadowskiego lasu, brachlewskiej szkółki czy pewnej dość mokrej momentami rzeki.
Z Malborka do Warszawy miałam okazję wracać z kilkoma Patrolowcami, więc na nudę w pociągu nie było co narzekać. Potem już każdy jakimiś swoimi różnymi ścieżkami dotarł do bardziej lub mniej odległego domu. Mnie się to akurat udało trochę po północy, więc w sumie już w poniedziałek.
Teraz pozostało tylko wspominanie tych wyjątkowo spędzonych chwil w niesamowitej scenerii i z naprawdę niezwykłymi ludźmi (mówię tu zarówno o instruktorach, jak i o uczestnikach szkolenia).
|
97. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 14-16.05.2010
Opowiadają Kama i Michał:
Witam bajecznie serdecznie,
Niezmiennie uśmiechnięta położyłam się wczoraj i śnił mi się... dalszy ciąg szkolenia! Śniłam, że buszuję
więcej »
Opowiadają Kama i Michał:
Witam bajecznie serdecznie,
Niezmiennie uśmiechnięta położyłam się wczoraj i śnił mi się... dalszy ciąg szkolenia! Śniłam, że buszuję po lasach. Śniły mi się rozmowy... Śniły piosenki, śniadania, wykłady!
Obudziłam się... już nie miałam się z kim podzielić moją nową piosenką. Nie miałam komu wykrzyczeć, że znów wstał nowy piękny dzień. Zaśpiewałam więc moim zwierzątkom (odkrywając pewien fakt, zwierzątko nie równa się człowiek). Śpiewałam myśląc o Was i innych serdecznych ludziach na świecie.
Ja wiedziałam, że gdzieś w świecie są kochający i szczęśliwi ludzie. Niektórych nawet osobiście sama znalazłam. Wiedziałam, że nie jestem sama w moich poglądach. Czułam ich istnienie. Wiedziałam, że kilku takich wspaniałych ludzi znajdę na szkoleniu, ale nie podejrzewałam że cała trzydziestka, to są tacy właśnie ludzie! Że cała kadra szkoleniowa to tacy właśnie ludzie!
Kocham wszystkich, co ze mną byli, spali w jednym pokoju, budzili o tej samej porze, szczęśliwi tak samo jak ja, kochający jak ja!
Zakochałam się w Fundacji Jurka Owsiaka, po raz wtóry, na nowo, na zawsze.
Ponieważ nie zdążyłam wcześniej, chciałam podziękować wszystkim za wspaniałą opiekę nad nami, za profesjonalne wyszkolenie. Tutaj wszystko aż kipi miłością do ludzi. Mój ulubiony prof. Darek także zaznaczał to w naszej funkcji: Mamy być przyjaciółmi. Przyjaciółmi nie tylko dla siebie i nie tylko dla woodstockowej ludzkości, ale dla całego świata.
I tak oto ogłaszam, że kocham Cię Świecie! Więc gonię śpiewać ;)
Pozdrawiam,
Kamila Pasierbek KAMA
Cześć,
Szkolenie rewelacja, jesteście prawdziwymi profesjonalistami, ciągle jestem pod ogromnym wrażeniem waszego przygotowania ale też pod względem przygotowania nas, kandydatów na to, co będzie się działo na Woodstocku. Wszelkie zajęcia - czy to wykłady, czy survival, czy Team building były fenomenalne. Pierwszy raz doświadczyłem tak aktywnego weekendu, szkolenia. Coś niesamowitego. (…)
Już dzisiaj wiem, że na szkolenie przyjedzie moja dziewczyna i mój brat, jak tylko skończą 18 lat. Opowiadałem znajomym o szkoleniu, to też byli zainteresowani i ciekawi, powiedzieli, że sprawdzą (nawet Pani, z którą siedziałem w pociągu). Dzisiaj też kupiłem sobie rękawiczki jednorazowe i maseczkę, aby mieć w plecaku na wszelki wypadek. Nawet jak jechałem metrem to patrzyłem na każdej stacji gdzie są AED’y. Niesamowicie zmienił się mój sposób spostrzegania rzeczywistości. A wszystko dzięki Wam.
Bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję Jurkowi Owsiakowi, Wam instruktorom i wszystkim uczestnikom tego szkolenia za niesamowitą atmosferę, wiedzę jaką zdobyłem i czas z Wami spędzony.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam
Michał Majchrowski
|
92. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 26-28.02.2010
Opowieść Pauliny
SZADOWO, 26-28.02.2010
Wieś pod Kwidzynem. Teoretycznie niewyróżniająca się niczym specjalnym. Jednak w piątkowe przedpołudnia po okolicznych lasach biega grupa młodocianych
więcej »
Opowieść Pauliny
SZADOWO, 26-28.02.2010
Wieś pod Kwidzynem. Teoretycznie niewyróżniająca się niczym specjalnym. Jednak w piątkowe przedpołudnia po okolicznych lasach biega grupa młodocianych „masochistów” w uprzężach do wspinaczki, kaskach i z ciężkimi plecakami na plecach. Miejscowa ludność już się przyzwyczaiła i Patrolowcy nie stanowią dla nich żadnej atrakcji. A kim są Patrolowcy? To ludzie szkolący się w pierwszej pomocy, aby pomagać innym podczas Przystanku Woodstock.
Ekspedycja zaczęła się w piątek rano na dworcu w Malborku, gdzie zebrała się ekipa pełnych zapału ludzi, którzy niczego nieświadomi na początek ruszyli w las. Tam dostaliśmy mapę i ekwipunek potrzebny do pokonania trasy i zostaliśmy podzieleni na grupy. Naszym zadaniem było dostanie się do Uniwersytetu w Szadowie. Po drodze okazało się, że musimy przechodzić przez rzekę, przez bagno, schodzić ze skarpy, chodzić po mostach linowych i udzielać pierwszej pomocy ofiarom strzelaniny. Już po pierwszej godzinie wiedzieliśmy, że nie mamy co liczyć na suche buty i czyste ubrania. Pod wieczór siedliśmy przy ognisku, gdzie wymieniliśmy się wrażeniami z Prezesem i instruktorami. Najbardziej zaskakująca była atmosfera wzajemnej pomocy. Cała grupa liczyła się z najsłabszymi. Chłopcy pomagali dziewczynom, nosili najcięższy sprzęt i transportowali poszkodowanych. Po ognisku udaliśmy się do Szadowa, gdzie rozpoczęliśmy naukę pierwszej pomocy. Dowiedzieliśmy się jak sobie radzić z zakrztuszeniami, utratą przytomności, utratą oddechu, oznakami wylewu i zawału. Wyćwiczenie wszystkiego do perfekcji na oddanych fantomach i pełnych cierpliwości instruktorach zajęło nam sporo czasu, więc na miejsce noclegu dotarliśmy dopiero koło 1 w nocy. Oczywiście nasz dzień jeszcze się nie skończył, ponieważ mniej więcej do 3-4 w nocy integrowaliśmy się ze sobą i maltretowaliśmy naszego nocnego opiekuna - Zimbę licznymi pytaniami na temat działania Fundacji i organizacji Pokojowego Patrolu. Zmęczeni, ale nadal pełni chęci do działania, poszliśmy spać.
Następnego dnia czekała nas ranna pobudka o 6.30, ponieważ od 7.00 zaczynały się wykłady. Poznaliśmy tajniki resuscytacji krążeniowo-oddechowej, dowiedzieliśmy się jak przywrócić czynności życiowe osobie dorosłej, dziecku i niemowlęciu. Po wyćwiczeniu nowo nabytych umiejętności przetransportowaliśmy się do Szadowa, gdzie na każdą grupę czekały mapy skarbów. W ciągu trzech godzin musieliśmy pokonać most linowy, uratować osobę poszkodowaną na lodzie, przetransportować poszkodowanego na noszach, przejść przez mur sięgający 3 metrów nad ziemią i przejść tzw. cyrklem. Potem rozpoczęliśmy serie wykładów z PANEM DARKIEM, który wprowadził nas w tajniki działania niebieskich służb porządkowych podczas Przystanku. Po obiadku wróciliśmy do medycznej edukacji i zapoznaliśmy się z urządzeniem nazywanym w skrócie ADE czyli Automatycznym Defibrylatorem. Następnie dowiedzieliśmy się jak postępować przy wypadkach masowych, jak współpracować, nie kłócić sie i co najważniejsze nie przeszkadzać sobie nawzajem. I teraz najważniejsza część szkolenia! Pozoracja praktyczna. Wypadek samochodowy. Czterech poszkodowanych dwóch w samochodzie, dwóch spadło ze skarpy. Nieprzytomni, wychłodzeni z rozległymi ranami. Po udzieleniu pomocy i ułożeniu na noszach musieliśmy zanieść poszkodowanych do karetki przez most linowy zawieszony nad rzeką. Następnie wejść z nimi pod górę i z niej zejść, ponieważ na dole czekało nas podsumowanie akcji i ognisko. Aż tu nagle niespodzianka! Kolejna akcja! Łapiemy sprzęt i biegniemy! Wszędzie dym, płonący samochód, ranni i rozentuzjazmowani "przeszkadzacze". Tym razem poszło nam stanowczo gorzej, być może dym, być może zmęczenie, a być może my sami sprawiliśmy ogromny i wszechobecny chaos. Mimo wszystko zaliczyliśmy i zostaliśmy dopuszczeni do ogniska z kiełbaskami. Po drugiej niestety przyjechał po nas autobus i musieliśmy wrócić na nocleg, gdzie tym razem z gitarami nie dawaliśmy spać innemu instruktorowi - Zielonemu. Do ok. 5 rano świętowaliśmy zaliczone pozoracje i poszliśmy spać.
Również w niedziele o 6.30 czekała nas pobudka ponieważ o 7.00 zaczynały się wykłady Pana Darka o ochronie imprez masowych. Następnie po ogromnym make-upie i wystrzałowym fryzjerze udaliśmy się na zawody grupowego chodzenia na nartach robiąc tło Prezesowi opowiadającemu o KOLEJNEJ REKORDOWEJ zbiórce funduszy na WOŚP!! Potem pół godziny stresu, czyli egzamin. W oczekiwaniu na wyniki już zaczęły się płacze i pożegnania. Nikt z nas nie przypuszczał, że w ciągu jednego weekendu można się tak bardzo zgrać… Po rozdaniu dyplomów i certyfikatów nastąpiła seria uścisków. Żółte koszulki instruktorów zmieszały się z czerwonymi koszulkami nowych patrolowców. Następnie już tylko autobus i pociągiem każdy w swoją stronę. Spotkamy się wszyscy na Woodstocku i tak, wiem, że wszyscy już tęsknicie i zastanawiacie się jak wrócić do Szadowa.. Ja robię w domu dokładnie to samo…
Paulina
|
92. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 26-28.02.2010
Opowiada Zielok
Piątek 26 lutego zaczął się bardzo wcześnie. Pobudka o piątej rano i oczekiwanie na transport, który zmierzał do mnie
więcej »
Opowiada Zielok
Piątek 26 lutego zaczął się bardzo wcześnie. Pobudka o piątej rano i oczekiwanie na transport, który zmierzał do mnie ze Śremu. Adrian przyjechał chwilę po piątej, wsiadłem w samochód i po drodze zabraliśmy jeszcze Mańka za Bydgoszczy, o którym słów kilka później. Nasza przygoda rozpoczęła się już w samej Bydgoszczy, po której trochę pobłądziliśmy, ale nasz nawigator – Maniek – dał radę. Po wyjeździe z Bydgoszczy obraliśmy już nasz punkt docelowy – Szadowo-Młyn.
Do Szadowa dojechaliśmy chwilę po dziewiątej. Przywitała nas ekipa instruktorów wraz z Owieczką, która przekazała nam, że lada moment wyjeżdżamy autokarem do Malborka, aby odebrać resztę uczestników szkolenia. Poinformowano nas, że mamy zabrać wszystko, co nam będzie potrzebne, bo do Szadowa wrócimy dopiero w niedzielę.
Przyjechał autobus, wsiedliśmy i była to nasza ostatnia 40 kilometrowa możliwość nabrania sił. W Malborku nikt się praktycznie nie znał, ale zebrała się ekipa 29 osób i gotowa do boju wyruszyła do następnego punktu programu. W autobusie każdy z nas otrzymał jajka, którymi miał się opiekować – mogę tylko powiedzieć, że moje wytrwało całe trzy dni i przez całe szkolenie było przy mnie. Teraz zajmuje ono honorowe miejsce na półce. Po nazwaniu naszych jajek i krótkich wygłupach typu „niedobre jajko, wypluj telefon” dojechaliśmy do szkoły w Brachlewie. Tam Jurek nas przywitał i powiedział krótko i zwięźle co nas czeka. Zaopatrzono nas w uprzęże, kaski, mapę, deski i inne niezbędne narzędzia, które będą nam potrzebne później.
Podzielono nas na grupy, wybrano lidera każdej z nich – tak się składa, że w mojej byłem nim ja i co najważniejsze nie zmieniono mnie później ;) – i padło ostatnie pytanie ze strony Prezesa: Czy ktoś chce jeszcze wrócić? Nikt się nie zgłosił, wszystkim jeszcze dopisywały humory i wszyscy chcieli już ruszyć dalej. Pierwsze nasze zadania to głównie zabawy integracyjne i zapoznanie się w grupach. Później zjedliśmy śniadanko i zaczęła się pierwsza pozoracja. Wybuch, hałas, dym i ogólny chaos – tak to mniej więcej wyglądało. Pozoranci podsumowali ogólnie akcje pozytywnie, instruktorzy też stwierdzili, że panował zbyt duży chaos. Z mojej grupy, jako lider, byłem zadowolony. Przed nami jeszcze wiele kilometrów. Buty miałem przemoczone, byłem mokry, spragniony, ale dumny z siebie. Późnym wieczorem zaszliśmy na „tereny pewnego dziada” i po krótkich rozmowach kazano liderom wymienić wszystkich członków grupy. Tak, tak na długo zapadną mi te osoby w głowie.
Aga – wspaniała dziewczyna, która każdemu była gotów pomóc. Z zakresu ratownictwa chyba najlepiej z nas dokształcona, co bardzo nam wszystkim się w późniejszym czasie przydało. Warto wspomnieć, że na końcowym egzaminie z medyka zdobyła „maksa”.
Kasienka – Bardzo dobra z zakresu ratownictwa. Idealna masażystka ;) i podobnie jak Aga otwarta dla wszystkich. Szkoda tylko, że męczyło ją to kolano i miała problemy z niektórymi zadaniami, ale była twarda i nie chciała rezygnować, a my staraliśmy się jak tylko mogliśmy pomóc.
Kama – Wytrzymała koło mnie na wszystkich wykładach, co mnie bardzo zszokowało, bo mało kto może ze mną wytrzymać. Spokojna a zarazem szalona. I pamiętaj na Woodstocku będzie okej ;).
Wojak – w późniejszym czasie zacząłem na niego wołać Chojrak. Człowiek nie do przebicia. Dzięki niemu mogliśmy się ciągle uśmiechać. Gdzie nie byliśmy to mu coś się przydarzyło… Lecz o tym można by pisać i pisać.
Brzoza – twardo trzymający się reguł, za co go podziwiam. Spokojny i rozważny. Można było bez problemu na niego liczyć.
Stopa & Norbi – celowo ich ze sobą zestawiłem. Oni to jak Flip i Flap. Męczyli mnie z tym „Panie Liderze” i wiedzieli, że tego nie lubię, ale oni robili to w ten sposób i w takich niespodziewanych sytuacjach, że usłyszeć te dwa słowa od nich to było coś J. Dzięki!
Jak już Wam to wspomniałem przed wyjazdem KOCHAM WAS!
Dzień drugi zaczął się o siódmej rano. Zimba – instruktor –obudził nas wszystkich i dopilnował, abyśmy byli na czas na wykładach. Po wykładach śniadanko w pośpiechu i ruszyliśmy do Szadowa na dalsze szkolenie. Ponownie wykłady, wykłady, wykłady i jeszcze raz wykłady. Mieliśmy spotkanie z Niebieskim Patrolem, dowiedzieliśmy się dużo ze strony organizacyjnej i późno w nocy ruszyliśmy na pozoracje. Kawałek dalej od Uniwersytetu WOŚP wypadek samochodowy. Cztery osoby ranne, dwie w samochodzie i dwie spadły ze skarpy. Z zadaniem poradziliśmy sobie w 35 minut, co myślę, że było sukcesem. Moja ekipa odpowiedzialna była za zabezpieczenie terenu. Według Instruktora, który podsumował akcję, ekipa zabezpieczająca wykonała zadanie na ocenę dobry, z czego byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni. Po akcji mieliśmy jeszcze sporo drogi do przejścia z noszami. Do Uniwersytetu doszliśmy około drugiej w nocy. Rozpalone ognisko, kiełbaski i… wybuch. Kolejna pozoracja – impreza, która zakończyła się pięcioma rannymi. Do tego wszystkiego głośna muzyka, dużo dymu i ogólny chaos. Początkowo nie wiedzieliśmy za co się zabrać, ale udało nam się wszystkich uratować. Po wszystkim już na spokojnie mogliśmy wrócić nad ognisko i się najeść. Do Brachlewa zajechaliśmy na trzecią, a wstać trzeba było już o siódmej. Tym razem to Zielony musiał z nami wytrzymać, ale chyba nie było aż tak źle J.
W nocy spałem zaledwie dwie godziny. Trzeciego dnia zmęczenie było widać najwyraźniej. Niektórzy udawali, że słuchają podczas wykładów, niektórzy zajmowali się wyciąganiem drzazgi z tyłka jednego z kursantów, inni zaś dosypiali… Po wykładach śniadanie i wróciliśmy do Szadowa. Dziś gościła telewizja TVN 24 nagrywając materiał o podsumowaniu XVIII Finału WOŚP. W tym czasie my mieliśmy kilka zadań do wykonania. Było to ostatnie nasze drużynowe zadanie i pokazaliśmy wszystkim kto rządzi ;). Po relacji w TVN24 nastał czas pakowania, a po pakowaniu czas egzaminów. Długa narada instruktorów, a my - chwila wstrzymania oddechu. Ja wykorzystałem ten czas na zdobycie autografu od Jurka i wszystkich instruktorów. Po jakimś czasie zaproszono nas przed wejście na podsumowanie szkolenia. Czekałem aż mnie wyczytają i co najważniejsze po wyczytaniu okazało się, że ZDAŁEM z czego bardzo cieszę. Ostatnie pamiątkowe fotki i czas na rozstanie.
Pisząc tę relacje starałem się specjalnie nie zagłębiać w „smaczki” kursu, aby nie psuć zabawy i momentów zaskoczenia wśród innych kandydatów na Patrolowców. Gwarantuje Wam wszystkim drodzy kandydaci świetną zabawę, dużo wspaniałych ludzi z którymi nie będziecie chcieli się rozstać, świetnych instruktorów, możliwość poznania Prezesa osobiście, dużo wiedzy, potu, zmęczenia, błotka, zimna, zrezygnowania, odcisków, siniaków, zadrapań, wzlotów, upadków, łez, a nawet miłości ;). Teraz celem dla mnie jest szkolenie II stopnia, na które bardzo chciałbym się dostać, a jak nie, to Przystanek Woodstock. Dzięki jeszcze raz za te wspaniałe chwile. SIE MA!
Zielok
Opowieść Pauliny
SZADOWO, 26-28.02.2010
Wieś pod Kwidzynem. Teoretycznie niewyróżniająca się niczym specjalnym. Jednak w piątkowe przedpołudnia po okolicznych lasach biega grupa młodocianych „masochistów” w uprzężach do wspinaczki, kaskach i z ciężkimi plecakami na plecach. Miejscowa ludność już się przyzwyczaiła i Patrolowcy nie stanowią dla nich żadnej atrakcji. A kim są Patrolowcy? To ludzie szkolący się w pierwszej pomocy, aby pomagać innym podczas Przystanku Woodstock.
Ekspedycja zaczęła się w piątek rano na dworcu w Malborku, gdzie zebrała się ekipa pełnych zapału ludzi, którzy niczego nieświadomi na początek ruszyli w las. Tam dostaliśmy mapę i ekwipunek potrzebny do pokonania trasy i zostaliśmy podzieleni na grupy. Naszym zadaniem było dostanie się do Uniwersytetu w Szadowie. Po drodze okazało się, że musimy przechodzić przez rzekę, przez bagno, schodzić ze skarpy, chodzić po mostach linowych i udzielać pierwszej pomocy ofiarom strzelaniny. Już po pierwszej godzinie wiedzieliśmy, że nie mamy co liczyć na suche buty i czyste ubrania. Pod wieczór siedliśmy przy ognisku, gdzie wymieniliśmy się wrażeniami z Prezesem i instruktorami. Najbardziej zaskakująca była atmosfera wzajemnej pomocy. Cała grupa liczyła się z najsłabszymi. Chłopcy pomagali dziewczynom, nosili najcięższy sprzęt i transportowali poszkodowanych. Po ognisku udaliśmy się do Szadowa, gdzie rozpoczęliśmy naukę pierwszej pomocy. Dowiedzieliśmy się jak sobie radzić z zakrztuszeniami, utratą przytomności, utratą oddechu, oznakami wylewu i zawału. Wyćwiczenie wszystkiego do perfekcji na oddanych fantomach i pełnych cierpliwości instruktorach zajęło nam sporo czasu, więc na miejsce noclegu dotarliśmy dopiero koło 1 w nocy. Oczywiście nasz dzień jeszcze się nie skończył, ponieważ mniej więcej do 3-4 w nocy integrowaliśmy się ze sobą i maltretowaliśmy naszego nocnego opiekuna - Zimbę licznymi pytaniami na temat działania Fundacji i organizacji Pokojowego Patrolu. Zmęczeni, ale nadal pełni chęci do działania, poszliśmy spać.
Następnego dnia czekała nas ranna pobudka o 6.30, ponieważ od 7.00 zaczynały się wykłady. Poznaliśmy tajniki resuscytacji krążeniowo-oddechowej, dowiedzieliśmy się jak przywrócić czynności życiowe osobie dorosłej, dziecku i niemowlęciu. Po wyćwiczeniu nowo nabytych umiejętności przetransportowaliśmy się do Szadowa, gdzie na każdą grupę czekały mapy skarbów. W ciągu trzech godzin musieliśmy pokonać most linowy, uratować osobę poszkodowaną na lodzie, przetransportować poszkodowanego na noszach, przejść przez mur sięgający 3 metrów nad ziemią i przejść tzw. cyrklem. Potem rozpoczęliśmy serie wykładów z PANEM DARKIEM, który wprowadził nas w tajniki działania niebieskich służb porządkowych podczas Przystanku. Po obiadku wróciliśmy do medycznej edukacji i zapoznaliśmy się z urządzeniem nazywanym w skrócie ADE czyli Automatycznym Defibrylatorem. Następnie dowiedzieliśmy się jak postępować przy wypadkach masowych, jak współpracować, nie kłócić sie i co najważniejsze nie przeszkadzać sobie nawzajem. I teraz najważniejsza część szkolenia! Pozoracja praktyczna. Wypadek samochodowy. Czterech poszkodowanych dwóch w samochodzie, dwóch spadło ze skarpy. Nieprzytomni, wychłodzeni z rozległymi ranami. Po udzieleniu pomocy i ułożeniu na noszach musieliśmy zanieść poszkodowanych do karetki przez most linowy zawieszony nad rzeką. Następnie wejść z nimi pod górę i z niej zejść, ponieważ na dole czekało nas podsumowanie akcji i ognisko. Aż tu nagle niespodzianka! Kolejna akcja! Łapiemy sprzęt i biegniemy! Wszędzie dym, płonący samochód, ranni i rozentuzjazmowani "przeszkadzacze". Tym razem poszło nam stanowczo gorzej, być może dym, być może zmęczenie, a być może my sami sprawiliśmy ogromny i wszechobecny chaos. Mimo wszystko zaliczyliśmy i zostaliśmy dopuszczeni do ogniska z kiełbaskami. Po drugiej niestety przyjechał po nas autobus i musieliśmy wrócić na nocleg, gdzie tym razem z gitarami nie dawaliśmy spać innemu instruktorowi - Zielonemu. Do ok. 5 rano świętowaliśmy zaliczone pozoracje i poszliśmy spać.
Również w niedziele o 6.30 czekała nas pobudka ponieważ o 7.00 zaczynały się wykłady Pana Darka o ochronie imprez masowych. Następnie po ogromnym make-upie i wystrzałowym fryzjerze udaliśmy się na zawody grupowego chodzenia na nartach robiąc tło Prezesowi opowiadającemu o KOLEJNEJ REKORDOWEJ zbiórce funduszy na WOŚP!! Potem pół godziny stresu, czyli egzamin. W oczekiwaniu na wyniki już zaczęły się płacze i pożegnania. Nikt z nas nie przypuszczał, że w ciągu jednego weekendu można się tak bardzo zgrać… Po rozdaniu dyplomów i certyfikatów nastąpiła seria uścisków. Żółte koszulki instruktorów zmieszały się z czerwonymi koszulkami nowych patrolowców. Następnie już tylko autobus i pociągiem każdy w swoją stronę. Spotkamy się wszyscy na Woodstocku i tak, wiem, że wszyscy już tęsknicie i zastanawiacie się jak wrócić do Szadowa.. Ja robię w domu dokładnie to samo…
Paulina
|
80. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 06.08.03.2009
Opowiada Krzyś:
Nadeszła nareszcie ta chwila, sądny dzień 5 marca 2009 roku. Po dwóch miesiącach starań udało mi się dostać na
więcej »
Opowiada Krzyś:
Nadeszła nareszcie ta chwila, sądny dzień 5 marca 2009 roku. Po dwóch miesiącach starań udało mi się dostać na szkolenie pierwszego stopnia w Szadowie Młyn, organizowane przez Fundację Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
W dniu wyjazdu nie mogłem się skupić w pracy, myślałem tylko jak to będzie. Część przygotowań miałem już za sobą, ale ostateczne pakowanie się dopiero mnie czekało. Wielkie problemy sprawiały mi decyzje: co zabrać ze sobą? Bardzo chciałem wziąć aparat i porobić trochę zdjęć, ale dobrze wiem, że podczas samego szkolenia nie byłoby czasu na robienie fotek.
Co dalej? Wielkie oczekiwanie, spakowany plecak, wszystko sprawdzone 5 razy. Jak prawie na każdy wyjazd wszystkie swoje rzeczy spakowałem w kostkę. Plecak napakowałem po brzegi. Spakowałem wszystko to, co było wymienione w liście, który dostałem od WOŚP. Nie miałem miejsca na żadne zbędne rzeczy, wziąłem: komplet ciuchów na powrót, dwie koszulki, drugie spodnie, bieliznę, szczotkę i pastę, kubek, niezbędnik, dwie pary butów, tenisówki do biegania po ośrodku, dwie latarki, dokumenty, ręcznik, żel do kąpieli oraz kąpielówki. Po co to wszystko wymienia? Bo przygotowałem przestrogę dla wszystkich: Im więcej rzeczy weźmiecie, tym więcej będziecie musieli nosić ze sobą przez cały pierwszy dzień. (P.S. z doświadczeń wiemy, że narty raczej się nie przydadzą).
Zbiórka zaplanowana była na godzinę 11. Do Malborka dotarłem po ponad 10 godzinach podróży. Na miejscu byłem wcześnie, bo o 8:00, nie był to jednak problem. Bardzo szybko odnalazłem osoby, które też przyjechały na szkolenie. Szybko zebraliśmy się w jednym miejscu i zaczęliśmy się integrować. Na dworzec przyjechał po nas autobus. Większość z nas myślała, że pojedziemy się rozpakować, przebrać, zaklimatyzować. Nic jednak bardziej mylnego, cała nasza przygoda rozpoczęła się na boisku sportowym, w miejscowości obok Szadowa. Czekała tam na nas cała Ekipa instruktorów w żółtych koszulkach. Tam zostaliśmy podzieleni na przypadkowe grupy oznaczone kolorami. Nie będę zdradzał szczegółów dotyczących poszczególnych zadań, bo to zepsuję niespodziankę następnym przyszłym patrolowcom. Przyznać trzeba, że instruktorom pomysłów nie brakuje, co chwilę zaskakiwali nas czymś nowym. Przez dwie doby spędzone tam, przeżyłem tyle pozoracji wypadków, zabaw budujących grupę i zajęć z samoobrony, że nie było czasu myśleć o nudzie. Przykładem może być fakt, ze przez czas szkolenia nie pomyślałem nawet przez sekundę o tym żeby zapalić sobie papierosa mimo że do czasu szkolenia paliłem paczkę dziennie. Nie było czasu na takie drobiazgi, ważniejsze było ratowanie ludzi z wypadków samochodowy, zjazd na tyrolce, budowanie mostu do transportu bagaży przez strumień i integrowanie się z grupą poprzez różne zadania. Z perspektywy czasu szkolenie wydaje się bardzo krótkie, ale mimo wszystko przez ten czas nawiązało się bardzo dużo nowych znajomości i przyjaźni, które na pewno szybko się nie skończą.
Pamiętajcie, że celem szkolenia tak na prawdę nie jest zrobienie z was zawodowych ratowników medycznych, do tego trzeba kilku lat studiów. Każdy z nas zdobywa jednak wiedzę jak reagować w momencie wypadku, w jaki sposób zorganizować się, oraz dać szanse do przeżycia rannym. Najważniejszym celem tego szkolenia jest stworzenie jednego, sprawnie działającego organizmu, zbudowania zaufania pomiędzy wami (a może raczej nami "patrolowcami"), tak żeby każdy czuł się jak w rodzinie, wiedział, że może liczyć na drugiego w potrzebie, bo tylko wtedy można szybko, sprawnie i bez wachania wspólnie pomogać innym. (P.S. Ja przekonałem się o moim zaufaniu do pozostałych, gdy wisiałem głową w dół, przypięty do deski ortopedycznej w momencie gdy przenoszono mnie jako rannego mostem linowym nad strumieniem)
Dziękuję wam wszystkim za te chwile, które mogliśmy spędzić razem. Wiem, że łączy nas coś więcej niż tylko koszulka.
Podziękowania należą się wszystkim:
- ekipie w żółtych koszulkach, która zaplanowała dla nas każdą sekundę tego szkolenia
- panom Mikołajowi i Piotrowi za poranne pobudki i zajęcia sportowe
- wszystkim nowym patrolowcom ze szkolenia 6-8 marca 2009.
Do zobaczenia na Przystanku Woodstock. Mam nadzieję, że spotkamy się wszyscy w tym samym składzie.
Krzysiek "Krzyś" refaston
|
79. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 20-22.02.2009
Opowiada Emila
19 Luty 2009r.
Moja podróż na szkolenie Pokojowego Patrolu rozpoczęła się 19 lutego. Pakowanie zajęło mi jakieś 3 godziny, bo
więcej »
Opowiada Emila
19 Luty 2009r.
Moja podróż na szkolenie Pokojowego Patrolu rozpoczęła się 19 lutego. Pakowanie zajęło mi jakieś 3 godziny, bo ciągle myślałam, że czegoś mi jeszcze brakuje.
Z Węgrowa wyjeżdżałam pełna obaw, bo nie wiedziałam co może mnie spotkać na szkoleniu, z jakimi ludźmi będę w grupie. Mój chłopak Michał martwił się o mnie, bał się, że mogę sobie coś zrobić. A ja z każdą chwilą byłam coraz pewniejsza, że chcę przejść to szkolenie choćby nie wiadomo co się działo.
20 luty 2009r.
Pobudka o 6.30. Zjadłam śniadanie, przepakowałam plecaki - tak wyglądał początek mojego dnia. Razem z Michałem pojechaliśmy na dworzec PKP. Strasznie się denerwowałam szkoleniem. Michał odprowadził mnie na peron i na pożegnanie życzył mi powodzenia. Pociąg ruszył, już nie było odwrotu. Gdy dotarłam na dworzec PKP zobaczyłam grupkę ludzi. Uśmiechnęłam się do nich i już wiedziałam, że oni jadą w tym samym kierunku - do Szadowa Młyn. Pośród nich stała Ania-Loki – instruktorka Pokojowego Patrolu Zapakowaliśmy się do autobusu. Ania-Loki wyznaczyła nam pierwsze zadanie - wymyślić piosenkę. Dobraliśmy nowe słowa pod muzykę "Straciłaś cnotę…”
Szybciutko się wypakowaliśmy i razem z Anią pobiegliśmy do pozostałej grupy instruktorskiej, czyli do Owieczki, Jacka, Hani, Kasi, Seequ. Owieczka przekazała nam mapkę lonże, karabińczyki, kaski, apteczki, linę, deskę ratowniczą i masę innych przedmiotów. Na mapce mieliśmy sporo punktów do przebycia, ale nie przejmowaliśmy się tym tylko z większym zapałem ruszyliśmy w drogę. W wąwozie czekała na nas niespodzianka - pierwsza pozoracja. Wszyscy tworzyliśmy jeden wielki chaos. Nie potrafiliśmy się stać jedną grupą. Ocena akcji - słabo.
Zaraz po pozoracji mieliśmy zadania, które miały z nas stworzyć zgraną ekipę. Każde zadanie jakie otrzymywaliśmy szło nam bezbłędnie. Okazało się, że razem potrafimy tworzyć grupę ludzi, którzy sobie ufają. Najtrudniejszym zadaniem było przejście przez rzekę. Wiadomo, że w lutym nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby się kąpać w stroju kąpielowym. Kilka osób przeszło przez rzeczkę, a reszta została na brzegu. Zaczęło się ściemniać. Każdemu było coraz zimniej. Ja w pewnym momencie podjęłam decyzję - idę. Zdjęłam buty, spodnie, skarpetki. Wszystkie dziewczyny popatrzyły się na mnie i zaczęły się jeszcze bardziej trząść niż poprzednio. Zaraz usłyszałam głos Niki, że idzie ze mną. Razem przeszłyśmy parę metrów mocząc nogi prawie do pasa. Od razu "po kąpieli" pobiegłyśmy do ogniska ogrzać się i zmienić ubranie na suche.
Gdy już przebraliśmy i ogrzaliśmy się musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Wchodząc pod górkę usłyszeliśmy petardy i kłęby dymu - kolejna pozoracja. Okazało się, że druga akcja poszła nam o wiele lepiej. Po wszystkim ruszyliśmy dalej w drogę. Gdy doszliśmy do ośrodka zjedliśmy kolację i czekaliśmy na wykłady i ćwiczenia praktyczne. A później kilka godzin upragnionego snu…
21 luty 2009r.
Podczas zabaw integracyjnych pokonałam częściowo swój lęk wysokości, który w pewnych momentach dawał się we znaki. Poczułam, że jestem częścią tej żółtej drużyny, że akceptują mnie taką jaka jestem.
Wieczorkiem kazano nam ubrać się ciepło, bo wychodzimy w teren. Ustawiliśmy się w grupami przed Młynem i ruszamy. Nagle usłyszeliśmy wybuch. Wszyscy zaczęli biec.
Pomagałam kolegom i koleżankom z innych grup w opatrywaniu rannych i transportowaniu ich do szpitala polowego. Po krótkiej chwili musieliśmy ruszać z rannymi w dalszą drogę, która przebiegała przez las.
A tam kolejne zadanie. Kładę się na nosze, a moja grupa ma przenieść mnie w wyznaczone miejsce. Położyłam się i zaczęliśmy dalszą wędrówkę. Chłopcy i dziewczyny dzielnie radzili sobie w tym zadaniu. Przed przejściem nad rzeką zaczęło mi się robić naprawdę zimno. Doris zaczęła mnie dokładnie okrywać folią. Na rozgrzewkę (po zejściu z noszy) zaczęłam podskakiwać z Młodym i Tomkiem, którzy pocieszali mnie w kółko. Zaraz ruszaliśmy w dalszą drogę po stromym boku wzniesienia, które znajdowało się obok rzeki. Było mi nadal zimno.
Po całej akcji przyjechał po nas autobus, który dotransportował wszystkich szczęśliwie do miejsca spoczynku. My ciągle przeżywaliśmy wydarzenia, które wydarzyły się w ciągu tych kilku godzin.
22 luty 2009r.
Ostatnie chwile patrolowego szkolenia. Jeszcze tylko oficjalne pożegnanie, wręczenie nagród i zaproszenie na Ekspedycję. Strasznie się cieszyłam, gdy dowiedziałam się, że będę mogła przyjechać na eliminacje do patrolowej ekspedycji.
Cała szkoleniowa ekipa wracała do domu bardzo niechętnie. Jakoś tak dziwnie poznać kilkanaście osób i być już z nimi związanymi tą samą historią i koszulką z tą wyjątkową datą 20-22 luty 2009r. Mam nadzieję, że wszyscy całą grupą spotkamy się na Woodstocku.
Pozdrawiam całą grupę, a w szczególności: Młodego, Wojtka, Nikę, Faudę, Frycka, Frosta, Tomka, Piotrka, Doris, Strażaka, Dominikę, Reksia, Beatę od telefonów, Ptaka, Rambo, Andzie, Marcina oraz wszystkich kursantów, których nie wymieniłam. Pamiętajcie szkolenie 20-22 luty 2009r. jest THE BEST :D Pozdrawiam wszystkich gorąco :*
Oczywiście nie zapominam o wspaniałych i wyrozumiałych instruktorach, którzy z wielką cierpliwością i z uśmiechem uczyli nas pierwszej pomocy. Dziękuję także Jurkowi, że miał czas wpaść do Szadowa by nam kibicować w naszych działaniach.
Dzięki wam wszystkim!
Po tym szkoleniu mam tyle miłych wspomnień dzięki wam kochani. Staliście się moją kolejną rodzinką. Trzymajcie się cieplutko :)
|
Ekspedycja 2008 - Portugalia widziana oczami Patrolowców …
Opowiada Mir@m
Podróże przeważnie są zaplanowane od A do Z i podróżnik wie, co będzie zwiedzał. Z ekspedycją jest inaczej… ma
więcej »
Opowiada Mir@m
Podróże przeważnie są zaplanowane od A do Z i podróżnik wie, co będzie zwiedzał. Z ekspedycją jest inaczej… ma ona w sobie nutę eskapady, bo po pierwsze nie wiadomo co czeka uczestnika i zdarzenia czasem są po prostu spontaniczne.
Mogłoby się wydawać, że Portugalia to zwykły europejski kraj, a jednak można się pomylić. Żyjemy w czasach dyktatury techniki, która sprawia, że coraz łatwiej oderwać się od innych ludzi i od siebie. Tymczasem prawie dwa tygodnie spędzone z grupą tych samych ludzi „24 godziny na dobę” okazało się nie lada przeżyciem. Mieliśmy okazję się lepiej poznać, razem przechodziliśmy przez wszystkie smutki i razem bawiliśmy się w uniesieniach szczęścia, razem szykowaliśmy śniadania, razem chodziliśmy na zakupy...
Czasem tak trudno otrząsnąć się z toksycznego, plastikowego realu, głupoty i bylejakości, która zabija wszystko, ale jednak jest to możliwe! Pierwszego dnia pobytu w Portugalii odniosłam wrażenie, że żyję w strefie cienia, bo wszystko jest takie szare, przewidywalne a tutaj zupełnie inne, niepowtarzalne…
Zapraszam zatem do wspólnej podróży…
03.07.2008
Uczestnicy ekspedycji, czyli ja i jeszcze trójka wybranych Patrolowców musieliśmy się stawić do godziny 17.00 w Warszawie. Tam też mieliśmy okazję zawitać w siedzibie Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy w budynku OTv, gdzie czekaliśmy na Jurka Owsiaka, aż skończy nagrania i powie nam coś więcej o wyprawie, bo dalej wszystko było owiane wielką tajemnicą. Jednak wspólne spotkanie nie zaspokoiło naszej ciekawości, bo dostaliśmy tylko przewodniki i usłyszeliśmy jedno zdanie od Jurka: „Szerokiej drogi i spotykamy się w Porto…”
04.07.2008
O świcie w piątek zajechaliśmy do Nowogrodu Bobrzańskiego, skąd wywodzi się Owieczka i właśnie tam mieliśmy pierwszy nocleg. Nie mogę pominąć królika Jacka, który całą noc hasał po pokoju, wskakiwał na łóżko i reagował na swoje imię. Pora, o której wstaliśmy nadawała się już prawie na obiad i tak też się stało, że dzień rozpoczęliśmy obiadem, a potem przejeżdżaliśmy w Żorach koło pola, gdzie odbywały się poprzednie Przystanki Woodstock.
Cały dzień w samochodzie bywa męczący, ale my doskonale daliśmy sobie z tym radę… W samochodzie niejednokrotnie urządzaliśmy piknik, a danie główne to była tortilla z nutellą;), słuchaliśmy japońskiego rocka albo śpiewaliśmy „Jak anioła głos”, co po czasie stało się hymnem ekspedycji.
Tego dnia dotarliśmy już do niemieckiego Neuenberga. Nie zapomnę tego nigdy jak o 1.00 w nocy szukaliśmy jakiegoś hotelu. I albo nam nikt nie otwierał albo cena wynajmu wbijała nas w ziemie. Jednak zdobyliśmy nocleg z czego byliśmy bardzo dumni i wreszcie mogliśmy odpocząć po całym dniu podróży…
05.07.2008
Prosto z Neuenberga ruszyliśmy w trasę. We Francji urzekło nas miasto Bordeaux, a tak się stało, że trochę po nim kołowaliśmy. Natomiast przygoda we Francji nie zakończyła się tylko na tym mieście, bo na campingu, gdzie poruszyliśmy przeróżne tematy, ale Igorowi podczas całej ekspedycji nie raz dredy stanęły dęba na głowie…
06.07.2008
Niestety niedzielna noc i dzień były zupełnie pozbawione słońca i podróżowaliśmy w deszczu. Zatrzymaliśmy się przy oceanie i zeszliśmy na plażę. Nasza euforia nie miała końca… Owca ciągle robiła zdjęcia, Igor kamerował, Gosia z Andy zbierały muszelki a reszta w uniesieniu radości w ubraniu wskoczyła do oceanu… To był odruch niekontrolowany, ale najfajniejsze było szukanie suchych rzeczy w bagażniku podczas wzmagającego się deszczu, przebieranie się w samochodzie i suszenie ubrań. Śmialiśmy się, że nasz bus to taka hipisowska komuna, bo było tam wszystko. Nasze rzeczy porozwieszaliśmy po całym busie. Mimo różnych przygód i wybryków udało nam się osiągnąć cel podróży. Co prawda około 2.00 w nocy, ale to nie ważne, bo w końcu byliśmy w Portugalii…
07.07.2008
Pierwsza noc w Portugalii, a dokładnie w Porto już za nami. Jest to drugie co do wielkości miasto w kraju. Portugalczycy mówią, że Porto to kwintesencja portugalskiego powiedzenia: „W Bradze modli się, w Coimbrze studiuje, pracuje w Porto, a zarobione pieniądze szybko wydaje w Lizbonie.” Teraz przyszedł czas na zwiedzanie miasta i pierwsze zadania. Poznaliśmy wtedy także naszą przewodniczkę Monikę i zostaliśmy podzieleni na dwie grupy. Jedną grupę stworzył Seba z Gosią, a drugą ja z Zamkiem. Całą ekipa rozstaliśmy się w sercu miasta Porto, czyli na Placu Praça da Liberdade. Załączam relację Gosi z przebiegu ich poszukiwania informacji i punktów zaznaczonych na mapie:
„Dostaliśmy mapę i ruszyliśmy na podbój PORTO razem z Sebą, Andy i Igorem. Odnalezienie księgarni nie sprawiło nam problemów. Zapytaliśmy o drogę młodą dziewczynę, która zaprowadziła nas pod samo wejście do budynku, w którym znajdowała się księgarnia. Zapytaliśmy jej czy potrafi wymienić pięciu portugalskich autorów, a ona bez problemu wypisała nam wszystkie nazwiska. Gdy weszliśmy do środka zachwyciła nas architektura. Na suficie zobaczyliśmy przepiękny witraż. Na wprost wejścia znajdywały się schody, które prowadziły do góry, gdzie można było zamówić kawę i zgłębić się w niejedną lekturę czy chociaż przewertować strony bogatych księgozbiorów . Gdy wyszliśmy z księgarni chwyciliśmy mapę i znaleźliśmy drogę do pierwszego kościoła. Okazało się że jest na placu obok. Zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Odnalezienie drugiego kościoła sprawiło nam mały problem, ale ostatecznie udało się. W końcu należymy do Pokojowego Patrolu. Kafelki na budynkach oddawały wspaniały klimat. Miasteczko urzekło nas wąskimi uliczkami i przepięknymi wzorami na kafelkach wmurowanych w kamieniczki. Po wykonaniu dwóch zadań postanowiliśmy odpocząć chwilkę na schodach. Zauważyliśmy że starsi Portugalczycy zbierają się w parku na gry w szachy. Po odpoczynku ruszyliśmy dalej... Znaleźliśmy stację kolejki ANDANTE ,którą zjechaliśmy do dolnej części Porto. Widoków z oszklonego wagonu nie dało się zapomnieć. Mogliśmy podziwiać inne miasta za rzeką. Przeszliśmy mostem, na którym „podziwialiśmy” chłopców którzy skakali do rzeki. Po przejściu przez most udaliśmy się do Croft. Degustowaliśmy tam wina i zebraliśmy wiele informacji na temat uprawy winorośli.”
Drugą grupę stanowiłam ja z Zamkiem i towarzyszył nam nasz niezastąpiony fotograf, czyli Owieczka. Mimo podarowanej nam mapy nie omieszkaliśmy skorzystać z biura turystycznego , gdzie pewna Portugalka wyjaśniła nam jak dotrzeć do pierwszego punktu. Tym punktem był Dworzec kolejowy wybudowany w 1930 r. bogato zdobiony azulejos- wielobarwna ceramiczna dekoracja. Miał on niesamowity klimat. Następnie szybko znaleźliśmy się przy Kościele Săo Ildefonso, czyli Kościele Św. Ildefonsa, który tak samo jak dworzec był wyłożony azulejos, które przedstawiało sceny z życia Świętego. Kolejny punkt to była kawiarnia MAJESTIC, w której gościła m.in. żona Kuczmy. Niestety nie mieli na tyle czasu żeby nam udzielić odpowiedzi na pytania. W związku z tym poratowaliśmy się kafejką internetową, a resztę informacji dopowiedziała nam Pani z kafejki. Gdy zrealizowaliśmy już wszystkie cele na Starym Mieście przyszedł czas na Grahamsa. Znajdował się on po drugiej stronie rzeki. Musieliśmy trochę przejść, ale dzięki temu ulegliśmy zupełnej fascynacji Porto. Idąc górną częścią mostu mogliśmy zobaczyć dokładniej miasto. W Grahamsie razem z grupą francuskich turystów zostaliśmy oprowadzeni po całym budynku i wprowadzeni w tajniki produkcji wina. Nie ominęła nas także degustacja wina słodkiego, wytrawnego i półwytrawnego. Po drodze wstąpiliśmy do jeszcze jednego producenta win porto, gdzie zebraliśmy informację o Donnie Antoninie. W drodze powrotnej przeszliśmy dolną częścią mostu i dzięki temu zwiedziliśmy urokliwe uliczki Porto. Chyba w słowach nie potrafię tego opisać, ale te wrażenia pamiętam do dzisiejszego dnia. Na drugą grupę czekaliśmy prawie dwie godziny przy Katedrze Se do Porto, bo nie mogliśmy się znaleźć. Dzięki temu mogłam poprzechadzać się po tarasie widokowym przy katedrze i poobserwować życie w slumsach. Obie grupy potem ponownie spotkały się na Placu, gdzie już powitaliśmy Jurka Owsiaka i Trolla, czyli naszego drugiego kamerzystę. Jednak tak szybko nie zakończyliśmy tego dnia, bo przed nami jeszcze jeden cel- dotarcie na nocleg do Pinhăo…
08.07.2008
Nasz hotel był usytuowany w Dolinie rzeki Douro, gdzie z okien rozciągał się widok na wzgórza winnic, a każde wzgórze należało do innego producenta .I właśnie wtorek poświęciliśmy na zwiedzanie winnic, a dokładniej muzeum wina Porto. Przywitali nas tam sami producenci wina. Oprócz degustacji mieliśmy okazję poznać tajniki jak rozpoznaje się wino po smaku, zapachu, konsystencji czy jak powinno się trzymać kieliszek przy degustacji a jak przy wykwintnej kolacji. Bardzo nas zaciekawiła prezentacja multimedialna czy ruchome manekiny w muzeum obrazujące produkcję Porto. Nie mogliśmy także przepuścić okazji, aby udać się w rejs łodzią „Rabelo” po rzece Douro.
Po drodze do Quintas - quinta najbogatszego Portugalczyka, który jest w gruncie rzeczy bardzo młodym producentem na rynku portugalskim, natrafiliśmy na cudowny punkt widokowy, z którego podziwialiśmy widoki na winnice. Robią one niesamowite wrażenie, bo winorośle są posadzone rządkami w dokładnie tej samej odległości. W Quintas udało nam się wejść do fabryki wina, laboratorium i nawet zakupić oryginalne Porto. Poniżej przedstawiam gatunki wina Porto, jakie poznaliśmy:
- Warre's (fino): najwyższej jakości porto, produkowane z winogron z jednego zbioru, z najlepszych winnic. Mieszane i butelkowane po dwóch latach w dębowych beczkach, dojrzewa w ciemnych butelkach.
- Graham's (dojrzałe - envelhecido): jasne Porto, z czasem nabierające bursztynowego koloru. Jest lżejsze niż fino i ruby. Na etykietach możemy zobaczyć napis 10, 20, 30 lat (anos), co oznacza średni wiek zmieszanych win młodych i dojrzałych.
- Graham's (ruby): to mocne i owocowe porto dojrzewa w beczkach, uzyskując kolor czerwono-rubinowy. Minimalny czas dojrzewania to 3 lata.
- Dow's (lbv): LBV (Late Bottled Vintage) to wino z jednego zbioru, dojrzewające w beczkach 4 do 6 lat zanim zostanie zabutelkowane i dopuszczone do sprzedaży. Z etykiety dowiemy się rok zbiorów i datę butelkowania.
- Cockburn's (tawny): mniej słodkie i bardziej lekkie niż fino i ruby, tawny. Jest to mieszanka win z różnych zbiorów, dojrzewających w beczkach.
Ferreira (branco): dwa typy białego porto - wytrawne i słodkie - różnią się od pozostałych tym, że, czasem po schłodzeniu, są podawane jako aperitif. Białe porto jest produkowane tylko z białego gatunku winogron.
09.07.2008
Z samego rana ruszyliśmy portugalską koleją do Vezŭvio, gdzie mieści się ulubiona Quinta Donny Antoniny. Po drodze nie mogliśmy się napatrzeć na widoki jakie mieliśmy za oknem pociągu. Jechaliśmy, można powiedzieć, bardzo niebezpieczną drogą. Niektóre połączenia kolejowe są już zlikwidowane w Dolinie względu na bardzo duże zagrożenie. Dworzec kolejowy w Vezŭvio przypominał stację kolejową niczym na Dzikim Zachodzie. W drodze do Quinty natrafiliśmy na rosnące przy torach pomarańcze… nie mogliśmy się oprzeć i wypełniliśmy nimi kieszenie i wolne plecaki. Niestety po południu musieliśmy się pożegnać z Pinhăo i uderzyliśmy już na Lizbonę. Jednak po drodze nie zabrakło atrakcji, bo zahaczyliśmy o CABO DA ROCA, czyli najbardziej wysunięty na zachód punkt Europy . Załapaliśmy się na końcówkę zachodu słońca. Każdy z nas chyba odczuł chłód Atlantyku i silny wiatr. Po raz pierwszy zobaczyliśmy połączenie oceanu i skał, to jak połączenie buntu i pokory, grozy i spokoju… W każdym razie jedno jest pewne- wrażenia, których nie da się zapomnieć…!
10.07.2008
Wreszcie przyszedł czas na Lizbonę- białe miasto. Jest niezaprzeczalnie jednym z najpiękniejszych miast świata. Legenda głosi, że założycielem miasta jest Odyseusz, ale rzeczywiście miasto Lisboa (liż boa) zostało założone w 1147 r. przez króla Portugalii Alfonsa I. Czar Lizbony polega na stromych, wąskich uliczkach, lekkiej bryzie unoszącej się w mieście czy slumsach rozciągających się wzdłuż obwodnicy miejskiej. My jednak pierwszy krok postawiliśmy w najstarszej cukierni w mieście Pasteis de Belem. Słynie ona od lat ze specjalnym babeczek. Jest to specjalność lokalnej społeczności. Przepis na nie jest owiany wielką tajemnicą, w która wprowadzone są tylko 3 osoby i nie mogą zdradzić receptury na te smakołyki. Sami się przekonaliśmy, że są nieprzekupni ;) Joao Maira po krótce wprowadził nas w historię wyrobu babeczek. Oczywiście był czas na sesję zdjęciowa na Placu Praça do Comerçio z konnym posagiem króla Józefa I. Sesja nie była zwyczajna, bo powitaliśmy Stare Miasto w Lizbonie ubrani we wszystkie gadżety najsłynniejszych portugalskich klubów sportowych Benfica i Sporting. Następną restauracją w jakiej postawiliśmy stopę była Martinho da Arkada. Ta już jest najstarszą lizbońską restauracją, która ma ponad 200 lat tradycji. To tutaj spotykają się do dzisiaj politycy czy inne ważne osobowości. Przed laty bywał tam również jeden z najwybitniejszych portugalskich poetów Fernando António Noguieira Pessoa, który widok na Lizbonę z jednego z miradouros- punktów widokowych nazwał „cudownym urojeniem sennym” . Oprowadził nas po niej sam właściciel Senhor Antonio. To dla nas wielkie wyróżnienie! Przeszliśmy deptakiem i tuż przed nami znajdowało się Uma Ginjinha com Elas na Starym Mieście, gdzie można do woli degustować tamtejszego likieru z wiśniami. Przechodziliśmy koło symbolu Lizbony Torre de Belêm, czyli arcydzieło renesansowej architektury manuelińskiej, które uzyskało miano pomnika morskich triumfów Portugalii. Przejechaliśmy się także charakterystycznymi tramwajami po stromych uliczkach Lizbony i przede wszystkim słynnym tramwajem linii 28. Nie omieszkaliśmy również przejść koło Katedry Św. Antoniego czy pominąć spaceru po slumsach. Zastanawiałam się wielokrotnie jak to jest możliwe, że fado wywodzi się właśnie z tak ubogich dzielnic, a uchodzi do rangi poezji śpiewanej. Wniosek jest prosty. Wyśpiewana prawda, wszystkie smutki i radości same w sobie są najwidoczniej poezją. Potem trafiliśmy na bajkowy Zamek Săo Jorge usytuowany tuż obok punktu widokowego Largo das Portas do Sol. Tak malowniczy krajobraz rzeczywiście doskonale odzwierciedlają słowa António Pessoa.
Późnym wieczorem zostaliśmy przeniesieniu do zupełnie innej rzeczywistości, bo wybraliśmy się na wieczór fado. Wywodzi się ono z lizbońskich slumsów i właśnie Lizbona jest stolicą fado. Mówi się tam, że jest to muzyka płynąca prosto z serca… Nas przede wszystkim ujęła kameralna atmosfera podczas tego wieczoru i zupełna prostota wykonania... Sam dźwięk i każde szarpnięcie struny gitary portugalskiej wywołuje wielkie emocje, a co dopiero jak dochodzi do tego wokal. Wokalistka swoje uczucia miała zupełnie nagie, nie trzeba było zagłębiać się w interpretację czy znać portugalski , bo uczucia wypływały po prostu z emocji. Moim zdaniem właśnie fado jest całkowitą kwintesencją Portugalii.
11.07.2008
Piątek to nasz drugi i już ostatni dzień pobytu w Lizbonie. Ale tym razem przyszedł czas na poczucie ducha sportu, który płynie w portugalskiej krwi i następne zadania, które wykonywaliśmy już wspólnie a nie w grupach. Pierwszym stadionem jaki nam się udało zwiedzić to stadion Klubu Sporting. Aktualnie klub z Campo Grande rozgrywa mecze na ultra nowoczesnym obiekcie Estádio José de Alvalade, który ozdobiony jest tradycyjnymi barwami Sportingu: żółtymi, zielonymi oraz białymi. Na tym obiekcie rozgrywane były mecze podczas EURO 2004, a w sezonie 2004/2005 odbył się mecz finałowy pucharu UEFA. Na stadionie zaciekawiła nas różnorodność kolorystyczna siedzeń wokół murawy stadionu. Zdradzono nam tajemnicę, że siedzenia są po to kolorowe, że jak podczas meczu jest mało kibiców kolorowe siedzenia w telewizji dają wrażenie pełnego stadionu. Nie mieliśmy większych problemów ze znalezieniem odpowiedzi na zadane nam pytania. Mieliśmy wielkie szczęście, bo trafiliśmy na prezentację 3 piłkarzy, jakich Sporting wykupił na przyszły sezon. Kolejnym punktem jaki był zaplanowany to Stadion Benfica. Klub istnieje już od 1908 roku. Jego symbolem jest orzeł, którego nie dało się nie zauważyć przy samym wejściu na stadion da Luz. Cudowną sprawą było zwiedzić całe muzeum czy zobaczyć jak wygląda stadion od kuchni. Zobaczyliśmy wszystkie puchary, szatnie piłkarzy i nawet specjalna maszynę, która czyści buty piłkarzom i również zapoznaliśmy się z historią stadionu oraz klubu. Udało nam się nawet stanąć przy murawie stadionu i zasiąść w siedzeniach dla Vipów. Ale to nie wszystko! Czekała na nas jeszcze sala konferencyjna, gdzie został specjalnie dla nas przyprowadzony orzeł Benficy- Victoria. Jej lotem jest poprzedzony każdy mecz odbywający się na stadionie. Myślę, że Benfica była bliższa naszemu sercu, gdyż barwami klubowymi jest kolor czerwony i biały. I tym miłym akcentem pobyt w Lizbonie dobiegł końca. Teraz musieliśmy się przetransportować już na południe Portugalii…
12.07.2008
Lagos- znana turystyczna miejscowość, portowa romantyka, jachty kołysane przez morze, rozciągające się wzdłuż deptaku prowadzącego do urokliwej starówki. Tutaj mieliśmy już zostać do ostatniego dnia naszej podróży.
Pobudka wcześnie rano, zakupy na targu rybnym i warzywno-owocowym były dla nas wielką frajdą. Naszą ciekawość wzbudziły kolorowe marcepany, czerwone ziemniaki i wielkie melony, jakich w Polsce nigdy nie mielibyśmy szansy dostać. Ale atrakcji nie było końca, bo w południe czekały na nas dzikie plaże. Sam widok wprawiał nas w zamurowanie i chyba nie do końca wierzyliśmy, że to się dzieje naprawdę!
Na wzgórzach nieopodal dzikich plaż zrobiliśmy grilla. Piekliśmy sardynki w soli morskiej, które są specjałem dla Portugalczyków, szczególnie wtedy, gdy jest na nie sezon. Niestety nie udało nam się zejść na jedną z plaż, ponieważ pojawiło się utrudnienie, którym było bardzo niebezpieczne zejście.
13.07.2008
13. okazał się pechowym dniem, ale przecież wszelkie przeszkody da się pokonać i to je się najbardziej pamięta. Ku naszemu zdziwieniu ponownie udaliśmy się na dzikie plaże, które są rajem dla surferów, ale już samochodem a la safari. Ten widok przebił te z poprzedniego dnia. Wysokie skały i „zbuntowany” ocean. Morskie fale z ogromną siłą uderzały o krawędzie skalne i rozpryskiwały się we wszystkie strony. Patrząc w dół czuło się niesamowity strach, ale mimo wszystko korciło nas żeby poprzyglądać się tym cudom natury, bo jednak cywilizacja oddala nas o dziedzictwa przyrody i przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie. Najfajniejsza jednak była podróż naszym charakterystycznym samochodem... Gdy tylko mocniej naciskaliśmy na gaz w całym samochodzie unosił się pomarańczowy pył, który potem osiadł na nas. Cali zakurzeni dotarliśmy wreszcie na dziką plażę, gdzie mogliśmy pozbierać muszelki i popływać w ciepłej wodzie czy poskakać przez ogromne fale. Gdy chcieliśmy wyruszyć do pobliskiej wsi na pizzę, z której owa wioska słynie złapaliśmy gumę. To był pierwszy psikus. Sprawnie poszła nam wymiana koła i całe szczęście, że takowe posiadaliśmy. Pizzeria mieściła się na samym początku wioski i różniła się od typowej pizzy, bo po pierwsze była podawana bez ketchupu a po drugie była zrobiona na bardzo cienkim cieście. Gdy ugasiliśmy już pragnienie i posililiśmy się iście włoskim daniem, skierowaliśmy się już na wzgórza, aby oglądać zachód słońca. Miejsce, w jakie zawiozła nas Monika nie jest możliwe do zdobycia przez zwykłego turystę. Ciepłe barwy słońca z palety czerwieni i pomarańczy oświetlały nasze twarze i rozszerzone źrenice. Ten zachód zapierał dech w piersiach i w zupełności nie odbiegał od takich, jakie pojawiają się w kadrach romantycznych filmów. Po krótkiej fascynacji przyszło nam się uporać z drugim psikusem, bo siadł nam akumulator w busie…
14.07.2008
Szczerze powiedziawszy cieszę się, że nawet przedostatni dzień poświeciliśmy na zwiedzanie, a nie na opalanie się na plaży, czyli największym łóżku świata. Ekspedycja to nie leżakowanie, ale przede wszystkim działanie w terenie. Dzisiaj poznaliśmy tajniki produkcji charakterystycznych portugalskich kafelków, bo zawitaliśmy w fabryce. Okazuje się, że stworzenie jednego kafelka to wielkie arcydzieło i nie każdy może je sobie tak po prostu malować. Wymaga to ogromnej precyzji, ponieważ po kafelku pędzlem można pociągnąć tylko raz. Nasza infantylność oczywiście w dobrym tego słowie znaczenia ujawniła się w muzeum figur z piasku. Na chwilę przenieśliśmy się do dzieciństwa, bo w tym roku tematem przewodnim były bajki i postaci z filmów, a co roku obowiązuje inna tematyka. Piaskowe arcydzieła są rzeźbione przez artystów- rzeźbiarzy i studentów Akademii Sztuk Pięknych z całego świata. Pokonaliśmy kolejne kilometry , które wiodły nas do miejsca, gdzie znajdowały się dęby korkowe, czyli specjalne drzewa, z których kory wytwarzany jest korek do win. Kora ściągana jest z drzew do samej korony, a jej regeneracja trwa aż 9 lat.
15.07.2008
To już niestety ostatni dzień pobytu w Portugalii i mieście Lagos. Czasu niestety nie da się zatrzymać, a każda chwila jest ulotna.
Z samego rana udaliśmy się Stare Miasto, przez co mogliśmy poczuć klimat Lagos. Wąskie brukowane uliczki i biała zabudowa dawały wrażenie pewnej świeżości. Wreszcie wysłaliśmy kartki do znajomych i w biegu kupiliśmy jakieś pamiątki. Popołudnie upłynęło nam na upragnionej kąpieli w oceanie i ostatnich nagraniach do OTV, gdzie w tle królowała nasza ukochana plaża, na której niejednokrotnie spaliśmy w namiotach... Wieczór przyniósł wraz ze sobą przekrój wspomnień z całego pobytu w Portugalii i pożegnalną kolację. Tym razem skosztowaliśmy małż czy przyrządzonych specjalnie przez Monikę dla nas ryb w warzywach. Nie mogło zdarzyć się inaczej… wznieśliśmy toast za nasz sukces i cudowne chwile spędzone razem po czym obiecaliśmy sobie, że tą grupą w komplecie odwiedzimy Portugalię w 10-tą rocznicę… czy dotrzymamy tej obietnicy? Sama nie wiem, ale najwyżej napiszę wam za 10 lat… ;)
Dzięki możliwości wyjazdu do Portugalii, ujrzeniu życia tamtejszej społeczności, poznaniu po krótce ich mentalności czy kultury przestaliśmy być wewnątrz sferowi i sięgnęliśmy do głębi samych siebie…
Na samym końcu chciałabym podziękować Jurkowi za pomysł i tak wspaniały prezent, Owcy, Andy, Igorowi i Trollowi za humor, nieziemskie pomysły oraz moim wspaniałym współuczestnikom ekspedycji- Gosi, Sebie i Zamkowi za zabawę, totalne szaleństwo, długie wieczorne rozmowy...
Bez Was wszystkich te chwile nie miałyby takiej wartości…!!!
Agnieszka Szczepańska ( Mir@m )
|
69. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 18-20.04.2008
Wasze po szkoleniowe opowieści:
Opowieść Jakuba
16.04.08
Moja długa droga na szkolenie Pokojowego Patrolu w Szadowie-Młyn rozpoczęła się już o 6.30 rano czasu
więcej »
Wasze po szkoleniowe opowieści:
Opowieść Jakuba
16.04.08
Moja długa droga na szkolenie Pokojowego Patrolu w Szadowie-Młyn rozpoczęła się już o 6.30 rano czasu Greenwich. Pochodzę z Ciechanowa, ale obecnie mieszkam w Manchesterze w Wielkiej Brytanii.
Poranek - jak każdy angielski poranek - przynosi lekkie opady deszczu. Nie przejmując się tym zbytnio chwytam spakowany wcześniej plecak w dłonie, zakładam na plecy i pędzę na Chorlton Street w Manchesterze na autobus do Londynu. W autobusie odsypiam swoja nieprzespana noc (zwykle tak mam, gdy wydarza się coś ważnego w moim życiu) i po 4,5 godzinie melduje się na Victoria Coach Station w Londynie. Już wiem, że nastał czas zmiany autobusu na pociąg. Podążam wiec na stacje (angielskiego PKP), aby stamtąd móc udać się na lotnisko Gatwick i wyruszyć do
Polski.
Na lotnisku szybko (w porównaniu z polskimi lotniskami) przechodzę odprawę i inne procedury wejścia na pokład samolotu lecącego do Warszawy.
Po godzinie 21 dolatuje na Okęcie i już wiadomo, ze na pociąg do mojego miasta się nie wyrobie. Na szczęście dobrze jest mieć paru przyjaciół (z Pokojowego Patrolu i Ciechanowa ) w stolicy. Docierając do nich - rozpoczynamy długie rozmowy o szkoleniach, Szadowie-Młyn i całej atmosferze tam panującej. Po długiej rozmowie, zmęczony trudami całego dnia - usypiam.
17.04.2008
Pobudka, toaleta poranna, śniadanie i pociąg do Ciechanowa - tak wyglądał początek mojego dnia. Spotkanie z rodzinką, dopakowanie paru rzeczy - to popołudnie i wieczór.
18.04.2008
Pobudka nastąpiła dwie godziny przed planowanym czasem. Kąpiel, śniadanie, sprawdzenie czy wszystko jest - i czas ruszać pociągiem na Malbork, na przygodę życia - TOTALNA ekstreme.
Już na dworcu roz(poznaje) dwóch gości - również ode mnie z miasta, i również jadących na szkolenie. Długie rozmowy w pociągu i... jesteśmy. Cel naszej podróży - OSIĄGNIĘTY. A tam... aż roi się od ludzi, którzy także na szkolenie przyjechali, z rożnych zakątków Polski. Nie da się ukryć - kontakt złapaliśmy natychmiastowy. I jeszcze ten dziwny bezdomny na dworcu... Ale długo by opowiadać...
Nadchodzi upragniona godzina i... poznajemy całą grupą pierwszą Instruktorkę (Panią Ewę). Już w autobusie, który wiezie nas nie wiadomo gdzie otrzymujemy pierwsze zadanie - mamy napisać piosenkę. Nowe słowa, ale melodia jakaś taka znajoma ( pod melodie "Jesteś szalona" powstaje tekst "To wina Ewy" ) - ale o tym później...
Dojeżdżamy do lasu, gdzie z okien autobusu widzimy dwa samochody WOŚP i grupkę ludzi. Szkolenie się rozpoczyna... Choć tak prawdę mówiąc nikt nie wie, co nas dzisiejszego dnia czeka... I pierwsze zaskoczenie - instruktorzy po naszym przybyciu pakują się do samochodów i odjeżdżają na moment, ale szybko wracają. Dzielą nas na 4 grupy - żółta ( moja ), niebieska, czerwona i zielona - sorry, ale chyba kolejność nie gra roli :)
Tymi właśnie grupkami (z wybranymi wcześniej liderami) podążamy w kierunku zaznaczonych na mapkach miejsc. W każdym miejscu czekają na nas pewne zadania, które musimy wykonać, aby moc iść dalej.
Natrafiamy na wąwóz. Tam podzieleni na dwie przeciwne drużyny mamy za zadanie - zbiegając z górki - wyrwać komuś z przeciwników kartkę, na której umieszczona jest część hasła, pewien wyraz. Tracąc parę ( chyba 2 czy 3 ) kartek udaje nam się ułożyć hasło. Możemy iść dalej.
Następnie docieramy do miejsca, gdzie czekało na nas 5 zadań. Moja grupa - żółta zostaje "rzucona" na głęboką wodę - wyciąganie rannego z samochodu. Radzimy sobie w miarę dobrze (...)
Następnie czeka nas "łowienie ryb", którymi są poszczególne dodatki do
posiłku. Po zjedzeniu nadchodzi chwila na odśpiewanie naszej piosenki z
autokaru.
No i w dalsza drogie. A tu stoi Jacek - szef Uniwersytetu WOŚP i dostajemy pierwszy wykład. Po wysłuchaniu i zapisaniu podanych przez niego wiadomości nadchodzi przeprawa przez wodę i bagno. Musimy przenieść swoje rzeczy na druga strojne rzeki i... Rzecz jasna sami się przedostać. Po przejściu przez rzekę - zmoczeni i mokrzy - suszymy i zmieniamy swoje ubrania.
Następnie miale wejście pod górkę i po chwili widzimy cel naszej wyprawy - Uniwersytet Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Szadowie-Młyn. Uniwersytet, do którego - jak później większość stwierdza - aż chce, czy
nawet pragnie się wracać jak najczęściej. Tam kolacja, krótkie wykłady i jedziemy spać do Zielonej Szkoły w Brachlewie.
Niestety - prawie nikt nie idzie spać. Mimo, iż wiadomo, że wcześnie
rano musimy wstać.
19.04.2008
Nadchodzi kolejny dzień. Nikt nie wie, co przyniesie. Śniadanie i ruszamy autobusem do Szadowa, pięknego Szpadowa. Tam czekają nas wykłady i zajęcia integracyjne - to wiemy. Wykłady z organizacji imprez masowych i oczywiście z udzielania pierwszej pomocy ( czarowno teoretyczne, jak i praktyczne). (...)
No i nadchodzi wieczór. Wykłady, wykłady i jeszcze raz wykłady. Aż tu nagle pozoracja. Płonący samochód gdzieś w lesie, wybuchy i inne rzeczy. Latamy jak opętani. Ludzie krzyczą - "tam jest mój brat!". Wszyscy starają się robić swoje i... Jakoś to wychodzi. Donosimy rannych do Uniwersytetu WOŚP mokrzy i trochę zmęczeni.
Dwa wybuchy w różnych miejscach - to chyba za dużo ;). Ale nie dla naszych kochanych instruktorów.
Szybka ocena dokonana przez nich stawia nas na nogi. Aż tu nagle przy Uniwersytecie słychać kolejny wybuch... (...)
Zapewne już wtedy wiadomo było, kto jak wypadł. A teraz można było się wyluzować. Późno, bo późno. Ale Pokojowy nigdy nie śpi. Jedziemy do Brachlewa. Zmęczeni kładą się spać - inni grają w gry planszowe, powtarzają
wiadomości, które przez te dwa dni dostali bądź grają w piłkarzyki.
20.04.2008
Wcześnie rano budzi nas tzw. niebieski Patrol. Ćwiczenia rozgrzewające, nauka samoobrony i śniadanie. Po śniadaniu wszyscy jedziemy do Szadowa, aby zdać testy z organizacji imprez masowych i udzielania pierwszej
pomocy. (...)
Czas wracać do domu... Niektórym lecą łzy z oczu, ze to już, niektórzy są w szoku. Jeszcze na małe pożegnanie robimy małą pozoracje dla pewnej bardzo milej - zresztą jak wszyscy - nowej koleżanki (przyjechali po nią rodzice, ale ubaw był nieziemski - no i oczywiście sprawdziliśmy swoje
umiejętności uzyskane na szkoleniu). Autobus odwozi wszystkich na dworzec. Ostatnie pogadanki i... powoli zbijamy się do domów z bagażem nowych przeżyć, wiadomości i zawartymi bardzo szybko nowymi (miejmy nadzieje, ze dłuższymi) znajomościami.
Zegnamy się z nastawieniem, ze spotkamy się WSZYSCY na najbliższym Przystanku Woodstock i później na szkoleniu II stopnia. Jesteśmy zadowoleni z całego szkolenia i aż żal opuszczać było Uniwersytet WOŚP.
To miejsce przyciąga wszystkich. Rozmawiając z Patrolowcami często spotkam się ze stwierdzeniem: "chciał(a)bym spędzić tam więcej czasu".
W tym miejscu pragnę podziękować naszym WSZYSTKIM instruktorom: OWIECZCE,
GAJOWEMU, EWIE, KOCIOŁOWI, ASI, ANI, TOMKOWI i CAŁEJ RESZCIE (łącznie
rzecz jasna z Panem Darkiem, Panem Mikołajem i... tym trzecim Panem z
Niebieskiego Patrolu + panu kamerzyście), a i... JACKOWI
za takie fajne dbanie o nas i... ogólnie WSZYSTKO co nas spotkało.
A - jeśli CZYTA TO JAKIŚ PRZYSZŁY PATROLOWIEC - to życzę mu takiego
samego udanego szkolenia, takiej wspanialej atmosfery jaka tam panuje i
wrażeń, których nie zapomina się do końca życia ( świata ) i... o jeden
dzień dłużej. Przyjeżdżajcie na Szkolenia i przeżywajcie je tak, jak ja i
cala ta ekipa, która była ze mną, bawcie się na nich dobrze.
Pozdrawiam wszystkich jeszcze raz i do zobaczenia na najwspanialszej
imprezie na Ziemi - Przystanku Woodstock
Jakub Kosmala (Sponsor) |
61. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 08-10.06.2007
Opowiada Fly
Nie będziecie zbyt zachwyceni – nie minęły zaledwie trzy tygodnie od mojego szkolenia i nie jestem w stanie
więcej »
Opowiada Fly
Nie będziecie zbyt zachwyceni – nie minęły zaledwie trzy tygodnie od mojego szkolenia i nie jestem w stanie skrócić tej opowieści. Dla mnie to wszystko po prostu jest tak bardzo ważne… Nie da rady, opowieść na dłuuuuższą chwilę ;)
Najpierw wysłanie zgłoszenia, potem kilkutygodniowe oczekiwanie. Gadanie, gadanie, gadanie. Rodzina już ze mną wytrzymać nie może, bo tylko o patrolu mówić potrafię. Wreszcie, na dwa tygodnie przed szkoleniem – jest! Upragniona koperta z czerwonym serduszkiem WOŚP, nikt takich nie ma. Ogólna radość, wniebowzięcie – w końcu coś mi się w życiu uda, w końcu coś ze sobą zrobię, zmienię swoje życie, w końcu – spełnię marzenia. Pojadę na szkolenie.
Boję się jechać sama. W końcu z Myszkowa do Malborka daleka droga, całonocna podróż pociągiem. Na forum WOŚP dogaduję się z Pawłem, który specjalnie ze Stalowej będzie jechał dłuższą trasą, żeby jechać większą ekipą. Wspólnie piszemy do Owieczki maile z prośbami o kontakty do ludzi jadących ze śląska na nasze szkolenie. Koniec z końcem 7go w czwartek o 23.10 wsiadam w pociąg, żeby spotkać się z całą naszą szóstką. Noc minęła nam na wygłupach i poznawaniu się, sen był nam rzeczą obcą :)
Gdy dojechaliśmy do Malborka, pierwsze co – szukamy kawy a potem zdezorientowanych ludzi wyglądających na przyszłych patrolowców. Odnajdujemy się w zieleni drzew przydworcowych, zanim nadeszła godzina zbiórki jesteśmy już prawie w komplecie. Jedna osoba nie dojechała. Szkoda.
Pod nadzorem Nauczyciela wbijamy się do wypasionego autokaru z lipną klimatyzacją bez możliwości otwierania okien… Chwila na formalności i jedziemy w drogę. Nie do końca szybki podział na grupy. Już nasza zgrana ekipa z pociągu: Ja, Ana, Marta, Mona, Marcin i Paweł, dołącza do nas Basia, Edi, Olo i Janek. Jesteśmy czerwoni. Jedziemy a grupa zielonych robi się coraz bardziej zielona – dosłownie, króciutki postój i jadymy dalej. Wszyscy coraz bardziej podnieceni spekulują czego możemy się spodziewać i czy poznamy Owsiaka. Niektórzy znali go już od dawna, inni od zawsze marzyli żeby go poznać. Tak jak ja.
Dojeżdżamy na polankę w środku lasu. Jest Jurek! Niepewne uśmiechy, oddajemy co cenniejsze rzeczy w przechowanie do magicznego wora. Przedstawienie ekipy, kilka słów wstępu, rozwianie wątpliwości czy ktoś się chce wycofać. Ktoś się odzywa, że się zastanawia, ale jednak zostajemy wszyscy. Wybieramy liderów, dostajemy kapoki, kaski, uprzęże i szarfy w kolorach grup. Owieczka pomaga mi z uprzężą. Pytam się towarzyszy jak zakładamy nasze szarfy, żebyśmy mieli wszyscy jednakowo. Jurek berze moją i zaczyna wiązać na kasku: ‘Załóżcie na kaski, wyglądacie wtedy jak komandosi’. A jedyne co ja miałam wtedy w głowie to "Ło Jesssu! Jurek zakłada mi szarfę, Jurek mi zakłada! Oh my God! Oh my God!". To był moment, w którym dotarło do mnie, że szkolenie już się zaczęło, że jestem tego częścią. Szybko biorę się w garść, dostajemy mapy i w drogę.
Na samym wstępie już nasza grupa się pogubiła w terenie dzięki Pawła super - hiper kompasowi za 2, a niee, sorry, za 5 złotych :) Owieczka się nad nami zlitowała i wskazała prawidłowy kierunek. Kilka metrów dalej – rzeka. Wchodzimy i od razu zadanie – trzeba szukać literek, my na szarym końcu w zamulonym klimacie odnaleźliśmy zaledwie kilka. Dotarliśmy do mostku, tam: deski, opony, liny, worki, skrzynie – wiadomo co trzeba robić, tratwy, plecaki w wory, ustalamy kolejność i idemy dalej. Jak to ktoś już w nowinkach o naszym szkoleniu napisał: ‘…na naszych oczach dzieje się rzecz niezwykła: widać, jak nieznajomi sobie ludzie bardzo szubko zaczynają mieć ze sobą coraz lepszy kontakt, doskonale współpracować…’ Świetna sprawa, bo w tych kamieniach, kłodach, belkach w wodzie zaczynaliśmy czuć przynależność do siebie, stawaliśmy się Patrolową Rodziną. Brnęliśmy tak przez wodę przez kilka godzin, towarzyszyły temu zadania, mini pozoracje, wspólne pokonywanie przeszkód i pieśni dziękczynne typu: ‘Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, orły sokoły, herosi – są TU!’. Z zupełnie obcych ludzi staliśmy się silną, troszczącą się o siebie drużyną. Chociaż nie powiem – nie bez pomocy instruktorów :) Po dłuuuuugim czasie spędzonym na wodnej przebieżce, wyszliśmy na brzeg, ustawiliśmy w rządku na górce i w błyskawicznym tempie wszystkie szpargały znalazły się na górze. Kierunek – polanka a tam rozdanie upragnionych czerwonych koszulek. Radość z czystej i suchej odzieży, żal że od razu musimy nasze cuda ubrudzić. Pierwszy wykład – medyczny z Jacusiem. Szybki obiad polowy, moja grupa na bok – pozoracja. Dwa razy byśmy Tomikowi kark skręcili zanim byśmy go uratowali, ale instruktorzy spokojnie tłumaczą nam co, gdzie i dlaczego robimy źle i pokazują jak być powinno prawidłowo.
Nagle Prezes krzyczy, że za dwie minuty opuszczamy obóz, mamy się natychmiastowo zbierać, wszystko posprzątać i biegiem do następnego punktu. Gdy dobiegamy okazuje się, że to tyrolka. Czyli zjazd po linie z dość dużej wysokości zawieszeni jedynie na tych naszych malutkich uprzężach… Nienawidzę drabin, a po takowej trzeba było się wdrapać na drzewo, żeby skoczyć. Odkryłam, że mój lęk wysokości jest o wieeeeeeeele bardziej rozwinięty niż myślałam (przestał się ograniczać do stołka w kuchni), nie bardzo do mnie dochodziło co mi Mały tłumaczy, ale pokazał obrazowo jak mam chwycić linę i skoczyłam… Chciałam tego. Nawet nie wiecie jak bardzo było to dla mnie ważne… Wrzasku narobiłam ogromniastego :) największego i najgłośniejszego chyba ze wszystkich. Lecę – wspaniałe uczucie, pokonałam siebie samą. Aż tu nagle ŁUP! Gleba. Bliskie spotkanie podstawy kręgosłupa z ziemią i dużą, dużą ilością pokrzyw, zaowocowało tym, że nie mogłam się utrzymać na nogach i trzęsłam się jak osika. Kochani, nikt nie mówił, że będzie łatwo i że na szkoleniach nie ma wypadków – jest to jednak poświęcenie, na które jestem gotowa ;) Wspaniały Qubuś zaopiekował się mną w sposób jaki tego wymagałam, czyli nie pozwolił mi dojść do głosu, stanowczo kazał siedzieć, słuchać go, nie sprzeciwiać się i czekać aż on pozwoli wstać. Nadal się trzęsąc czekałam aż reszta ruszy i na końcu razem z Qubusiem trzymającym mnie za uprząż. Ktoś wziął mój plecak ktoś jeszcze inny kapok. Rozmawiałam z Qubusiem jak ze starym znajomym będąc wciąż w szoku, że po raz pierwszy w moim życiu ktoś się mną zaopiekował. Zawsze byłam samowystarczalna i to ja się musiałam kimś zajmować, a ten jeden jedyny raz to mną się opiekowano i o mnie troszczyło. Dla mnie to było nie tylko dziwne ale i nienaturalne… Zaproponował mi, że samochód może mnie odwieść na miejsce zbiórki, ale zaparłam się, że ja muszę z grupą.
Dotarliśmy na łąkę przy jeziorze – ognicho, śpiewanie. Nie jesteśmy zbyt muzykalni, specjalne dedykacje całkowicie nam nie wyszły, dlatego Prezes dał nam wyraźnie do zrozumienia, że czeka nas jeszcze 5-10km marszu, a że 22 na zegarze, to nikomu za bardzo się to nie uśmiechało. Zbieramy się dalej w drogę, jeszcze chwilowy postój, odśpiewanie jednej z kursantek urodzinowego 100 lat, fajerwerki. Litość Prezesa – jesteśmy na miejscu! Biegiem do Uniwersytetu – tam tort, ponowne 100lat, plecaki do młyna, mokre rzeczy do suszarni i na wykłady – ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych. Pan Darek – super niebieski, ale o głosie tak monotonnym, że po godzinnym wykładzie marzyliśmy tylko o ciepłym łóżku a zamiast tego zapałki w oczy i dalej się edukujemy. Środek nocy, w końcu uradowani wsiadamy do autokaru do Brachlewa, podróż mija nam pod znakiem kołysanek.
Następnego ranka ledwo wstaję – krzyż odezwał się po wczorajszym upadku. Z nakazu ‘zwierzchnictwa’ zostaję w pokoju i dosypiam gdy inni są na porannej zaprawie. Budzi mnie dopiero gwar przy śniadaniu. Szybki posiłek i wyjazd do Szadowa. A tam cały poranek pod znakiem zawodów integracyjnych, prześcigamy się która drużyna jest najlepsza. Ale nie to było mało ważne, ważne było, że byliśmy wszyscy razem i świetnie się bawiliśmy. W jednej chwili na tor przeszkód wybiega cała zgraja TELETUBISI!!! Instruktorzy przebrani za teletubisie co chwila pokrzykiwali ‘o joooo’ i ‘tulmyyyyy’. Wygłupy, mnóstwo śmiechu i zabawy ku ogólnej radości, pamiątkowe zdjęcie z kochanymi teletubisiami. Od tej pory wszystko na całym szkoleniu było o lekkim zabarwieniu teletubisiowym.
Po teletubisowych zmaganiach przyszła pora na zadania w terenie - mapa do ręki i od punktu do punktu zadania. Jednym z nich było upieczenie ciasteczek ściśle związanych z teletubisiami :). Jakoś udało nam się je zrobić, później razem z Aną je ozdabiałyśmy. Antenkowe wzorki i jedno specjalne ciacho dla Prezesa z jego imieniem na środku, a w środku – suprise! Koniczyna – prawdziwe ciasteczka z ziołem ;). Po obiadku pora na wykłady.
Wykłady, wykłady i jeszcze raz wykłady z pierwszej pomocy. Przeplatane zajęciami praktycznymi na fantomach. Poznaliśmy Anię, Mateuszka i niemowlę. Bardzo nam było szkoda, że Mateuszek i Ania nie mieli nóg, przez co mdleli i trzeba było ich reanimować… W trakcie zajęć cały czas towarzyszyły nam kamery. Co chwila ktoś szedł na wywiad z Jurkiem dla Kręciły i TV.O, nikt się nie uchronił, kamera jest nieubłagalna. Każdy musi się wykazać. (W moim wypadku była to klęska totalna, ale przyzwyczaiła się, bo żaden obiektyw nigdy mnie nie lubił.) Wykłady. Zachłyśnięcia, utraty przytomności, oddechu, resuscytacje, SiPiAr (CPR;), rozmowy – wszystko w temacie pierwszej pomocy, z czasem doszedł defibrylator, teoria zaplatana praktyką, i tak do wieczora zakończonego testem. Doprawili nas jeszcze sztuką triażu (zajęcie dla skurczybyków bez serca). Już wiemy, że najgorsze w czasie akcji ratunkowej jest podjęcie decyzji kto potrzebuje natychmiastowej pomocy a kogo już do wora.
Zbliża się północ a my w nagrodę dostajemy niespodziewajkę. Syreny, krzyki. Już wiemy co to jest. Coś na co wszyscy czekali cały dzień. Pozoracja. Wypadek na drodze kilkaset metrów stąd.
Wszyscy zrywamy się na równe nogi, w chaosie wybiegamy z ośrodka. Okazało się, że kochana brać instruktorska była na tyle uprzejma, że poprzestawiała buty i zrobiła przemeblowanie w młynie – nikt nie wie co jest czyje, buty zakładamy na oślep (mój rozmiar 41 wzięła Szelka z rozmiarem nogi 36 – współczucia pozoracji w kajakach ;). Janek – wcześniej wybrany lider liderów rozdziela zadania. Moja grupa ma się zająć triażem. Ciągle pośpiech, dym, słychać petardy, krzyki – biegniemy na miejsce wypadku. Bierzemy pochodnie. Ktoś krzyczy, że jest 22 rannych, ktoś że 15, jeszcze ktoś inny że 8 – stanęło na 5 (dobrze, że liczba malała a nie rosła). Osuwający się ze skarpy samochód rozbity na drzewie. Pochyły teren, wywracamy się, ale każdy ma swoje zadanie. Ktoś wyciąga rannych, ktoś zajmuje się szpitalem polowym, ktoś transportem rannych – nagle krzyki ”Samochód zaraz wybuchnie!” dostajemy instrukcje, że musimy zejść ze skarpy, szpital jest na dole. Oświetlenie i przenosimy rannych. Mnóstwo dymu, hałas, zamieszanie, krzyczymy do siebie, za bardzo polegamy na swoim głosie. Na początku nie możemy się zgrać, ale dajemy radę. Dochodzimy do rzeki – trzeba przetransportować rannych po pajęczynie z lin. Kto potrzebny szybciej na drugiej stronie – w wodę i błyskawicznie tam, gdzie trzeba światła. Chcemy rozkładać szpital, nie da rady, mówią nam, że szpital dopiero za następnym przejściem przez wodę, no to szukamy ścieżki i dalej w drogę. Patrzymy – most, no to biegiem po resztę, wracamy a tu instruktorzy stoją ‘’Tu nie ma mostów!’ a Jurek tłumaczy, że był wybuch, który rozerwał mostek. No to co – nogi w wodę i na drugą stronę. W końcu upragniony cel – jesteśmy znowu przy Uniwersytecie, tu mamy szpital. Cudowne ozdrowienie rannych, tłumaczenie co dobre, co złe, podsumowanie działań poszczególnych grup. Jurek do lidera: „Chłopie, w pewnym momencie miałeś taką panikę w głosie, że sam chwyciłem za nosze”. Ale spoko, obok ognicho, kiełbaski na rożnie, napoje, trzeba tylko poskładać ślicznie sprzęt medyczny i szamamy.
Część z nas zdążyła już wziąć kiełbaskę, nieliczni jeszcze nie, niektórzy zdążyli zmienić część mokrych ciuchów. Biegną dwie zakrwawione dziewczyny, krzyczą – potrzebna pomoc na „polu namiotowym”. Petardy, muzyka na full. Rzucamy wszystko, biegniemy za nimi. Instynktownie na most – a tam gryzący dym, wybuchy petard. Trzeba iść inną drogą, Woda – jedyna możliwość, na szczęście kłoda, niby tama, jeszcze nie mamy za mokro. Na miejscu: porozwalane namioty, muzyka punk - rockowa, słychać jak ranni podśpiewują, oni dalej chcą się bawić. Tradycyjne zamieszanie, za mało noszy, trzeba czekać, popędzać, uspokajać. Jeden wesołek przeszkadza, trzeba się nim zająć, po chwili drugi. Tym Mały z zaledwie 220cm wzrostu zaczyna panikować, świrować, przeszkadzać, zaczepiać. Razem z Edi go uspokajamy, poświęcamy mu tyle czasu, że w końcu Prezes się wkurzył, magiczną różdżką go uzdrowił a my rzucamy się do pozostałych rannych. Trzeba wrócić – znowu woda, lekki strach, bo głęboko, niektórym sięga po pachy, nosze w górę i do punktu szpitalnego, przed siebie, nikt nie patrzy przez co i po czym. Zdajemy raport i po następnych. Ktoś zgubił identyfikator, biorę ze sobą, po akcji oddam. W końcu – podsumowanie, kilka słów od Prezesa, kilka od Owieczki i smutny Jacuś: „Zabiliście azalie!” część z nas patrzyła po sobie, bo nie wiedziała czy chodzi o kwiaty czy o kogoś przezwisko;) (W tym miejscu: Jacuś, przee-praaa-szaa-myy i tulimy, tulimy ;) ).
- Dobra, wracajcie na ognicho, szybko coś zjeść i jedziecie spać
- Taaa… Do zobaczenia za 10minut…
Nikt nie wierzył, że to już koniec. Wracamy zmęczeni na ognisko, kiełbachy, napoje, nasze teletubisiowe ciasteczka i gitarrra. Dochodzi trzecia – przejaśnia się a my jedziemy do Brachlewa na upragniony sen. W autokarze jeszcze chwila konsternacji, czy to aby na pewno koniec? Może jeszcze będzie jakaś pozoracja? Ale nie, nic się nie stało, spokojnie dojechaliśmy. Długa kolejka pod prysznic, tak że około wpół do piątej kładziemy się spać. W czasie półtoragodzinnego snu znaleźli się tacy, co mieli czas na wysmarowanie klamek oraz kolegów pastą do zębów oraz wyniesienie jednej z dziewczyn razem z łóżkiem.
Ponura pobudka, pakowanie się, ostatnie zajęcia praktyczne z niebieskimi. Jak przebić się z rannym przez pogujące tłumy. Po wszystkim ostatnie śniadanie, ostatnie przyuczenie Piosenki Patrolowej i w busa. Na miejscu ostatnie już wykłady z ustawy, ostatnie tłumaczenia, podpowiedzi i egzamin. Większość z nas – stres podbudowany wiedzą z zajęć, nikt z nas nie miał czasu na naukę. Zdałam. Reszcie też poszło całkiem dobrze, a komu nie – krótka rozmowa z Darkiem, opowiedzenie mu swojej historii życiowej i koniec z końcem zdajemy wszyscy. Już tylko zbieranie swoich rzeczy z suszarni i młyna, nastroje opadają.
Zbiórka przy schodach Uniwersytetu. Rozdanie certyfikatów, uścisk dłoni Prezesa i wszystkich instruktorów, wyróżnienie najlepszych. Kilka pamiątkowych fotek, w tym te tradycyjne z wyskoku. Smutek, żal, pożegnania, uśmiechy, ogólne pokrzykiwania ‘tuulimyyyy’, ostatnia wymiana maili i autokar trąbiący na nas, że mamy już wsiadać. Nikomu się nie śpieszy… Jak grupka przedszkolaków żegnająca się z rodzicami, tak i my histerycznie machaliśmy łapskami i słaliśmy pocałunki przez szyby autokaru. Nie chcemy wyjeżdżać, chcemy już Woodstock. Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy już chcieliśmy wrócić. Malbork, a tam rozjeżdżamy się we wszystkie strony, ostatnie ‘tulimy’ i w pociąg… Bardzo wiele działo się później, ale to już materiał na inną opowieść. Następnego dnia o 7 rano z ostatnim już ‘tulimy’ na ustach wysiadłam z pociągu na stacji w mej Myszkowskiej prowincji, gdzie rzadko kto wie co to jest Pokojowy Patrol.
I tak się skończyła moja przygoda z 43 Szkoleniem I Stopnia Pokojowego Patrolu w Szadowie Młyn. Chociaż nie, tydzień później. Gdy przestałam się budzić w środku nocy z przerażeniem i gotowością do akcji, bo wydawało mi się, że słyszę jak ktoś woła pomocy, że trzeba biec pomóc, coś zrobić. Powrót do szarej rzeczywistości po najwspanialszych dniach swojego życia zawsze jest najgorszy. Już wiem, że za każdą cenę – chcę tam wrócić. Do mojej rodziny. Do Pokojowego Patrolu. Do domu…
I pamiętajcie:
„W patrolu serc, w pokoju dusz …- Nie jesteś sam!”
Pozdrawiam,
Fly
|
60. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu – Szadowo-Młyn 27-29.04.2007
Opowiada Broda:
Minął już ponad miesiąc od czasów mojego szkolenia. Dopiero więc piszę dopiero teraz tą opowieść? Może dlatego, że jestem
więcej »
Opowiada Broda:
Minął już ponad miesiąc od czasów mojego szkolenia. Dopiero więc piszę dopiero teraz tą opowieść? Może dlatego, że jestem leniwy albo też, że sesja mi się zaczęła.
Moja historia z patrolem zaczęła się już w wakacje 2006 kiedy to wysłałem zgłoszeniowego maila do fundacji. Dalej potoczyło się, odpowiedź ze strony Owieczki, wypełnienie ankiety i propozycje z datami szkoleń.
W końcu się zdecydowałem i wiedziałem, że szkolenie 27-29 IV będzie moim szkoleniem.
Obudziłem się o nieludzkiej godzinie jak dla mnie, w środku nocy (o trzeciej) żeby na czwartą z minutami wsiąść do ciapongu. Krótko po ósmej wysiadłem w Tczewie i tam już poznałem helika i jego koleżankę – parę minut po tym dosiadł się do nas mielony
W Malborku czekała już na nas grupa powitalna w postaci sztuk wielu jak i my przyszłych patrolowców.
Zanim przyjechał po nas autokar udzieliliśmy wywiadu pewnej ładnej pani z tvn’u . O godzinie 10,30 podjechał transport i wysiadł z niego niejaki obywatel koziołek a pani z tvn’u okazała się być Jagodą. Po drodze liderzy sprawdzili listę obecności, zebrali dobrowolną opłatę na fundusz emerytalny. Autokar wiózł nas w nieznane a my sobie śpiewaliśmy wesoło.
W końcu kazali nam wysiąść i przemówił do nas wiking Remek (dlaczego wiking wiedzą Ci, którzy widzieli stosowną fotografię ze szkolenia). Zostaliśmy podzieleni na grupy (NIEBIESCY OI!) i zaczęło się to po co przyjechaliśmy czyli 42 drugie szkolenie pokojowego patrolu w miejscowości Szadowo Młyn.
Jeszcze na polanie wykonaliśmy w grupach zadania, które zaczęły nas integrować. A instruktorzy się postarali, oj postarali..
Najciekawsze było ostanie zadanie : przejść z punktu 9 do 10. To było chyba najcięższe zadanie w tym dniu.. A czekały nas jeszcze pierwsze wykłady, z ustawy o zabezpieczeniu imprez masowych z panem Darkiem. I tu taka rada : nie radzę zasypiać na tych wykładach i mówić TAK PANIE DARKU ROZUMIEMY :D
Drugi dzień zaczął się od szkolenia jak tu delikwentowi sprawiającemu kłopoty udowodnić, że nie ma racji – czyli zajęcia z kulkami. Nie chciałbym się z nimi spotkać na przystanku i wam też radzę.
Po skończonych zajęciach z samozagłady dowieziono nas do uniwerka gdzie czekały na nas wykłady z pierwszej pomocy i z ustawy. Zaraz po części teoretycznej były ćwiczenia praktyczne więc można było od razu przećwiczyć. Naprawdę świetne rozwiązanie!
Zdarzyły się też jakieś tam zadania ale nie będę wam o nich opowiadał, bo nie chce popsuć niespodzianki.
W sobotę wieczorem mieliśmy pierwszy test (z pierwszej pomocy), jeśli ktoś uważał na wykładach nie miał żadnych problemów z zaliczeniem testu (ja przynajmniej nie miałem).
Wydawało się, że na dziś to już koniec, ale nie.. Do sali wykładowej wpadł jeden z liderów mówiąc, że miał miejsce wypadek. Zaczęła się pozoracją.. Jakoś przetrwaliśmy, choć nie było się bez małego ochrzanu ze strony prezesa. Zaraz potem.. A co ja wam będę opowiadał – pojedziecie – zobaczycie – zrozumiecie. Dodam tylko, że czeka was miła niespodzianka w sobotę.
W niedzielę wszyscy wstali ponurzy, że to dziś się rozstaniemy. Po dowiezieniu do ośrodka szkoleniowego czekał nas test z porywającego dzieła literackiego jakim jest pewna ustawa ;p
Tutaj też większość nie miała problemu z zaliczeniem, a nawet jeśli ktoś miał pecha to porozmawiał z panem Darkiem o Chińczykach :D
Rozdanie dyplomów, pamiątkowa fotka z prezesem i szkolenie się skończyło.
Czego się nauczyłem? Zasad pierwszej pomocy, pracy w grupie, przełamywania własnych lęków. Poznałem mnóstwo pozytywnych ludzi. Teraz już wiem dlaczego wszyscy piszą, że chcą jechać jeszcze raz na szkolenie. Ja bym chciał pojechać..
A więc teraz jeśli komuś rozwiałem wątpliwości czy wstąpić do patrolu to (jakby powiedział Grzegorz Halama) maila ślij na patrol@wosp.org.pl
Do zobaczenia na Przystanku i SIE MA!
ps. BRODA Z WAMI
|
56. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 23-25.02.2007
- Tak mroźno, że aż gorąco!
Opowiada Arek
Mija miesiąc od mojego szkolenia 23 - 25 luty 2007 i dopiero teraz zdecydowałem
więcej »
- Tak mroźno, że aż gorąco!
Opowiada Arek
Mija miesiąc od mojego szkolenia 23 - 25 luty 2007 i dopiero teraz zdecydowałem się nieco o nim napisać. Fakt, w pierwszym momencie, pełen euforii, dumy, że udało się przetrwać, chciałem natychmiast siadać i pisać, jak było zimno i gorąco jednocześnie, ale... Jednak poczekałem, przemyślałem trochę spraw, spojrzałem na nie z perspektywy czasu, gdy emocje już opadły.
Podróż do Szadowa, dla mnie podobna do wielu wcześniej odbytych. Jestem harcerzem, dziennikarzem, podróżnikiem z zamiłowania, toteż często tłukę się kolejami w Polsce, Czechach, Słowenii... i wszędzie jest tak samo - koła turkocą, horyzont przesuwa się przed oczami, z mroku wyłania się słońce - kolejny dzień, inny świat, kilkaset kilometrów od stacji początkowej. W międzyczasie ludzie dosiadają się - tacy jak ja - jadący w nieznane, by osiągnąć wytyczony cel. Już wtedy uświadamiam sobie, jak niesamowitą ideą jest Pokojowy Patrol, łączący tak różnych sobie ludzi. Później dopiero przekonam się jak mocne jest to zespolenie i jak wiele od niego zależy. Piękne, Piękne...
- "Lecimy na zamek, wyżynać to co pozostało po Krzyżakach!" - to Helmut, Wiking z bractwa rycerskiego, w którym widok twierdzy malborskiej wzbudził przemożną chęć mordu. Tylko miecza nie wziął ze sobą... na nasze szczęście.
Tak w oczekiwaniu na wesoły autobus, który miał nas zabrać do Szadowa (tak wówczas myśleliśmy) zwiedziliśmy Malbork, dworzec, dworcową knajpę i toaletę, w której 1,50 zł za wejście kasowała urocza dziewczyna:) Spotkaliśmy też resztę chętnych, nie do końca zorientowanych, co ich czeka, natomiast pewnych czego oczekują - przygody! A jakże...
Autobus przyjechał z Moolem, Owcą, Lucasem i resztą komitetu powitalnego. Słów kilka na powitanie, rozdanie identyfikatorów, sprawy finansowe i w drogę, a dokładniej w rozwidlenie dróg pośród pól, gdzieś w okolicach Szadowa.
Na rozgrzewkę uprzejmie wygoniono nas z autobusu. Jurek powiedział "sie ma", uśmiechnął się do nas, potem do kamery, potem jeszcze raz do kamery, bo kamerzysta się spóźnił i nie złapał uśmiechu, a potem zapytał: "Kto chce wracać, bo jeszcze są samochody i można was odtransportować do Malborka?" Wtedy siedmioro z nas podniosło ręce, że chce już wracać, bo autobus był niewygodny, a troje stwierdziło, że pomyliło imprezy, ale zostaje, i wtedy... dobra, żartuję. Nikt nie zrezygnował, choć niektórzy rozglądali się za noclegiem, ale wokoło oprócz stodoły i łąk po widnokrąg nic nie było.
Na rozgrzewkę dali nam linę, taką którą z "Daru Pomorza" chyba przytaszczyli i zaproponowali nam spacer:) Rozpięliśmy ją stając w okręgu i każdy z nas musiał się naokoło po niej przespacerować. Chadzało się świetnie, gorzej z utrzymaniem chadzających. Ale kochana grupa dała radę i po tej wykańczającej mięśnie rąk rozgrzewce, dostaliśmy mapę. No to marszem do Szadowa. Tylko tak bardzo naokoło, przez łąki, pola, osady, jeziora:) Przyznam, że nie miałem ochoty wyrywać się i krzyczeć, niczym Osioł (kumpel tego zielonego): Ja, ja wiem, ja wiem!!!
Widząc jednak, że mapa w rękach moich nowych znajomych obraca się w kółko i nie może zostać prawidłowo zorientowana, stwierdziłem, że pomogę - Wówczas jeszcze, jako bardzo nieświadomy tego co mnie czeka, chciałem na obiad zdążyć i dojść do niego najkrótszą drogą:) Dobra, robiłem to setki razy. Godzina około 12.00, słońce piękne jak talerz grochówy na niebie, to mu plecy pokazuje, mój cień idzie na północ, a ja według mapy na zachód.
Zbieramy manele, w tym dwie walizki na kółkach i jakieś torby podróżne na ramię. Tak, koleżanki nie spodziewały się spacerku, ja zresztą też. W tym momencie pierwszy raz naprawdę poczuliśmy się grupą, której siła jest równa najsłabszemu ogniwu. Trochę więc te bagaże niosły dziewczyny, trochę chłopacy, którym ich plecaki nie przeszkadzały. I tak sobie wędrowaliśmy. Mapa była świetna, szkoda tylko, że kserowana z dwóch różnych, mających inny stopień uszczegółowienia znaków topograficznych. Trochę to utrudniało orientację w terenie, ale ostatecznie ani razu się nie zgubiliśmy. Po drodze dostaliśmy balast w postaci zamkniętych drewnianych skrzyń wypchanych czymś ciężkim, oraz deski, łańcuchy, dętki takie od zetora - by było ciężej, oraz kaski i uprzęże do wspinaczki, by było bezpieczniej.
Generalnie wędrówka od punktu do punktu, zimno jak cholera, chwilami ciężko, bo to wszystko waży z każdym krokiem więcej, ale wesoło! W międzyczasie instruktorzy wybrali liderów czterech grup: niebieskiej, czerwonej, zielonej i różowej (zwanej burdelową). Zostałem liderem niebieskich i dalej prowadziłem całość według mapy. Najlepsze były przejścia przez ludzkie domostwa i zagrody. Kiedy wśród szczeków i hałów, latających wokół mnie "mniejszych braci" rozmaitej maści, usierścienia i długości zębów, pytałem gospodarza, czy ta 50 - osobowa wataha może przetoczyć się przez jego podwórko, bo tędy wypada najkrótsza droga do celu, to wtedy gospodarz patrzył na mnie jak na dowódcę desantu kosmitów, pytającego o drogę do najbliższego makdonalda. Oczywiście będąc w totalnym szoku godził się. Psy też...
Najciekawsza w czasie tej wędrówki była przeprawa przez zamarznięte jezioro. Liny już były przeciągnięte między brzegami, a naszym zadaniem było zbudowanie z posiadanych materiałów tratw, na których przeciągniemy po lodzie nasze plecaki i inne osobiste sprawy oraz balast. Szybko zorientowaliśmy się, że nie możemy rywalizować między grupami, tylko trzeba zbudować jedną wielką tratwę. Potem jednak plącząc łańcuchy, deski i opony w jedną całość zorientowaliśmy się, że to jednak lód, a nie podłoga w łazience wyłożona kafelkami i w każdej chwili może pęknąć jak poczuje, że jej za ciężko. Zrobiliśmy więc jedną małą i jedną większą. Mała ekipa przeprawiła się najpierw na drugi brzeg, by ciągać tratwy z bagażami, liderzy grup ładowali na tratwy co trzeba, a reszta ekipy starała się nie zamarznąć, skacząc, śpiewając i tupiąc (na brzegu, nie na lodzie rzecz jasna). Podczas ostatniego kursu tratwy, tafli lodowej zaczęła siadać psycha i wykazała pewne objawy załamania. Ja tylko patrzyłem na mój czerwony, mały plecaczek, w którym miałem sprzęt foto za jakieś osiem tysi, a który, jak się okazało, zabrałem niepotrzebnie, bo czasu na fotki nie było! Plecak przetrwał, my też. Po jakimś czasie dotarliśmy do miejsca noclegowego - Zielonej Szkoły. Zjedliśmy ciepłe jedzonko, powoli zapadał zmrok, a nam kazano się tylko pozbyć bagaży i przygotować do ćwiczeń nocnych. Samochodami poszczególne grupy dotarły do leśnego punktu zbornego. Tam dowiedzieliśmy się, że wszyscy liderzy jednocześnie doznali urazu kręgosłupa - bo to zakaźna dolegliwość. Ekipy musiały zbudować dla nich (dla mnie też:) nosze, opatulić ich w koce termiczne i zanieść do Szadowa - kilka kilometrów. Wcześniej w lesie każda grupa musiała znaleźć kopertę z mapą terenu. W tym czasie zgubiłem w jakiś krzakach identyfikator. Zapowiedziano nam, że zgubienie identyfikatora skutkuje wylotem ze szkolenia! Kiedy się zorientowałem, że go nie mam, cudownie ozdrowiałem i poleciałem w las go szukać. W tym czasie grupa budowała mi ze znalezionych gałęzi i uprzęży nosze. Po dziesięciu minutach znalazłem zgubę. W międzyczasie zaplątałem się w jakieś cierniowe krzaczory, tak że po wyjściu spomiędzy drzew wyglądałem jakby mnie wiewiórka przyłapała na podkradaniu jej orzeszków - cała gęba poharatana. No i ten uraz kręgosłupa...
Nieśli mnie i nieśli, a ja patrzyłem w gwiazdy i kontemplowałem... mróz, który zamrażał mi stopy. Wiecie, fajnie mnie okryli tym błyszczącym kocykiem i w nóżki, brzuszek, tyłek i plecki ciepło było. Tylko, że buciki wystawały spod kocyka... Marsz trwał może godzinę, nie wiem. W tym czasie nosze się pode mną złamały i ekipa musiała je przemodelować. Inne grupy też borykały się z kruchością użytego materiału :) W pewnym momencie ktoś krzyknął, że wypadek samochodowy przed nami, że trzeba pomóc. Więc grupa mnie ryps na ziemię i polecieli. Ktoś przy mnie został, a ja już słyszałem, że od strony wypadku krzyczą, że nosze potrzebne. To ja znowu cudownie ozdrowiałem, spróbowałem wstać i... wyłożyłem się jak długi na asfalcie. Ktoś owinął mi kocem kostki nóg, tak, by mi ten kocyk nie spadał. Dodatkowo okleił go taśmą. W końcu oswobodziłem się, wstałem, zrobiłem krok i znowu leżałem. Nie czułem stóp... zamarzły. Trochę nimi potupałem i wróciło czucie, chwyciłem nosze i przybiegłem z nimi akurat w momencie, jak któryś z rannych został już wyniesiony z rozbitego auta. Klienta na nosze i jazda w wyznaczone miejsce, a tam.... ognisko, Jurek i ekipa.
Chwilę później bylismy przed ośrodkiem szkoleniowym Szadowo - Młyn. Przywitał nas pokaz fajerwerków oraz głośna muzyka.
Myśleliśmy, że to na dziś koniec, ale źle myśleliśmy. Najpierw Jurek powiedział, że mimo wszystko na koszulki patrolu zasłużyliśmy - więc wszyscy wbiliśmy się w czerwone t-szerciki, a potem... taaaa wykłady... Serio wiara już spała, a miły duży pan opowiadał nam, nie nie, nie bajkę na dobranoc, ale ustawę o organizacji imprez masowych i dodatkowo zapowiedział egzamin. Nie no, czas studiów mi się przypomniał. A już myślałem, że więcej "kół" nie będę pisał.
Do łóżek w Zielonej Szkole dowieźli nas autobusem, choć wówczas nie zdziwiłbym się, gdyby nam rzekli - Macie mapki, to wiecie gdzie wasze wyra. Możecie iść.
Jak dotarliśmy była druga w nocy. Ktoś zapytał gdzie prysznic, ja zapytałem o której pobudka. Kiedy usłyszałem, że o 6.30, to zapomniałem o prysznicu. Ściągnąłem spodnie, bluzę i wskoczyłem pod kołdrę. Pamiętam nasze harcerskie powiedzonko, które wygłaszaliśmy na biwakach: "Lepszy ciepły smrodek, niźli świeży chłodek." Teraz pomyślałem: "Lepszy smrodek, niż prysznic i w efekcie dwadzieścia minut mniej snu." Czułem, że to dopiero początek i to było pierwsze moje dobre przeczucie na tym szkoleniu. Jednak się człowiek czegoś uczy....
Pobudka jak zaplanowano. Chwila na ubranie się i wyjazd na boisko, umiejscowione obok szkoły. Na rozgrzewkę dobieramy się parami, wzajemnie wykonujemy chwyt ratowniczy i na zmianę przenosimy się jedną długość boiska. I to było pierwsze i ostatnie ćwiczenie, które mnie zmęczyło. Ja ważę 68 kg, kolega, którego miałem przyjemność nieść prawie 80 kg. Mam mocne nogi, bo dużo jeżdżę na rowerze, ale słabą kondychę po zimie, bo nie biegam. Dostałem zadychy, ale spoko. A potem dużo fajnych zajęć. Samoobrona - czyli jak siłowo pokazać komuś, że nie ma racji - kiedy siła argumentu nie przekonuje to użyj argumentu siły, a właściwie sprytu i zręczności. Ale to ostateczność, bo my czerwoni nie mamy na Woodstocku wdawać się w bójki - od tego są niebiescy, ostatecznie.
Nasz kochany instruktor namiętnie wykorzystywał moje nadgarstki i przedramiona, by ukazać reszcie, co fajnego można z nimi zrobić i w jaki sposób, odpowiednio je skręcając, nagwintować. Nie bolało...za mocno, serio, serio!
A potem cały dzień świetnych zajęć, minimum koniecznej teorii i maksimum przydatnej praktyki, bardzo ściśle związanej z wykładami. Ponadto okazało się, że "ci z WOŚP-u" to się wysilili i przeczytali nasze ankiety, szczególnie pod kątem wykonywanego zawodu, bądź zainteresowań. I wyszło, że jedno z nas ożywia zajechane auta, inne świetnie tańczy, następne zamiast w nocy spać, to chleb piecze i kolejne, które też ogień wykorzystuje, ale do żonglerki. To ostatnie to ja, a zadania były takie: Grupa mechanika dostała zwłoki auta do ożywienia i przejechania nimi po placu apelowym, grupa piekarza piekła chleb - a jakże, tancerka uczyła swoich tańczyć walca (taki taniec tańczony przez drogowców:), no i moi niebiescy zostali zmuszeni do tańczenia z ogniem! Jak się dowiedziałem, że po zrobieniu własnoręcznie poiek mamy 40 minut na naukę czegokolwiek, a tylko jedna osoba oprócz minie z 9 miała taki sprzęt kiedyś w ręce, to pomyślałem, że będzie jazda. Zresztą jak tylko się dowiedziałem, że mam wystawić z moją grupą pokaz fire show, to myślałem, że grupa stwierdzi, iż jestem zdrowo pier.....ęty i ludzie zabiją mnie śmiechem. A oni, kochani, nic. Pełna powaga i jedno pytanie z ich strony: To kiedy zaczynamy? Zaznaczam, że pokaz wyszedł fajnie, a moja grupa pobiła wszelkie rekordy prędkości nauki podstaw żonglerki! Najlepsze było jednak to, że z powodu braku czasu na trening, ogień pierwszy raz dostali... na pokazie! Ćwiczyli wyłącznie na sucho! BRAWO, za odwagę i proponuję wizytę u psychologa, bo nie jesteście normalni - ja bym się nie odważył na waszym miejscu:) Chleb wyszedł świetnie - Jurek spróbował i przeżył, a nawet pochwalił. Taniec rewelacja, bo grupa nie tylko kroki znała, ale i stroje miała świetne, błyszczące, wykonane z kocy ratowniczych. No a Arek Stężycki... słowem, nie myślałem, że z niego taka fajna laska może być:) Auto też udało się uruchomić i nawet jeździło, tylko potem wypadło z drogi...
Naszym egzamin była wieczorna pozoracja. Grupa wybrała mnie na koordynatora akcji. Mieliśmy wypadek samochodowy, auto (to wcześniej ożywione) stoczone z drogi między drzewa, bardzo strome i śliskie podejście z noszami, czworo rannych, no i samochód chciał pobawić się w amerykański film i wylecieć w powietrze - pośpiech i hałas, bo instruktorzy nam petardy wokół rzucali. No i kiedy myśleliśmy, że po akcji i znosiliśmy rannych do Młyna, wtedy na terenie ośrodka, na polu namiotowym zapaliła się nysa. Znowu pośpiech, głośna muzyka, bo to jakiś koncert, szybki podział grupy na dwie ekipy i biegiem po kolejnych rannych. W szpitalu - Młynie zator, ktoś zapomniał wnieść jakiegoś rannego do wnętrza i nam trochę marzł. Ostatecznie wszystko jakoś wyszło. Jurek powiedział, że świetnie, ale ja później dowiedziałem się, że nie koniecznie z mojej strony. Grupa świetnie, ale ja... Porozmawiałem z człowiekiem, który wyglądał jak skandynawski marynarz z fiordów, a w rzeczywistości jest koordynatorem Woodstocku - mózgiem imprezy, który wie wszystko o wszystkim, co tam się dzieje. Oceniając moje zachowanie jako koordynatora, stwierdził na wstępie: "Już na początku grupa powinna cię zastrzelić i zastąpić kimś innym". Wiedziałem, bo już na samym początku zorientowałem się, jaki błąd popełniłem i jak bardzo utrudnił on mi późniejszą koordynację akcji. Była to dobra, rzeczowa rozmowa. Dziękuję za wskazówki i uwagi! Zresztą dziękuję wszystkim instruktorom za świetną postawę. Zawsze pomocni!!! Rewelacja.
Potem jeszcze wykłady, pokazy, o których pisałem powyżej. Świetna kolacja i zabawa, a potem nocne rozmowy i śpiewy w Zielonej Szkole. Poszliśmy spać o czwartej. O szóstej trzydzieści pobudka :) Zaprawa, znowu miętoszenie nadgarstków, a potem do Szadowa, ostatnie wykłady, egzamin z ustaw i rozporządzeń (teraz będziemy security) i uroczyste zakończenie z rozdaniem certyfikatów. A my zaśpiewaliśmy Jurkowi i naszym Kochanym Instruktorom patrolową pieśń Oleja!
Wiecie co, byliśmy fizycznie zmęczeni, ale nikt nie chciał wracać do swojej rzeczywistości. To była przygoda życia, niesamowity czas. Nigdy bym nie pomyślał, że w niecałe trzy dni, tak można zżyć się z kilkudziesięcioma nieznanymi sobie wcześniej ludźmi. Tak bardzo, że już w dniach 13 - 15 kwietnia ponownie się spotykamy, u mnie w Krotoszynie, na leśniczówce - będzie ognisko, śpiewy, nocne marsze, wygłupy i radość bycia razem w Patrolu serc, Pokoju dusz!
AREK DRYGAS
KROTOSZYN - ZDUNY
Opowieść Mateusza Kwiatkowskiego
Mijają kolejne dni codzienność i monotonia życia udziela się każdemu człowiekowi. 23-25 lutego 2007 chyba zapamiętają wszyscy uczestnicy szkolenia jako dni które niejako są oderwaniem właśnie od takiej codzienności w którą jesteśmy wplatani mimo własnej woli. Ale zacznę od początku: o szkoleniu dowiedziałem się od moich znajomych którzy od jakiegoś czasu działają w Pokojowym Patrolu, mówili że szkolenie fajne i w ogóle zachęcali i takie tam :) jakoś nie chciałem się przekonać, w końcu porzuciłem myśl o tym i żyłem sobie dalej. Przełomowym momentem był Woodstock 2006 po którym podjąłem decyzje że chce dołączyć do ludzi w czerwonych koszulkach. Pozostało tylko wysłać zgłoszenie i czekać na odpowiedź. Wraz z nadejściem odpowiedzi moje kroki pokierowane zostały na stacje w Malborku, gdzie zmęczony po podróży i pełen obaw czekałem na obiecany autobus. Po 1,5 h czekania zostaliśmy przywitani na stacji, kilka wstępnych uwag i ruszamy. Tak zaczęły się 3 dni, które głęboko zakorzeniły się wewnątrz mnie pozostawiając trwały ślad do końca życia. W ciągu kilku dni w toku zajęć z pierwszej pomocy człowiek zżywał się z innymi i uczył pomagać oraz działać w grupie. Najwspanialsze jest to, że ludzie o różnych zainteresowaniach, poglądach oraz spojrzeniem na świat potrafią znaleźć wspólny język, aby sobie nawzajem pomóc, doradzić. Nawet mimo okropnego chłodu temp. niekiedy spadała do -7 stopni na twarzach ludzi pojawiał się uśmiech. Najbardziej podobały mi się zajęcia z pierwszej pomocy prowadzone przez instruktorów, choć komuś innemu mogłoby się wydawać to monotonne, ale tu prowadzone z odrobiną humoru i życzliwym słowem i dużą wiedza ludzi, którzy nam ja przekazywali były wartościowe i ciekawe. Mi najbardziej w pamięci utkwiły słowa koleżanki:, „Choć znamy się niecałe 3 dni, ale czujemy się odpowiedzialni za siebie”. Myślę, że każdy z nas miał takie odczucie, choć czasami brakowało słów żeby to wyrazić. Z żyliśmy się tak bardzo, że niedługo, bo już 13 kwietnia zorganizowaliśmy zlot, myślę ze ta przyjaźń przetrwa do końca świata i jeden dzień dłużej.
„Naprawdę nie jesteś sam w patrolu serc pokoju dusz, Nie jesteś sam!!! Jest nas stu ...”
Mateusz Kwiatkowski
Żary
Opowieść Sierżanta
Witajcie !!!
Piszę może trochę z opóźnieniem, ale szkolenie w Szadowie tak mi dało w kość,
że dwa tygodnie odsypiałem i leczyłem siniaki, ale to zmęczenie i siniaki nie mogą zakryć wrażenia, jakie wywarło na mnie szklenie Pokojowego Patrolu w Szadowie Młyn.
Droga moja do szkolenia była dość długa już roku temu pisałem zgłoszenie na szkolenie ale przyjęcia zostały zawieszone, więc postanowiłem spróbować jeszcze raz w grudniu i udało się !! zostałem zakwalifikowany
Na miejsc zbiórki dotarłem około godz. 09.00 było już tam trochę ludzi wszyscy czekali w poczekali w jednym rogu jakby ich coś przyciągało do siebie jak by mieli jakiś wspólny cel. Zbliżała się godzina „0” wszyscy wyszli z budynku czekając na kogoś z fundacji i przyjechali. Przyjechała Owieczka i powiedziała parę słów i odjechała a my poszliśmy zwiedzać Malborki tzn. przeszliśmy całe miasto, gdzie na wylocie czekała na nas autobus, który zawiózł nas do lasu gdzieś w okolice Uniwersytetu. I tam się zaczęło był to pierwsze etap naszego szkolenia. Zostaliśmy podzieleni na grupy, dostaliśmy sprzęt asekuracyjny trzy kufry pełne skarbów, mapę i ruszyliśmy w drogę.
Pierwsza nasza decyzja odnośnie kierunku może była nietrafna, ale zaraz po chwili zorientowaliśmy się, że ruszyliśmy w złym kierunku i zawróciliśmy, teraz zaczęła się zabawa czołganie, przeprawianie przez rzekę (przenoszenia rannych), wspinanie po drzewach, orientacja w teranie, pod drodze poznawaliśmy się uczyliśmy się piosenki po prostu prawdziwy survival. Cały dzień w lesie dał nam czas na poznanie i granie w grupach, wieczorem już wiedzieliśmy, kto jest w naszej grupie (bardzo pomagały na karteczki).
Pod koniec naszego marszu doszliśmy do miejsca, nie wiedzieliśmy, że to skarpa, ale po tym, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Otóż ukazała nam się przepiękna dolina z podświetlonymi (sztucznymi ogniami) budynkami. Zeszliśmy na dół, tam zakończył się nasz pierwszy etap.
Wieczorem tzn. około godz. 21.00 zaczął się ciekawszy etap szkolenia, który mnie najbardziej interesuje, czyli szkolenie z zakresu pierwszej pomocy. W Szadowie szkolnie było zorganizowane dość dobrze byliśmy podzielenie na mniejsze grupy gdzie mogliśmy wszyscy uczestniczyć aktywnie w szkoleniu. Każdy z nas chciał osobiści wykonać ćwiczenia praktyczne, każdy z nas chciał wynieś z tego szkolenia jak najwięcej. Zajęcia skończyliśmy około godziny 01.00 najciekawszym wykładem z Panem Darkiem oczywiście.
Rano odbyły się zawody w Szadowie przy pięknej słonecznej pogodzie rywalizowaliśmy między osobą, a jednocześnie pomagając sobie nawzajem tworząc Team, grupę ludzi, których łączy jeden cel – PAMAGAĆ INNYM. W między czasie odbywały się również zajęcia z, MUSASZIM które były kolejną lekcją życia. Po południu dokończyliśmy zajęcia z pierwszej pomocy i napisaliśmy testy. Wieczorem, kiedy już się trochę uspokoiło zobaczyliśmy film z Jurkiem, który według mnie zapowiadał nic innego jak jazdę bez trzymanki i zaczęło się.
Zaczęliśmy wykorzystywać nasze umiejętności zdobyte na zajęciach. Zaczęło się od pożaru w młynie, tam może nie poszło nam najlepiej, ale już wydobywanie rannych z „malucha”, który był do połowy w stawie poszło nam całkiem nieźle. Potem zaczęło się na dobre przekazano nam informację, że następny samochód uległ wypadkowi to już było nie byle, co ale nasz „DUZY FIAT”, który na skarpie około 45º zablokował trzy osoby. Wskoczyliśmy jak profesjonaliści pierwsza grupa zabezpieczyła miejsce zdarzenia druga grupa dokonała wstępnej selekcji rannych trzecia grupa zajęła się udzielaniem pierwszej pomocy, a czwarta przygotowywała się już do transportu. Jak już ułożyliśmy naszych rannych na noszach to wszyscy zajęliśmy się transportem i zabezpieczaniem konwoju rannych do szpitala największym problemem była chyba rzeka, ale dzięki naszej pomysłowości i wiedzy jaką zdobyliśmy na szkoleniu udało nam się przetransportować rannych na druga stronę rzeki i w okolice stawu gdzie czekał na nas mały człowieczek o dużym sercu JUREK, którego zresztą oczekiwaliśmy od samego początku mając nadzieje, że jednak się zjawi że nie zostawi nas samych. Następna akcja udała się wszyscy ranni zostali dotransportowani do szpitala. Tam krótkie dwa słowa od Jurka i do ośrodka na ognisko. Wchodząc na ośrodek widzimy znowu akcja samochód wjechał do stawu, pali się kosz na śmiecie blisko obozowiska, są ranni i tu już NIK nie mówi wszyscy wiedzą, co mają robić – pełen profesjonalizm .
To już był chyba koniec części praktycznej. Była już chyba 01.00 jak zaczęliśmy grillowanie, wtedy było trochę czasu żeby pogadać podzieliśmy się wrażeniami zamienić kilka słów z Jurkiem.
Skończyliśmy około 03.00 zanim zajechaliśmy do Brachlewa była 04.00, sami wiecie znacie te kolejki do prysznica i brak zimnej wody. Położyliśmy się może było 04.30 i teraz najlepsze PRZESUNIĘCIE CZASU i spaliśmy może około 1,5 godziny, bo rano o szóstej znowu zajęcia z Musaszim.
W Szadowie już końcówka ostatnia egzamin z Panem Darkiem i wspólne zdjęcie z JUREKIEM i cała kadrą Uniwersytetu.
Mógłbym pisać tak jeszcze długo tyle było tam wrażeń Ci, co byli wiedzą, a Ci którzy nie byli to serdecznie zachęcam jest świetnie.
POZDRAWIM
SIERŻANT
Do zobaczenia na WOODSTOCK
|
55. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 13-15.10.2006
Opowieść Olimpii
Właściwie, to wszystko zaczęło się już dwa tygodnie wcześniej jak dostałam list z Fundacji, który oznaczał, że na pewno
więcej »
Opowieść Olimpii
Właściwie, to wszystko zaczęło się już dwa tygodnie wcześniej jak dostałam list z Fundacji, który oznaczał, że na pewno jadę na szkolenie. Od tego czasu zaczęło się wielkie odliczanie.
Dzień przed wyjazdem ledwo wysiedziałam w szkole. Siedząc na ostatniej lekcji, zamiast robić notatki tworzyłam listę rzeczy, które powinnam zabrać.
Pod wieczór spakowałam się i chciałam, choć trochę się przespać, ale było to trudne.
Około 5 rano miałam pociąg, w którym spotkałam się z pierwszym już teraz patrolowcem – Krzyśkiem. Po bardzo dłużącej się podróży, dotarliśmy do Malborka, gdzie czekało wielu zmarzniętych ludzi. Przywitałam się z każdym i prawdę mówiąc bałam się jak ja zapamiętam te wszystkie imiona.
Chociaż każdy był trochę niepewny, co się dalej będzie działo, wszyscy ucieszyliśmy się na widok Jagody. Wyprowadziła nas na zewnątrz i rozpoczęliśmy „taniec”. Już wtedy zapowiadała się niezła zabawa. „Tańczyliśmy” do momentu, aż wszyscy potencjalni patrolowcy dojechali na miejsce.
Następnie zapakowaliśmy się do busu. Jadąc, śpiewaliśmy piosenki układane na zamówienie. Niektórzy wykazali się nawet ogromnym talentem muzyczno-wokalnym.
Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy (nie mam pojęcia ile , aż w końcu, kazali nam wysiąść.
Odbyła się, krótka odprawa jaki?, po co? i dlaczego?. Gdy padło pytanie czy ktoś chce wracać, jak trudno sobie wyobrazić nikt się nie zgłosił.
Wtedy zaczęło się na dobre.
Podzielili nas na grupy – żółtą i te trochę mniej fajne ;). Rozdali sprzęt i ruszyliśmy w drogę.
Zadania do wykonania były różne, różniste. Od śpiewania przez słonie, aż po most linowy. Przy każdym z nich było masę zabawy, ale co ważniejsze, co raz bardziej się zgrywaliśmy. Nawet nie zauważyłam, kiedy staliśmy się sobie bliscy.
Po dość wyczerpującej drodze dotarliśmy do Uniwersytetu. Byliśmy zmęczeni i zmarznięci, ale ten widok zrekompensował nam wszystko. Nasza grupa dotarła pierwsza i mieliśmy trochę więcej czasu na odpoczynek.
Po jedzeniu rozpoczął się wysiłek umysłowy. Instruktorzy przekazywali nam wiedzę w taki sposób, że nie było żadnych pytań.
Po pierwszej dawce wiedzy, pojechaliśmy do Brachlewa. Pierwszym założeniem była kąpiel i sen, ale jakoś tak zeszło. Rano pobudka i zaraz po tym zajęcia z Niebieskimi. Później śniadanie, wykłady z Panem Darkiem – „rozumiemy, Panie Darku”. Następnie do Szadowa i kolejne zajęcia. Podzieliliśmy się lub podzielono nas na grupy i zaliczaliśmy kolejne punkty na mapie. Później następne wykłady.
W nocy pobiegaliśmy trochę po zimnym, ciemnym lesie, potaplaliśmy się w wodzie, ktoś ukradł wszystkie mosty, co mnie bardzo zdziwiło, bo nie nadawały się do skupu złomu.
A tak poważnie to każdy dał z siebie wszystko, tyle ile mógł w danej chwili.
Po uprzątnięciu placu boju, przebraliśmy się w suche ciuchy i jeszcze trochę nas pomęczyli. Zaliczyliśmy test z pierwszej pomocy. Nawet był jeden bezbłędny – oczywiście w żółtej grupie.
Znów pojechaliśmy do Brachlewa i chyba już tradycyjnie był problem z ciepłą wodą. Rano były kolejne zajęcia z Niebieskimi, następnie śniadanie i krótka podróż do Szadowa.
Tam też, odbył się egzamin z imprez masowych. Było parę poprawek, ale ciii........ .
Głównym punktem dnia było rozdanie ( wcale nie wyczekiwanych:) certyfikatów.
Czekając, na bus jedni poszli się tyrolkować, inni zaś robili zdjęcia.
I, i, i niestety nastąpił koniec :(
Dojechaliśmy do Malborka, pożegnaliśmy się ze sobą i rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę. |
52. Szkolenie Pokojowego Patrolu VIII szkolenie II stopnia - Szadowo - Młyn, 26-28.05.2006
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Maciek
No i się skończyło... Wiem, dziwny
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Maciek
No i się skończyło... Wiem, dziwny sposób na to, aby rozpocząć opowiadanie, ale piszę to “na gorąco” i to pierwsze co mi przychodzi w tym momencie na myśl :)
Cofnijmy się jednak o dwa dni, do piątku 26 maja 2006 r. albo może jeszcze bardziej (a co!), czyli w okolice początku maja, kiedy to dowiedziałem się o szkoleniu II stopnia. Raptem skończyłem szkolenie stopnia pierwszego (21-23 kwietnia 2006 r.), jednak byłem pod tak ogromnym wrażeniem tego co mnie tam spotkało, a przede wszystkim ludzi, których poznałem, że musiałem tam wrócić. A sposób na to jak wracać do Szadowa regularnie zdradzono nam jeszcze na szkoleniu: trzeba zostać instruktorem! Dlatego też decyzja o udziale w szkoleniu II stopnia nie należało do najtrudniejszych. Przed szkoleniem zdążyłem się tylko zorientować, że droga do żółtej koszulki prosta nie jest, nie wystarczy bowiem ukończenie szkolenia, gdyż służy ono tylko temu, aby instruktorzy mogli zadecydować, kto – ich zdaniem - nadaje na instruktora/lidera. A takich wybrańców zwykle jest niewielu... A i samo szkolenie do najlżejszych nie należy, wspomnieć wystarczy, że z zaproszenia wyraźnie wynikało, iż na szkolenie koniecznie należy zabrać 4 (tak, cztery) pary butów i śpiwór.
Fast forward i mamy piątek, 26 maja 2006 r. Dworzec PKP w Malborku, godzina rozsądnie poranna, czyli 10. Przed dworcem “czerwona” grupa, około 30 doświadczonych już patrolowców. Wszyscy po szkoleniu I stopnia, część brała już udział w Przystanku Woodstock. Kilka osób znam z mojego szkolenia I stopnia, część ze wspólnej wyprawy w Bieszczady w długi majowy weekend. Dobrze, że nie jestem jedyną osobą, która aspiruje do roli lidera/instruktora nie będąc wcześniej na Przystanku Woodstock w szeregach Pokojowego Patrolu. Wszyscy oczywiście czekają na autobus. Przed 11.00 pojawiają się pierwsze kolorowe pojazdy Fundacji, w tym jeden z przyczepką pełną sprzętu... Pierwsza lampka alarmowa zaczęła delikatnie się świecić.
Z aut wysypali się instruktorzy zebrali nas w bardziej zwartą grupę i po krótkim powitaniu rozdali pieniądze - “dolary” fundacji robią karierę na szkoleniach – wyposażyli nas w opony i pompki oraz uprzejmie poinformowali, że pierwszy punkt znajduje się pod kładką nad Nogatem przy malborskim zamku. Wcześniej jeszcze błyskawicznie ustalony został lider grupy, czyli ja :) Lampka alarmowa świeciła się już jak szalona, można ją było jednak wyłączyć, dotarło do nas, że autobusu na pewno chwilowo nie uświadczymy, choć podejrzewam, że niektórzy z nas liczyli, że w końcu takowy pojazd się po nas zjawi :)
Pierwszy punkt nieprzypadkowo znajdował się przy rzece. Z już przez nas posiadanych opon oraz dodatkowego sprzętu, który zakupić mieliśmy w akurat przypadkiem stojącym obok objazdowym sklepiku Fundacji, musieliśmy zbudować trzy tratwy. Przy po naszym pytaniu dokąd i jak długo będziemy płynąć poznaliśmy patrolową definicję czasoprzestrzeni, odpowiedź brzmiała: “Stąd do obiadu”:) Jeżeli chodzi o ceny w sklepie, to określenie “drożyzna okrutna” wydaje się być delikatne. Nie dość, że starali się wyciągnąć od nas każdego dolara, to jeszcze każdy zakup wiązał się z dodatkowym zadaniem. Sprzedawcy zachwalali swoje towary tak dobrze, że ostatecznie kupiliśmy kapoki, 10 plastikowych beczek sporych rozmiarów, ponton, sznurki, taśmy, deski... Jednym słowem praktycznie wszystko co pomaga utrzymać się na wodzie :) Zanim zaczęliśmy budować tratwy nastąpiła zmiana lidera i, jak się okazało, tego rodzaju zmiany miały następować regularnie, tak aby każdy mógł się w tej roli sprawdzić. Po naprawdę dzielnej pracy powstały trzy tratwy, hmm, no, w zasadzie, jak się później okazało, dwie i pół :) Bo jedna z tratw, akurat ta, która była największa, cokolwiek się “rozpłynęła”. Mimo wszystko jednak popłynęliśmy Nogatem. Większość na tratwach (razem z całym naszym dobytkiem oczywiście), a część od razu poszła do wody bo wpadliśmy na pomysł, że najszybciej się będzie płynęło jak tratwy będą ciągnięte przez osoby idące/płynące przed tratwami :) I w ten sposób ja z Marcinem sobie popływaliśmy - powiem wam, że woda w Nogacie jest już ciepła. Po jakimś czasie instruktorzy zaoferowali nam możliwość zmiany środowiska, czyli wyjście na brzeg i dojście do następnego punktu lądem, taszcząc oczywiście wszystko to co już mamy na plecach albo też pozostanie w wodzie i dopłynięcie do punktu. Jako, że płynęliśmy pod prąd i pod wiatr, wybraliśmy ląd jako opcję łatwiejszą. Teraz mogę powiedzieć, że nie jestem pewien czy to aby na pewno była opcja łatwiejsza, ponton się nad wyraz niewygodnie niesie :) Na brzegu okazało się, że niestety nie wszyscy mieli szczęście i kilka plecaków totalnie zamokło – i to pomimo zabezpieczenia ich foliowymi workami. Ale dotarliśmy do wyznaczonego miejsca. Na punkcie ognisko i kiełbaski. Ale nie ma nic za darmo, znów dolary poszły w ruch. Posililiśmy się, zostawiliśmy sprzęt do pływania (na szczęście!), wzięliśmy mapkę, plecaki na grzbiet i w trasę.
Kolejny punkt znajdował się przy schowanym głęboko w lesie bunkrze. W środku miały znajdować się wskazówki na temat kolejnego celu naszej podróży, z tym, że do bunkra nie można było wejść bez kasków i masek gazowych (naprawdę, instruktorzy postarali się, żeby było tam tak zadymione, że nikt nawet nie pomyślał o wejściu tam bez maski). Udało nam się sprawnie znaleźć wszystkie wskazówki, dzięki czemu wiedzieliśmy, gdzie idziemy dalej. Naszym celem miała być stajnia przy PGR Węgry. Kilka kilometrów było... szczególnie jeżeli dodać te kilka dodatkowych będących wynikiem nadinterpretacji mapy :) Do PGR doszliśmy już o zmroku, Ci którzy pomyśleli, że to właśnie tam będziemy spać, srogo się zawiedli. Acz dostaliśmy tam coś, o czym wszyscy marzyliśmy już od kilku godzin: ciepły obiad :) Tak pokrzepieni, już w nocy, wyruszyliśmy w kierunku następnego punktu. Niestety już nie w komplecie - jedna osoba zrezygnowała w związku z kontuzją i pojechała z instruktorami.
Tutaj muszę wtrącić, że o ile powtarzane na szkoleniu I stopnia zapytania o to “kto chce zrezygnować” wydawały się zabawne, o tyle już na tym szkoleniu, było to całkowicie “na poważnie”. Trasa wiodła często trudnym terenem, szliśmy bardzo długo, cały czas z plecakami, nie wiedząc ile jeszcze drogi przed nami, bo prowadzeni byliśmy od punktu do punktu. W takiej sytuacji naprawdę warto się zastanowić, czy rzeczywiście mamy siły na następny odcinek. Trzeba dużo odwagi aby się przyznać, że to już koniec – sam nie wiem czy bym potrafił.
Wracając do trasy, nocny spacer przez las nam się oczywiście przedłużył w związku z pewnym nieporozumieniem na linii mapa – patrol :) Ale w końcu udało się wszystko wyjaśnić i doszliśmy do miejsca w lesie, w którym usłyszeliśmy “Ok, gdzieś tu możecie się przespać”. Jednocześnie kolejny raz padło pytanie o to, kto chce zrezygnować (pytali o to naprawdę regularnie), znalazła się kolejna osoba, która nie wyschła dobrze po naszej przeprawie i po całym dniu w drodze w takim stanie po prostu opadła z sił. W tej sytuacji zdecydowała się zrezygnować.
Po znalezieniu w miarę korzystnego miejsca przygotowaliśmy sobie prowizoryczny nocleg, jednak zanim zdążyliśmy się położyć odwiedziło nas kilku instruktorów twierdząc, że “300 metrów od nas” jest genialne miejsce na nocleg, jest tam też jedzenie dla nas, ognisko, no “miód, cud i orzeszki”. Byli nawet tak dobrzy, że zadeklarowali się zabrać część plecaków samochodem. Wizja ogniska i jedzenia nas skusiła, poszliśmy. Pierwszy raz szedłem 300 metrów przez półtorej godziny... :) Ostatecznie do tak zachwalanego miejsca dotarliśmy bodaj o 3 rano. Rzeczywiście nie było źle, bo było ognisko, ale szału nie było. Spanie pod gołym niebem. Jednak w naszej sytuacji jakoś nam to w ogóle nie przeszkadzało. Namiot na ziemię, wyjąć śpiwór, zapakować się do środka i .... obudziłem się rano. Zadziwiające ale w moim w zasadzie wiosenno – letnim śpiworze, w ogóle nie było mi zimno :) Rano obudziło nas przepiękne słońce i cały czas twierdzę, że to był krytyczny moment tego szkolenia. Gdyby tak o 5 rano zaczął padać deszcz, który wygoniłby nas ze śpiworów, to cały dzień byłby prawdziwym koszmarem, ktoś się tam jednak na patrolem zlitował i zafundował nam słoneczko :)
Po śniadaniu, plecaki na grzbiet i... taaaak, znów w trasę. Pierwszym celem było Benowo. Szło się całkiem nieźle (acz wszyscy zaczęli już odczuwać zmęczenie), w Benowie dostaliśmy następną mapkę, tym razem celem były Barcice, tam jeszcze jedną prowadzącą do Borowego Młyna, potem kolejną, dzięki której doszliśmy do Ryjewa. Przed Ryjewem nowe wskazówki: cel Mątki. Przy czym to co właśnie opisałem w trzech zdaniach zajęło nam ponad 7 godzin marszu. Duuuużo kilometrów, szczególnie jak trzeba taszczyć plecak na grzebiecie. Dodam tylko tyle, że towarzyszący nam instruktorzy się zmieniali :) Regularnie zmieniał się także lider grupy, każdy po kolei mógł się wykazać. Po drodze oczywiście kilka niespodzianek, przede wszystkim: “wiecie, ten sklep który widzicie, jego tam nie ma” :) Żeby nie było, nie istniały dla nas żadne przejawy cywilizacji, które akurat mijaliśmy. Znaleźliśmy też po drodze Land Rover'a, któremu akurat skończyło się paliwo, tak się tylko kurcze “przypadkiem” złożyło, że paliwko skończyło mu się przed górką... Nie było lekko, ale zostaliśmy za pomoc wynagrodzeni w dolarach. Po drodze zrezygnowały kolejne dwie osoby. Trasa naprawdę była wyczerpująca...
W okolicach Mątek dłuższy postój i zadanie, tym razem wyłącznie dla męskiej części: zrobić pierogi ruskie dla 40 osób z wykorzystaniem kuchni polowej. Powiem wam, że zabawa była przednia, grupa w tym momencie już naprawdę zaczynała współpracować. Polecam zdjęcia i zwrócić uwagę na szczegóły, choćby takie jak mieszadło do farszu zrobione z solidnego pieńka:) Pierogi były przepyszne, w nagrodę dostaliśmy arbuza na deser. A po wszystkim.. tak, tak, znów w trasę. Zaczynało się już zmierzchać, do kolejnego punktu doszliśmy już w nocy ale tam dobra wiadomość. Przed nami ostatni odcinek wiodący już do Szadowa – ostatnie “kilka” kilometrów.
Była już prawie północ kiedy zobaczyliśmy pierwsze światła Szadowa, wtedy właśnie padło hasło: “wypadek samochodowy przed nami!”.
Powiem wam jedno, nie tylko instruktorzy ale przede wszystkim my sami byliśmy pod wrażeniem tego jak sprawnie poszła nam ta pozoracja. Pomimo ogromnego zmęczenia, późnej pory i wszelkich innych niesprzyjających okoliczności, udało nam się zrobić to rewelacyjnie (jeszcze raz wielkie gratulacje dla nas wszystkich :) Zabezpieczyliśmy miejsce wypadku, udzieliliśmy pomocy, zorganizowaliśmy “szpital” i przetransportowaliśmy tam rannych. Wszyscy przeżyli i to w dobrej kondycji. To była naprawdę dobra robota, a jednocześnie chyba najlepsza nagroda, którą sami sobie zafundowaliśmy. Po dwóch dniach byliśmy już sprawnie działającym mechanizmem.
Do Szadowa weszliśmy w doskonałych humorach, dopiero na miejscu wszyscy poczuliśmy ile nas ta droga kosztowała. Jednak pomimo zmęczenia wzięliśmy jeszcze udział w “szkoleniu” do 3 rano :)
Następnego dnia, po krótkim ale jakże komfortowym śnie, zajęcia na temat działania w grupie połączone z analizą tego co się z nami działo od momentu gdy spotkaliśmy się w Malborku do chwili przybycia do Szadowa. Zmiana była naprawdę jakościowa, wszyscy to zgodnie przyznaliśmy.
Po szkoleniu instruktorzy zgromadzili się na naradzie, a do nas dotarło, że to właśnie teraz decydują o tym, kto zostanie wyróżniony. Nie rozmawialiśmy o tym między sobą, ale z pewnością każdy o tym myślał. Przecież każdy pojechał na to szkolenie z myślą, że dostanie szansę aby zostać instruktorem/liderem.
Decyzje zostały podjęte, z 26 osób, które rozpoczęły szkolenie, wyróżnionych zostało 6. W tym i ja i trudno opisać jak bardzo się z tego cieszę :) Jednak Ci wszyscy, którzy wyróżnieni nie zostali, z pewnością zapamiętają to szkolenie jako kolejną wspaniałą przygodę w Pokojowym Patrolu. Część z nich, a może i wszyscy, spróbują jeszcze raz. Natomiast przed tymi, którzy zostali wybrani, teraz sporo pracy. Musimy pokazać, że wybór był słuszny i że naprawdę zasługujemy na to aby być instruktorami i liderami grup. Samo wyróżnienie na szkoleniu nie gwarantuje żółtej koszulki, trzeba na to zapracować.
Maciek
|
51. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo, 19-21. 05. 2006
Wasze poszkoleniowe opowieści:
kidler (Adrian)
Muszę to napisać - być może będzie nudne i nie da się tego czytać, ale muszę…
19 maja
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
kidler (Adrian)
Muszę to napisać - być może będzie nudne i nie da się tego czytać, ale muszę…
19 maja br. wstałem o 4 rano, by zdążyć się wyrobić na godz. 4:45 żeby zabrać koleżankę, które również jechała na to samo szkolenie. Wpakowałem bagaże i ojca w samochód i jadę w umówione miejsce na plac miejski (jechaliśmy do Koszalina i ojciec miał zabrać z powrotem samochód - brak odpowiedniego połączenia PKP - i tak daliśmy radę) Dojeżdżamy do Koszalina, kupujemy bilety, pakujemy się do pociągu. Po niecałych 30 minutach jazdy wpada konduktor do przedziału - "bileciki do kontroli poproszę". Zadowolony daję wraz ze zniżką - czyta, ogląda- jedna strona, druga strona, znowu ta pierwsza - no ok. powiedział. Ktoś tam inny z przedział u dał bilet i moja koleżanka również daje bilecik ze zniżką - ta sama sytuacja - ogląda i tak i tak. W końcu pyta czy mama te zniżki z policji - na co ja, że nie, to są zniżki dla biorących udział w szkoleniu AHA organizowanym przez Fundację WOŚP, a konduktor mówi do nas, że nam nie przysługują takie zniżki ( myślę sobie, że jeszcze nie jestem w Szadowie Młyn, a już jest fajnie, czyżbyście kogoś dla draki podstawili). Jak to- przecież ludzie tyle czasu jeżdżą już do Malborka na tych zniżkach i zawsze przysługiwały, a dziś nie - mówię do niego. Na co on, że on weźmie taką i jedną i idzie się skonsultować - mówię, mu żeby tylko to do nas wróciło. Przychodzi po 5min - wszystko jest w porządku, dzwoniłem wszystko jest ok. Poszedł. Przychodzi znowu (i tak ze 3 razy), zmienił nawet ton głosu i zaczął nas wypytywać z wielkim zaciekawieniem i szacunkiem (WOW), powiadomił nawet innych konduktorów, gdzie siedzimy i że wszystko ok.
Stacja Malbork godz. 9:58 - ostatnie minuty do spotkania. Wychodzimy ze stacji, widzę duża grupę ludzi - wiem już, o co chodzi - podchodzę - pytam- na szkolenie Pokojowego Patrolu- nie inaczej pada odpowiedź. Ufffffff - nie zgubiłem się jesteśmy w domu. Podbiega do mnie jakiś dwóch chłopaków, jeden trzyma cukierki a, drugi ciasteczka- wymyślili sobie rytuał powitalny tych, co jeszcze dochodzą:) Po kilku minutach przyjeżdża wypasiony HYUNDAI z WOŚP-u. Wychodzi Owieczka, Armatka i Saper. Przedstawiają się nam, mówią, co w najbliższych minutach nastąpi. Podjeżdża autobus, wsiadamy, Saper zbiera kasę. Po kilkunastu minutach jazdy autobus staje. Wysiadamy, brać bagaże i jazda na pole, krzyczy saper. No i się chyba zaczęło. Czekał tam na nas cały sztab instruktorów (tak {przepraszam za wyrażenie - bez urazy} zajebistych ludzi, że głowa mała!!!) Koziołek starszy nas Tatą - Tata próbuje grać ostrego chłopa, w konsekwencji wydaję się, że jest naprawdę w porządku człowiekiem. Szybkie rozdanie identyfikatorów, podział na grupki i pierwsze zadania. Tworzymy jakieś wrzeszczące zwierzę w nagrodę dostajemy kasę, jak się później okazało bardzo potrzebną. Każdy z nas dostaje jajko kurze - hmmm każdy się zastanawia, po co nam to. Instruktorzy mówią, że mamy dbać jak o własne (znaczy chyba inaczej powiedzieli, ale to też fajnie brzmi). Szukamy karteczek z numerem PIN do bankomatu. Następna porcja pieniędzy. Otwierają sklepik. Atmosfera jak na rynku w Pekinie. Różne dziwne rzeczy można było kupić - nawet worek wypełniony śmiećmy za całe 28 tys. KONIEC – ZAMKNIĘTE - pada komenda. Ubieramy kupione uprzęże, kaski, no i oczywiście wspaniałe czerwone koszulki z napisem POKOJOWY PATROL, zbieramy sprzęt i szykujemy się do wymarszu. Okazuję się, że potrzebna mapa. Kasa wydana, żadna grupa nie ma pieniędzy na mapę - robimy zrzutkę. Jest nabyliśmy mapę J No to w drogę. Po kilku metrach napotykamy na pierwszy punkt (o ile dobrze pamiętam chronologię) były to liny. Jagódka mówi, żebyśmy się ustawili grupami wokół 3 lin z ich zewnętrznej strony, po czym podnieśli i naprężyli liny. Jak się okazało mieliśmy po niech przejść dokoła. Najpierw niepewnie po jednej osobie, a później już z większą pewnością wchodziliśmy po 2 osoby. Wyruszamy w dalszą drogę. Tym razem tato wymyślił, że mamy wybrać po jednej osobie, którą podciągniemy na linie zawieszonej na drzewie, tak, aby tamta mogła zdjąć zawieszony na konarze woreczek, oczywiście wypełniony kasą. Wyruszamy, oczywiście obładowani wcześniej zrobionymi zakupami. Dochodzimy do kolejnego punktu programu. Widzimy zawieszona na drzewach, na wysokości ok. 1m liny. Mamy po nich przejść jako jedna grupa, nie pomagając sobie z ziemi. Chwila zastanowienia, pierwsze koncepcje i w drogę. Coś nie tak wyliczyliśmy - bliskie spotkanie z glebą. No to jeszcze raz, cały czas goni nas czas. Jest, jest pomysł, wchodzimy idziemy, idziemy - gleba, jedynka nie wszyscy :) kilka osób się utrzymało. Walczymy dalej. Super zabawa, bardzo jednocząca, kolejne zadanie wymagające po prostu wielkiego zaufania grupie przede wszystkim osobom obok. Koniec - ograniczył nas czas, może nie dotarliśmy do samego końca linowej trasy jednak pokonaliśmy sporą jej część. Wyruszamy dalej. Idziemy, idziemy, idziemy. Wchodzimy na małą polankę. Pada polecenie, by ze wszystkich rzeczy, które mamy zbudować na tyle mocne tratwy, by utrzymały się one wraz z nami i naszymi ciężkimi bagażami na rzecze. Przystępujemy do budowy kilka konstruktorskich wymian zdań i widać już pierwsze owoce pracy. Krzyczą, że kończy się czas. Teraz mamy znieść nasze "okręty" na dół do rzeki i zwodować je. Wkładamy ciężki sprzęt na barki (niektóry - niżsi podpierali głowami) i znosimy je. Dostajemy WOODSTOCK-owe worki, pakujemy swoje toboły. No i pierwsza próba - czy nie pójdzie na dno, (chociaż nie było opcji, ponieważ cała konstrukcja była na wielkich oponach od ciągnika - aż sześciu, wszystko wzmocnione deskami i drewnianymi puzzlami, powiązanymi sznurkami). Wodujemy. Pierwsi odważni pościągali buty (zupełnie niepotrzebnie) i weszli do wody w celu przytrzymania tratwy. Z mostku, który przechodził przez rzekę wkładamy wszystkie bagaże na nasz wodny pojazd, i później kompletujemy na nim załogę - ok.12osób. Jesteśmy, płyniemy. Wszyscy susi. 2 albo 3osoby, które były w wodzie mają mokre spodnie (buty suche – na razie). Wszystkie 3 tratwy zwodowane. Nasza płynie jako druga. Wszyscy susi. Odpychamy się długimi kijami. Płyniemy. Dokoła jesteśmy obstawienie instruktorami płynącymi w kajakach. Po ok. 200 góra 300 metrach pierwsze zachwiania załogi i kontakt z zimną wodą - brrrrr. Dużo śmiechu;) Pękają pierwsze dętki. Panika, ale wszystko opanowane. Płyniemy dalej. Pierwsze osoby w wodzie. Następna porcja śmiechu. Po ok. 500-700 metrach i już 3/4 załogi było mokre i miało kontakt z wodą. Niektórzy już nawet nie wchodzili na łajbę, tylko szli rzeką trzymając się jej. Woda zimna, jednak po jakimś czasie na tyle się przyzwyczailiśmy, że na lądzie było zimniej niż w wodzie. Dwie osoby poszły na przód badać grunt i wodę - w rzecze było strasznie dużo konarów, które mogły nam przebić dętki. Komuś przyczepiła się pijawka do nogi, ale szybko pozbył się intruza. Płyniemy, albo idziemy - to zależało już od tego jak się czyjeś losy potoczyły. Instruktorzy mówią, że teraz mamy dobić do brzegu, zacumować tratwy, rozpalić ognisko i usmażyć jajecznicę, hmm dobrze, że kupiliśmy patelnię w sklepiku, który był na początki przygody i że kupiliśmy palety na jajka z 52 dwóch jajek uratowane było ok. 15, ale zawsze to coś - zadanie wykonane. Teraz przez chwilę ucztujemy, robiąc również kanapki z produktów, które były zawarte w jednej ze skrzyń, którą kupiliśmy. Któryś z instruktorów powiedział, że mamy 3 min do ponownego wyruszenia na trasę. Szybciuteńko posprzątaliśmy wszystko i wyruszyliśmy. Cała przygoda na wodzie trwała ok. 3-4 godzin - nie wiem czasu nie liczyłem, żadnej chwili nie żałuję:) Dopływamy do końca trasy. Wyjmujemy łajby, rozkładamy je i znosimy sprzęt w jedno miejsce. Tam już czeka nas przeprawa na linach przez rzekę, ognisko, koce termiczne i seans filmowy :) Na miejscu powitał nas Juras. Kilka ciepłych słówek, filmik i wyruszamy do lasu. Wyposażona nas w nosze ratunkowe i apteczki. Słyszymy nieustające trąbienie samochodu, jak się okazuje wypadek – 2 osoby ranne. Szybka akcja ratunkowa. Transportujemy rannych z miejsca wypadku. Dłuższy spacer po lesie z rannymi, idziemy do Szadowa Młyn. Na trasie napotykamy na szalonego Warsika, on doprowadza nas do Uniwersytetu. Tam chwilka na przebranie i wykłady. Jak się okazało wykłady poprowadzi Pan Dariusz - jeden z Niebieskich, Wcześniej zostaliśmy już powiadomieni przez Żółtych, na czym polegają wykłady. Tak jak mówili - kilka z nas przespało się przez dłuższą część. Na każde zapytanie Pana Darka odpowiadaliśmy jak nas szkolono: "Rozumiemy Panie Darku J". Zarządzona przerwa – nareszcie - grubo po 1h. Na nasze szczęście dalszej części wykładów nie było. Dobijamy autokarem na miejsce spoczynku po godz. 2 w nocy. Chwilowego oczywiście - godz. 7.00 pobudka - dalsza cześć wykładów z Panem Darkiem (w ogóle to chciałem dodać, że to naprawdę spoko facet, tylko ma nudną robotę). 9:00 śniadanko i uderzamy na Szadowo. Tam już czekają na nas Niebiescy - Piotr i Mikołaj. Uuuuuuu się działo. Uczyliśmy się samoobrony. Co to byli za kolesie - Piotr typowy jajcarz, Mikołaj hmmm facet niebawiący się w ładne słowa - tak to nazwę - chyba nigdy nie zapomnę jego słów, które skierował do osoby rozmawiającej podczas zajęć - mówił to poważnie, ale śmiechu było, co niemiara, zresztą za każdym razem jak mieli z nami zajęcia. Koniec zajęć, przychodzą żółci - mamy 2,5h na wykonanie 12 zadań. Wspaniała zabawa - chodzenie po linach rozwieszonych na drzewach na dość sporej wysokości, pozoracje medyczne, zjazdy z góry z drzew przez jezioro na drugi brzeg wody. Upragniony obiadek. Kolejne wykłady. Tym razem medyczne, później ćwiczenia medyczne. Malutka kolacyjka, (bo później szykowało się duże ognisko). Zjedliśmy, wykładziki. Okazuje się, że za chwilę będziemy mieli testy z medycznego. No cóż - to mój pierwszy pisany test ok. 1h w nocy - ale widzę, że powinienem częściej o tej porze pisać - jakimś cudem nie miałem żadnego błędu - wśród nas był lekarz i dwóch ratowników medycznych, a tylko ja napisałem bezbłędnie. Przepraszam, że się chwalę - ale jestem z siebie dumny. Wszyscy czuliśmy, że coś się kroi - niedługo musi być jakiś alarm - jakaś pozoracja - chcą zobaczyć, czego się nauczyliśmy, jak się zachowamy w sytuacjach z rannymi. Zapraszają nas na wykładzik z Jackiem. Dotyczył przede wszystkim triażu. Jacek zostawił nas z zadankiem, mamy przemyśleć w 4 grupach jak przeprowadzilibyśmy triaż. Puszcza nam krótki filmik - na filmiku Juras mówi do nas o jakiejś niespodziance, naglę podchodzi jakiś koleś do Jurasa i częstuje do kremowym ciastem prosto w twarz. Juras wkurza się, karze nam się zebrać przed budynkiem. Wybiegamy - jest pozoracja. Płoną namioty. Wszystkie nasze buty rozstawione pod budynkiem pomieszane. Tworzy się zamieszanie, jedni przez drugich szukają swoich butów, a tam ludzie krzyczą - masowy wypadek. Łapiemy się za nosze, biegiem na miejsce katastrofy, wielu rannych, wielu zapijaczonych bawiących się i przeszkadzających. Ratujemy rannych, opatrujemy poszkodowanych, wyprowadzamy pijanych i bawiących się, odpędzamy gapiów, każdy ma jakieś zadanie, tworzymy szpital polowy. Zbieramy poszkodowanych w szpitalu polowym. Mały każe zabrać rannych i biec za nim. W ręce dostajemy pochodnie i wpadamy w ciemny las. Schodzimy z górki, podchodzimy pod następną. Zatrzymujemy się. Tam czeka na nas Juras i przeprawa przez rzekę po moście linowym - takim dziwnym moście linowym. Na noszach mamy rannych - rozpinamy ich z pasów - nie wolno przechodzić przez rzekę z rannymi zapiętymi w pasy. Mamy na to 3 minuty - żeby przeprawiły się 52 osoby. Jesteśmy po drugiej stronie. Znowu bieg przez las schodzimy ze strasznie stromej góry, oczywiście cały czas transportujemy rannych. Dochodzimy do miejsca gdzie jest umowny szpital. Wracamy pod Uniwersytet, gdzie czeka na nas ognisko z kiełbaskami. Juras zaprasza nas na kiełbaski i na browarka, dziękując nam za sprawnie przeprowadzoną akcję. Ludzie rozluźniają się, podchodzą do ogniska (byliśmy mokrzy - niektórzy nie korzystali z mostu linowego) inni do nalewaka z piwem. Nagle słychać wybuch, widzimy racę lecącą w powietrze. Znowu pozoracja. Wybiegamy z za Uniwersytetu. Strasznie dużo dymu. Widzimy dwa samochody - jeden i drugi w rzece - nyska została wepchnięta przez wielką wojskową ciężarówkę - oba samochody w wodzie. Łapiemy za nosze, szybciutko jesteśmy na miejscu zdarzenia. Niestety akcję utrudniają rekiny krążące po rzece i wrzucające Patrolowców do wody. Jedna część zabiera się za rannych - tych obok katastrofy, tych uwięzionych w samochodach, oraz tych na dachach samochodów. Różne przypadki wśród rannych - łącznie ze złamaniami, szokiem powypadkowym, niektórzy nieprzytomni. Dowiadujemy się, że za chwilę nastąpi wybuch, a my na dachu samochodu - szybko ściągamy rannych i ewakuujemy się z miejsca wypadku. Szybko do szpitala polowego. Tam zdajemy relację z przebiegu zdarzenia oraz ze stanu zdrowotnego poszkodowanych. Akcja zakończona - jest ok. 3 albo nawet 4 godziny w nocy. Wracamy do ogniska - tak już delektujemy się gorącymi kiełbaskami i popijamy wspaniałym browarkiem. Juras puszcza nam ciekawą pogaduchę, której finisz jest taki - " Ile kabelków?! - Dwa! - Ile Tygodni?! -Siedem! Serdecznie pozdrawiam, k…a mać!" hehe zabawa do kilku minut po 5, oczywiście wspaniale prowadzona przez Żółtych. Trochę (a nawet dużo potańczyliśmy). Niestety koniec imprezki - jedziemy spać. Jesteśmy na miejscu - okazuje się, że mamy na to ok. godziny. Większość z nas postanawia w dalszym stopniu się integrować. I tym oto sposobem przyjeżdża po nas autobus. Zabieramy nasze bagaże i wracamy do Szadowa Młyn. Tam już czekają na nas Niebiescy - czyli samoobrona part II. Niemiłosiernie leje deszcz - ale co to dla szkoleniowców Pokojowego Patrolu. Wychodzimy i trenujemy. Następnie powracamy do Młyna, gdzie Mikołaj strzela swoją super gadkę na temat Woodstocku, Niebieskich i nas Czerwonych. Woodstock to nie przelewki - ale Pokojowy to są więcej niż Rambo. Przychodzi po nas Pan Dariusz - ok. 1/3 składu odpada - zasypiają. Reszta walczy - ze snem i nudnym tematem wykładów, jednak Pokojowy musi znać "Ustawę o bezpieczeństwie imprez masowych z 1997r," " Rozporządzenie Rady Ministrów dotyczące Imprez Masowych z 2003r." oraz "Poprawki do Ustawy z 2004r." Dajemy radę. Teraz upragnione śniadanko. Później zbieramy się w Uniwersytecie i tam piszemy egzamin z Ustawy. Udało się - wszyscy zdaliśmy;) Teraz już tylko rozdanie zaświadczeń, pamiątkowe zdjęcie - do domu. Niestety :( Wszystko, co dobre szybko się kończy. To była najwspanialsza przygoda w moim życiu. Teraz czeka mnie kolejna - Przestanek Woodstock, a jeżeli zdarzy się cud to jeszcze szkolenie II stopnia.
Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się czy jechać na szkolenie Pokojowego Patrolu - to nie już możecie przestać - naprawdę warto, jedyne, czego możecie żałować, to to, że ten czas tak szybko mija. W Szadowie Młyn pojęcie czasu jest zakłócone. Jest to też jedyne miejsce, gdzie jest tak wielu wspaniałych i życzliwych ludzi - mam tu na myśli Instruktorów, i bardzo dobrze, że tak jest, bo przecież w żadnym innym przypadku nie czuli byśmy się tam tak wspaniale!
Ja z całego serca dziękuję za najwspanialsze 3 dni w moim życiu!!!!!!!!!!
PS - jestem dumny z mojej czerwonej koszuli i żałuję, że nie mogę jej nosić codziennie!!
kidler (Adrian)
|
47. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo, 24-26. 03. 2006
Wasze po szkoleniowe opowieści:
Rysiek - Dzierżoniów
Witam
Choć na moimi liczniku już 32 wiosny cieszyłem się na to szkolenie jak dziecko
więcej »
Wasze po szkoleniowe opowieści:
Rysiek - Dzierżoniów
Witam
Choć na moimi liczniku już 32 wiosny cieszyłem się na to szkolenie jak dziecko i oczywiście nie mogłem się doczekać, zdawałem sobie sprawę mniej więcej jak to będzie wyglądać ale tak naprawdę to mi się wydawało że wiem :)
Na wrocławskim dworcu pojawiłem się około 22:15 po godzinnej podróży autobusem z Dzierżoniowa. Gdy szedłem po bilet zaczepił mnie Seweryn, z którym na forum dogadaliśmy się że jedziemy tym samym pociągiem. Po drodze wsiadali inni kandydaci na Patrolowców, ale byliśmy porozrzucani po całym pociągu. Droga minęła spokojnie rano na dworcu kolejne grupy ludzi na szkolenie, zaczęło się wspólne poznawanie. Mieliśmy dużo czasu wiec w parę osób postanowiliśmy zobaczyć Malborski zamek (robi wrażenie) Jest coraz weselej, przyjechał autobus, cały czas masa śmiechu, w końcu jedziemy i przez całą drogę dobre samopoczucie nas nie opuszcza, pojawiają się pierwsze zakwasy (mięśni twarzy) spowodowane intensywnym nieprzerwanym śmiechem. Docieramy na miejsce jest Jurek, jest coraz więcej instruktorów. Zaczyna się hardcore, nikt nie wie co nas czeka :) Podział na drużyny i zaczynamy pierwsze zadania, jest coraz ciekawiej i coraz ciężej, ja jestem w drużynie czerwonych, która mnie wybiera na lidera (nie wiem czemu) ale skoro lud wybrał nie odmawiam, trzeba podjąć wyzwanie.
Jedno z pierwszych ekstremalnych zadań to pierwsza poważna przeprawa przez rzekę, mamy opony, belki, liny itp. ale co dalej no niestety trzeba wejść do wody inaczej się nie da, jest nas kilka osób która się na to odważyła, między innymi i ja ale co tam to szkolenie Pokojowego
Patrolu a nie rurki z kremem :) Zadanie wykonane jest Ok, wielka satysfakcja, grupa radzi sobie raz lepiej raz gorzej ale myślę że nie jest źle. Brniemy dalej od zadania do zadania, nikt nie liczy czasu, nikt nie spogląda na zegarek bo nie ma na to czasu, nie będę opisywał zadań bo szkoda psuć zabawy przyszłym patrolowcom :). Docieramy do polany gdzie odbywają się zabawy integracyjne, jest super, wszyscy już bardzo zmęczeni ale szczęśliwi. Po tych zabawach idziemy dalej wielkie wspinanie z tymi wszystkimi tobołami naprawdę jest już ciężko docieramy w końcu na wzgórze poniżej którego widać w końcu Szadowo, dostajemy to na co tak ciężko pracowaliśmy czyli czerwone koszulki. Ostatni wysiłek i jesteśmy na dole, przebieranie już siedzimy w ciepłym budynku i spożywamy przepyszny obiadek, smakuje jak nigdy :) Po obiedzie pierwsze szkolenia teoretyczne, wszyscy zmęczeni ale wiemy że to co się nauczymy jest bardzo ważne bo trzeba będzie zdać z tego egzamin. Teoria potem praktyka, kolacja i znów teoria ale za to jaka Szkolenia niebieskiego Darka to dopiero harcore w porównaniu z wszystkim innym :) Ale dajemy rade jest coś chyba około 2-3 w nocy jedziemy do Brachlewa gdzie nocujemy. Wszyscy zmęczeni, ale dobry humor nas nie opuszcza, oczekiwanie na prysznic i w końcu sen trwający coś koło 1,5 godziny. Przed 7 rano pobudka a o 7-mej ćwiczenia na boisku z niebieskimi - samoobrona. Potem śniadanko i wyjazd do Szadowa, zaczynamy od wykładów, brniemy dalej wszystko świetnie zorganizowane, nie ma czasu się nudzić, nie ma czasu myśleć o głupotach. Następnie obiadek (znów pyszny) a po nim wyruszamy w plener, nowy podział drużyn (nie wiem czemu znów zostaje liderem) Wykonujemy zadanie po zadaniu, pierwsze nie idzie najlepiej ale dalej jest coraz lepiej powiedziałbym że lepiej niż dobrze, wszystko idzie składnie naprawdę z bandy nie znających się ludzi zaczynamy tworzyć zespół. Coraz ciekawsze zadania, wiemy ze kolejne będzie ostatnim i trafiamy na przeprawę przez rzekę ale co tam damy rade kto jak nie my. Znów przebieranie i wracamy do centrum na egzamin z udzielania pierwszej pomocy, osobiście jestem zadowolony z wyniku, pewnie się czuję przy udzielaniu odpowiedzi, to nie do wiary ze w ciągłym stresie i zmęczeniu człowiek może wchłonąć jeszcze tyle wiedzy.
Super wiadomość, jesteśmy debeściaki wszyscy czyli całe 52 osoby zdają egzamin pozytywnie. W następnej kolejności następuje kolacja (mam nadzieje że w następnej kolejności bo nie wiem czy czegoś nie pomyliłem :)) Po kolacji przystępujemy do najważniejszego egzaminu, praktycznego z udzielania pierwszej pomocy, wyruszamy w las z poszkodowanym na noszach pod górę w świetle pochodni i latarek. Docieramy do drogi, która prowadzi do Szadowa, nagle widzimy ze na placu przed budynkami pali się ogień coś się dzieje, wszyscy biegniemy, Choć jest to symulacja wypadku wygląda to tak realnie że aż
po plecach ciary przechodzą. W ocenie Jurka i instruktorów poradziliśmy sobie, co nas bardzo
cieszy. Potem ognisko i jeszcze jedna niespodzianka (ci co byli wiedzą o czym piszę).
Po wspaniałej zabawie na zakończenie choć nikt nie chce wracać to autobus czeka i musimy jechać. Jesteśmy w Brachlewie oczywiście ostatnia noc - zielona :) Jest fantastycznie, ja czekając na prysznic niestety się nie doczekałem i przysnołęm na jakieś pół godzinki może 40 minut. Wstajemy i znów na boisko, samoobrona, śniadanie i wyjazd do Szadowa. Wiadomo czeka nas jeszcze jeden egzamin z ustawy o imprezach masowych, dajemy jakoś rade, niektórzy gorzej niektórzy lepiej ale dajemy rade, notabene przydaje się wyuczona w nas praca w grupie :) Niestety przychodzi ten moment na który z jednej strony czekał a z drugiej strony nie chcemy żeby się to wszystko skończyło. Rozdanie certyfikatów, bardzo miła chwila, potem wspólna fota i czas rozstania, wsiadam do autobusu i tak jak teraz mam łzy w oczach, w końcu opuszczam swoja rodzinę, którą stał się Pokojowy Patrol. Na dworcu też jest wspaniałe wszyscy się żegnamy jedna grupa, która zostaje żegna tą która odjeżdża, coś wspaniałego, gdy zegnaliśmy.
W Warszawie na peronie zatańczyliśmy i wyszło rewelacyjnie i to bez muzyki. W pociągu do Wrocławia jedzie nas osiem osób teraz już wszyscy razem nie porozrzucani po całym pociągu, wszyscy oczywiście w czerwonych koszulkach. Zabawa dalej trwa humor nas nie opuszcza choć zmęczeni ale bardzo, bardzo szczęśliwi, ze jest na świecie taki ktoś jak Jurek
Owsiak, że jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i że w końcu jest Pokojowy Patrol.
Już wszyscy po trzech dniach przebywania ze sobą chcemy się ze sobą spotkać bo już za sobą tęsknimy. Ktoś kto to czyta a tam z nami nie był to w to nie uwierzy ale tak naprawdę jest jesteśmy rodziną która nazywa się POKOJOWY PATROL.
Dzięki Ci całą ekipo z Szadowa pozdrawiam was wszystkich razem i każdego z osobna :)ile kabelków ...
Rysiek - Dzierżoniów
Albert, Tarnowskie Góry
Piątek 24.03 godzina 1:30
Czas zacząć szkolenie, już podjechali kumple i lecimy autem do Malborka, atmosfera fantastyczna ale każdy z nas się zastanawia co zastaniemy na kursie, czym zaskoczą nas instruktorzy. Po 8:00 jesteśmy już na miejscu, trochę zmęczeni ale podnieceni ogółem sytuacji. Koło 10:00 pojawia się orkiestrowy busik i nasz wesoły autobus, zaczyna się - jedziemy do Szadowa! Po drodze pierwsza niespodzianka, za Ośnem pierwszy zestaw zadań, każdy ze swoim bagażem uderza w teren. Ja miałem szczęście bo mój plecak był jednym z najmniejszych wśród wszystkich patrolowców, plus dla mnie. Zaliczaliśmy kolejne zadania "ino wicher", przeprawy przez rzekę, ogniska, liny, biegi, wszystkie zadania ukierunkowane na współpracę. Koło 16:00 Wszyscy się już znaliśmy i jako, że nasza drużyna ukończyła zadania dużo wcześniej niż druga mięliśmy czas na wspólne zabawy. Śmiechu co nie miara. Przed zmierzchem rozdanie koszulek i już jesteśmy oznaczeni jako Pokojowy Patrol! Szybkie suszenie rzeczy i na obiadek (mniam ,mniam). Później seria wykładów. Trochę teorii i oczywiście praktyka. Tu ukłony w stronę instruktorów, który naprawdę dołożyli wszelkich starań byśmy byli najlepiej przygotowani. Wykłady z panem Darkiem (duuuużo kawy poszło) i przed 3:00 dotarliśmy do Zielonej Szkoły. Szybka kąpiel i krótki sen.
Sobota 25.03 godzina 7:00
Tak mi się spodobało łóżko, że spóźniłem się na zajęcia z samoobrony, ominęła mnie rozgrzewka ale już po chwili pochłaniałem wiedzę. O 9:00 śniadanko i powrót do Szadowa. Wykłady, obsługa defibrylatora, potem znowu wyjście w teren. Labirynty, skrzynki, kozy (dla wtajemniczonych), jako 2 zadanie mięliśmy przeprawę przez rzekę z noszami, ale nikogo to nie ominęło J 104 mokre buty, w suszarni było ciekawie. Po obiedzie mięliśmy egzamin, który udało mi się napisać w 100% poprawnie, wszyscy zdali. Następnie druga część zajęć z panem Darkiem (znów kawa w ruch). Po kolacji czas na atrakcje wieczoru! Nocna pozoracja wypadku. Najpierw krótki marsz z ofiara na noszach przez las (pochodnie, latarki) a później pod ośrodkiem symulacja wypadku. Ogień, duszący dym, ofiary, hałas. Ja zająłem się ratowaniem zatrutego dziecka, koledzy mieli jednak trudniejsze zadania, otwarte złamania, narządy na wierzchu itp. Ale wszystko poszło nawet sprawnie. Po akcji wszyscy wyluzowani udali się na ognisko i piwko, nagle rozlega się krzyk wypadek na drodze do Ośna! Krótka rundka w lesie i pozoracja w Szadowie była gotowa. Tylko jedna ofiara wiec nie było źle. Wracamy do świętowania. W nocy zmiana czasu ukradła nam godzinę snu ale nie przejęliśmy się ty nazbyt. Do busa i jazda spać.
Niedziela 26.03 godzina 7:00
Poranny rozruch i 2 godziny zajęć z samoobrony (oj bolą rączki), śniadanko i Szadowo. Przychodzi czas na egzamin z imprez masowych. Boimy się go bo obejmuje zagadnienia prawne. Po 20 minutach okazuje się, że nie było czego. Chwila przerwy, uroczyste rozdanie certyfikatów, atmosfera luzu i radości. Wszyscy zaczynają wspominać, aż się łezka w oku kręci, że to już koniec L Przed 13:00 wylądowaliśmy w Malborku i czas zmykać do swoich domków. Szczęśliwi i bogatsi o nowe doświadczenia patrolowcy rozjechali się po całej Polsce. Było fantastycznie! Polecam każdemu, przygoda jakich mało w Waszym życiu. Pozdrowienia dla wszystkich, który bawili się razem ze mną!
Dzięki za wszystko SIEMA
Albert, Tarnowskie Góry
Eryk (Kraków)
Witam,
Zaczęło się chyba standardowo, czyli pociąg do Malborka. W Krakowie nikogo nie widać, ale może na następnych stacjach ktoś się dosiądzie i oczywiście tak było, królowało nieśmiałe pytanie a Wy na PP jedziecie?:). W Malborku wysiadła już niezła ekipa. Wpadamy do poczekalni, a tam cala reszta. 10:15 pakujemy się do autobusu do Szadowa i jedno co tylko słychać to śmiech, czyli będzie fajnie. Na miejscu, czyli gdzieś w lesie, Juras pyta kto chce wracać, ale chętnych brak. Po czym „To nie są ćwiczenia!” i biegiem do lasu J Dobiegamy do 1 punktu szybki podział na grupy (zielona) i jeszcze szybsze ubieranie uprzęży i nagle kamera trzeba cos powiedzieć ee yyy udalo się J. Ubrani, gotowi wzięliśmy sprzęt, mapę i szukamy 1 punktu, obok którego staliśmy cały czas. Po drodze ciągle cos się dzieje, ekspresowa integracja. Budujemy mosty z czego możemy, przeprawiamy się, kilka osób już w wodzie i na każdym punkcie rozpalamy ognisko żeby mogli ogrzać się przemoknięci a nazbierało się ich:) Ostatnia przeprawa przez most linowy, pod ciężarem nas 4ki ugiął się i staliśmy na wodzie. Wieczorkiem, pod koniec trasy otwieramy skrzynie, w której koszulki PP :) wyglądamy już zawodowo. Klucz do suszarni zdobyty i ruszamy na wykłady, ćwiczenia z pierwszej pomocy po super obiadku. W nocy wszyscy już lekko zmęczeni i oczy się kleją, wiec przerwa śródlekcyjna, żeby nas ożywić(potwierdza się ze Żółte Koszulki o Nas dbają) i tańczymy:). Troszkę snu w Brachlewie, pobudka i rozgrzewka, która była zbawieniem dla mięśni, na ćwiczenia z samoobrony. Po śniadaniu wracamy do Szadowa, ubieramy sprzęcik, dzielimy się na nowe grupy (teraz niebiescy), nowe okrzyki:) i przed siebie. Pierwsze zadanie u Taty ciężko idzie. Spadliśmy, wiec od początku i znowu, kombinujemy i powolutku do mety. Dogadanie paru spraw i zespół już działa. Super ekipa wiec musi działać. Później nożyk, ciach, jest kosmyk i zaliczone:) Następny punkt przeprawa z rannym przez rzekę. Wybieramy rannego przenosimy, na powrotu zmiana i tu mały paradoks nikt nie chce na nosze, każdy chce wejść do rzeki, wiec w marynarza. 13 Padło na mnie, na nosze i idziemy, tylko, czemu nogami do przodu?? Wieczorkiem do suszarni przerwa i egzamin, powiało grozą , ale ekipa super przeszkolona wiec wszyscy zdają J Po kolacji zbiórka i transport rannego, a po jego ozdrowieniu TO NIE SA CWICZENIA pali się i bieg. Wszyscy zabieramy się do pracy, kogo się da wyprowadzamy, a kogo nie na nosze. Udało się, wszyscy uratowani, czas na odpoczynek. Ognisko, kiełbaski, pełen luz i nagle Wszyscy do Młyna! Totalnie zaskoczeni biegniemy na miejsce wypadku. Samochód w rzece, plum do wody, zabezpieczamy samochód i wyciągamy rannego. To nam chyba nawet lepiej wyszło:) Teraz wylać wodę z butów i na ogniskowa dyskotekę J Wczorajszy taniec nas zainspirował. Trzeba było sobie powiedzieć koniec bo autobus przyjechał, jeszcze magiczny okrzyk i jazda. Już 6:30 trzeba cos pospać, oczy się skleiły, nie chcesz ale musisz. 5 sekund i śpię. 6:50 ubieramy się i na ćwiczenia z samoobrony, po czym śniadanko i znów do Szadowa na egzamin z imprez masowych, ojoj poprawka, ale co to za student, który nie ma poprawek , uff zdane. I najsmutniejsza i najweselsza cześć szkolenia - zakończenie, teraz to już rodzina. Certyfikaty dziękujemy sobie, zdjęcia i w autobus do Malborka. Czerwone koszulki górują na dworcu, zaczynają się odjazdy. Pierwszy pociąg zabiera Emę, wiec okrzyk na pożegnanie. Chwile później podjeżdża pociąg do Warszawy tu już większa ekipa odjeżdża, wiec po raz ostatni pięta, palce, raz i dwa. wyszło super Coraz mniej nas, coraz mniej, aż podjeżdża mój pociąg, wiec jeszcze Wyginam śmiało ciało i w piątkę na południe. Na dworcu zostali tylko Ilona z Sylwkiem. Po 5 minutach: Ja chce tam wrócić! Najlepsze było to ze tylu nas i wszyscy tak niesamowicie zakręceni. Takiej ilości uśmiechu, pozytywnej atmosfery i wszystkiego co polepsza humor nie spotkałem!! Jesteście super i widzimy się na zlocie który się już kroi.
pozdrowioinka Eryk (Kraków)
|
45. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo, 10-12. 02. 2006
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Kajka z Zielonej Góry
Witajcie
Jest już dwa dni po szkoleniu a we mnie jeszcze emocje :).
Te 3 dni,
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Kajka z Zielonej Góry
Witajcie
Jest już dwa dni po szkoleniu a we mnie jeszcze emocje :).
Te 3 dni, wspaniałe dni, pierwsze szkolenie tego roku. Tak bardzo chciałabym tam wrócić. Mój wyjazd rozpoczął się w Zielonej Górze gdzie byłam już umówiona z Kredką. W Poznaniu dosiadł się do nas Grucha, z którym też byłam umówiona na spotkanie tam (zwłaszcza ze znamy się nie od dziś). Tak sobie jechaliśmy tym pociągiem cały czas gadając. Udało nam się znaleźć jeszcze Justynę a potem już w Tczewie Zbyszka. Gdy dotarliśmy do Malborka jeszcze nikogo nie było z wyjątkiem Lamy. Była to godzina 7. Poszliśmy zobaczyć wspaniały zamek Malborski, gdy wróciliśmy wraz z Kredką nakleiłyśmy na poczekalni kartkę z napisem „Pokojowy Patrol jest tu”; no i za każdym razem, gdy przyjechał jakiś pociąg wychodziłyśmy na przywitanie nowych ludzi. Bardzo sympatyczna sprawa.
O 10:15 przyjechał po nas Remek z Gadułą, wsiedliśmy w autobus, który gdzieś po drodze zatrzymał się i tam zaczęło się nasze szkolenie. Podział na grupy, pierwsze zadania i dłuuuuuuga droga z buta do Szadowa.
Gdy dotarliśmy wszyscy byli zmarznięci, zmęczeni, przemoknięci i bardzo ciekawi, co dalej będzie. Były pierwsze wykłady tuż po nich zmęczeni, gdy mieliśmy już jechać do Brachlewa, aby się wyspać była akcja ratunkowa w młynie. Najlepiej nam nie poszło, lecz następnego dnia nadrobiliśmy :).
Sobota, 7 rano zajęcia z samoobrony, potem śniadanko i kolejne zajęcia m.in. małpi gaj, którego się z początku bałam, ale żeby było śmieszniej Mool podokuczał mi, nastraszył, ale dałam rade, nie było tak źle:)
Wieczorem wykłady i test z pierwszej pomocy. Nocna eskapada która zakończyła się o 4 nad ranem, jak nie później, przenoszenie człowieka na noszach przez "pajęczynkę" po czym mokra byłam po kolona :). Niedziela rano to już tylko test z imprez masowych rozdanie certyfikatów i pożegnania.
Gdy wracałam do domu w Poznaniu wsadziłam Gruchę do pociągu i już sama zostałam na dworcu, zrobiło mi się tak przykro, że to już koniec. Ekipa była świetna, wspaniali ludzie, aż brak słów, aby opisać to wszystko.
Już się nie mogę doczekać jakiegoś spotkania z tymi ludźmi a z niektórymi już kombinujemy jakiś "zlot". Już tęsknie za nimi wszystkimi.
Nie chce opisywać wszystkiego, bo popsuje następnym patrolowcom zabawę. Wyjazd był niesamowity, nie zapomnę go do końca życia, mało się spało dużo robiło, było warto pojechać, mimo lekkiego przeziębienia teraz.
Wielkie dzięki za to wspaniałe szkolenie i serdeczne pozdrowienia dla wszystkich, którzy byli tam.
Pozdrawiam i do zobaczenia na Woodstocku albo gdzieś kiedyś w Polsce wcześniej
Kajka z Zielonej Góry
Waldek Nowakowski
Kiedy wsiadałem w Ciechanowie do pociągu nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego co mnie czeka. Po 2 godzinach na stojaka w „Warsie” nad butelką bezalkoholowego piwka stanąłem na dworcu w Malborku. A właściwie to stanęliśmy, bo nawiązałem kontakt z trzema fajnymi kolesiami z okolic.
Poczekalnia jak każda inna, ale na drzwiach kartka „POKOJOWY PATROL CZEKA TU”. Od razu wiedziałem, że to Kajka napisała. Oczekiwanie na Remka, żarty, poznawanie swoich imion, karmienie miejscowego psa i wreszcie odjazd autokarem. Po krótkiej podróży w towarzystwie Ani-Gaduły lądujemy nad jeziorem.
Podział na drużyny (moja żółta), Jurkowa „gaduła”, zakładamy kaski i uprzęże, małe zawody z oponami i już śmigamy po tafli lodu w kierunku sporego przerębla. Tego się nie spodziewał chyba nikt. Niepowtarzalna okazja aby zobaczyć jak człowiek wygląda po „bliskim spotkaniu” z wodą o temperaturze bliskiej zera. Pokaz zachowania się w takiej sytuacji i profilaktyki utonięć robił wrażenie. Ja myślę że Jacek i Woper po prostu nie lubią jak jest im ciepło :).
Pełni podziwu dla morsów ruszyliśmy dalej w nieznane. Drobne problemy z „saniami” ale dajemy radę. Do wieczora daleko a przed nami same niewiadome. W pobliskiej wsi „zawody saneczkowe” – dwoje z każdej drużyny na opony a reszta wio koniku. Uchetaliśmy się nieźle i niestety zieloni wygrali. Na pocieszenie gorąca herbatka i dalej w drogę.
Kajakiem lubię pływać, naprawdę lubię i to bardzo. Jednak tym razem używaliśmy kajaka jako bobsleja. Torem była leśna droga a my po kolei wskakiwaliśmy do środka. Radochy przy tym było co nie miara i nie przeszkadzało nam nawet to, że każdy musiał zdjąć jednego buta i śmigać w skarpecie po śniegu.
Kolejne konkurencje, ciągle marsz, Jurek z „Kręciołą” wciąż nagrywa. Będziemy w TV :). Trzeba to sobie nagrać. Do ośrodka dotarliśmy, zaliczając jeszcze kilka konkurencji, nieźle zmęczeni. W mojej drużynie zacząłem zauważać pierwsze objawy demokracji. Co to znaczy dowiecie się za chwilę. Po powitaniu w ośrodku i pozostawieniu mokrych ciuszków w suszarni, przy dźwiękach „Dżemu” zjedliśmy smaczniusi obiadek przygotowany przez niezastąpioną Mychę (ale kawa była taka sobie).
Reszta to nuda – wykłady, wykłady, wykłady i w końcu już po 23 Jurkowa gaduła i „dobranoc”. Wyluzowani chcieliśmy zabrać swoje rzeczy z suszarni a tu nagle wrzask, krzyk, prawie panika. W starym młynie wypadek, jest kilkoro rannych, biegniemy, próbujemy nad tym zapanować. Pamiętam jak stanąłem w drzwiach młyna i krzyknąłem „NIE WCHODŹCIE TU WSZYSCY”. Kiedy kończyłem słowo „wszyscy” byłem już daleko od drzwi niesiony falą ratowników. Remek po cudownym ozdrowieniu pozorantów powiedział „Nie jest źle, nikt nie zginął – Z RATUJĄCYCH”. Lekko zamyśleni pojechaliśmy grzecznie spać.
Widok łóżka i pościeli niektórych wprawił w błogostan i zasnęli szybciutko. Sobotę zaczęliśmy od zebrania. Dokładnie mówiąc było to zebranie mojej kochanej żółtej ekipy. Na samym początku wybraliśmy mnie na lidera. I na tym skończyło się moje liderowanie. I tu właśnie wyjaśnię rzeczoną wcześniej demokrację. Lider jest jeden a rządzą wszyscy. Tak nie może być, pomyślałem i stało się. Powiedzieliśmy sobie prosto w oczy wszystko co nam leżało na sercu. Wystarczyło 10 minut szczerej rozmowy, aby załoga żółtych z chaotycznej stała się naprawdę zgraną i posłuszną. Nie chodzi o dyktaturę tylko o to że w sytuacjach podbramkowych ktoś musi być odpowiedzialny za całość.
Po śniadanku były zarąbiaste zajęcia w terenie. Gdybym chciał to opowiedzieć zajęłoby to kilka stron więc daruję sobie. Powiem tylko tyle – małpi gaj jest fantastyczny i mostów nie ma. Obiadek, chwilka relaksu, zajęcia medyczne do wieczora przeplatane wykładami Pana Darka. Jezzzzuuuuu. Ludzie jak wam powiedzą „nie zadawajcie pytań Darkowi” to naprawdę NIE ZADAWAJCIE PYTAŃ DARKOWI :). I grzecznie, bez gadulstwa na wykładach. Jako że po 2 dniach wykładów i zajęć byliśmy pełni wiedzy, około godziny 23 pisaliśmy test medyczny. Oczki podparte zapałkami, długopis wypada z ręki ale jest dobrze. Na drugi dzień okaże się że pecha miały tylko 3 osoby.
Końcówka zajęć, troszkę teorii o wypadkach masowych i „dobranoc”. Autokar czeka, siadamy, jedziemy, śpiewamy, wygłupiamy się, zatrzymujemy się, kładziemy kolegę na nosze i śmigamy kilka kilometrów z powrotem do ośrodka. Nie ma że boli. Wypadek może się zdarzyć w każdej chwili, a Pokojowy Patrol musi być zawsze w pogotowiu. Przy białym mostku przeprawa po lodzie na drugą stronę rzeki. Wszyscy oczywiście kamizele ratunkowe na siebie, lina w dłoń i gęsiego (dlaczego chciałem napisać „kaczego”) ostrożnie idziemy. My, żółci szliśmy jako 3 ekipa. Przed nami około 20 osób i nikt nie wpadł na pomysł, żeby tę linę wyciągnąć na górę skarpy i po niej się wspinać. Dopiero my wpadliśmy na ten pomysł i to dzięki nam połowa całej ekipy miała łatwiej. :)
Spacerek po lesie był super. Księżyc prawie w pełni świecił tak że latarki nie były potrzebne. Miło było ale się skończyło. Klakson, zamieszanie, wypadek. Pięcioro poszkodowanych, ktoś podobno gdzieś uciekł, znów trochę chaosu ale Jurek, wybrany liderem liderów stara się zapanować na sytuacją. Na szczęście dla wszystkich znów nikt z ratujących nie zginął i mogliśmy z kolegą na noszach wrócić do ośrodka pokonując rzekę po raz drugi. Tym razem nie po lodzie a po moście linowym. Mokro, zimno ale nosze z rannymi cało lądują na drugim brzegu. Dochodziła godzina 2 w nocy więc jak zobaczyliśmy ognisko z tyłu ośrodka nastąpiło totalne rozluźnienie. W końcu można było odpocząć po trudach całego dnia, ogrzać się przy ogniu. Chwila odpoczynku i hasło „do autokaru”.
Jednak to było zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. Pożar w młynie. Ktoś chodzi i wszystko podpala. Niezapomniany Szczurek podpalacz został schwytany (przeze mnie) i oddany w ręce sprawiedliwości. Tym razem udaje nam się trochę lepiej nad tym wszystkim zapanować, no może poza tym że ktoś ukradł nam jednego rannego i trochę sprzętu podczas akcji. Na zakończenie nieśmiertelne stwierdzenie, że nie jest źle bo nikt nie zginął, z ratujących i podobno byliśmy pierwsi którzy wszystko znaleźli czyli sprzęt i rannego. I w końcu finał. Po całym dniu i prawie całej nocy zajęć mieliśmy w sobie tyle pozytywnej energii, że nikt nie chciał wracać do szkoły na nocleg. Staliśmy przy ognisku, Juras jak zwykle wyciął gadułę, Mycha przygotowała kiełbaskę i herbatkę.
To była naprawdę wyjątkowa chwila. Poczuliśmy się zjednoczeni. Znaliśmy się kilkadziesiąt godzin, a czuliśmy tak jakbyśmy znali się od zawsze. O spaniu nie było mowy. Zarządziliśmy „zieloną noc” i w ruch poszły tubki z pastą do zębów. Wysmarowaliśmy chyba wszystkich.
Po 20 minutach płytkiego snu (w moim przypadku) zjedliśmy śniadanko. Hehehe, po śniadanku pomagałem sprzątać stołówkę i trafiła się fajna akcja. Przy stoliku siedziały nasze kochane instruktorki. Nie zapomnę wyrazu twarzy Radosnej kiedy dowiedziała się, że polędwica łososiowa nie jest z łososia tylko ze świnki. Teraz pozostał już tylko egzamin „z kulkami” (pojedziecie to się dowiecie o co chodzi) i najbardziej oczekiwany moment – rozdanie Certyfikatów, uścisk dłoni Prezesa i instruktorów, drobne wyróżnienia, pamiątkowe zdjęcie i… do domu.
A teraz będzie bardzo osobiście.
Jechałem tam sam, nie znałem nikogo. Po około 50 godzinach czułem się zżyty z tymi ludźmi jakbym znał ich od dziecka. Takiej ilości pozytywnej energii nie widziałem jeszcze nigdzie (no może poza finałem WOŚP) Dziękuję wszystkim którzy tam byli za to że mogłem ich poznać i stać się jednym z nich. Do zobaczenia na Przystanku i mam nadzieję nie tylko.
Bromis. Waldek Nowakowski
Justynka z Kluczborka
..kilka słów ode mnie...
...ogólnie rzecz biorąc nie jestem zbyt samodzielną i otwartą (przynajmniej na początku =)osóbką, więc kiedy przyszło mi jechać samej na drugi koniec Polski na lutowe szkolenie pokojowego patrolu, o którym szczerze mówiąc miałam nikłe pojęcie -> byłam przerażona...
...pierwsze z całej masy ciepłych szkoleniowych wspomnień tyczy sie jusz połowy mojej drogi do Malborka, kiedy to zaspana,jak przez mgłę zobaczyłam wpadające do mojego przedziału dwie urocze ;) dziewczyny wrzeszczące: "Ktoś na szkolenie PP??" I tak poznałam Kajkę i Kredkę, a potem Rafałka, na którym nie zrobiłam najlepszego pierwszego wrażenia ;) a potem całe mnóstwo jak najbardziej pozytywnie zakręconych ludzików...
...niesamowite trzy dni...(tylko dlaczego tak krótko!!!!)...w ciągu tak krótkiego czasu, pośród mnóstwa wykładów, ćwiczeń, pozoracji, ale także w trakcie wspólnego męczenia się ze zdjęciem soczewek kontaktowych ;), wymiany części składowych obiadu, nocnych rozmów przy dzwiękach SDM bądź tych bardzo-wczesno-porannych przy kubku kawy narodziły się przyjaźnie, które, mam nadzieję, będą trwały do końca świata i jeden dzień dłużej...=)
...tak ciężko ująć w kilku zdaniach to wszystko, co wydarzyło się w Szadowie...a zresztą, cóż sie będę rozpisywać-trzeba to przeżyć samemu...;)
...kochani, cieplutko pozdrawiam i z całego serduszka dziękuję...za wszystko...a sporo sie tego nazbierało w ciągu tych trzech dni...=)
Justynka z Kluczborka |
Szkolenie kandydatów na liderów Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 21-23.10.2005
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Trawnik:
Właśnie zjadłem pizze, pale papieroska, wykąpałem się porządnie i wspominam sobie szkolenie, którego zapach (a zwłaszcza bagna Szadowskiego)
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Trawnik:
Właśnie zjadłem pizze, pale papieroska, wykąpałem się porządnie i wspominam sobie szkolenie, którego zapach (a zwłaszcza bagna Szadowskiego) unosi się w moim pokoju w akademiku (wszyscy co przychodzą mówią że śmierdzi, ale oni są jak mugole w Harry Portterze).
Na szkolenie musiałem wyjechać już w czwartek wieczorem, w Warszawie spotkaliśmy się już większym gronem i jednym pociągiem pomknęliśmy w kierunku Malborka. O śnie nie było mowy, więc była to pierwsza noc bezsenna. O 4 rano zdobyliśmy stację PKP Malbork, na której zapach z pobliskiej cukrowni nawet ślepemu powie gdzie jest. Jak zwykle ludzie i na dworcu i w pociągu dziwnie się na nas patrzyli – wszyscy czerwoni i pozytywnie zakręceni.
Punktualnie o 10:20 podjechał autobus, do którego się zapakowaliśmy. W błędzie będzie ten kto pomyśli ze udaliśmy się do Szadowa. Kierowca wyrzucił nas na środku drogi, a obok cała ekipa Fundacyjno-Instruktorsko-Liderowska czekała już na nas. Szybkie powitanie, podział na cztery grupy (żółta, zielona, niebieska i moja – różowa, nazywana „burdelówkami”).
Każdy założył uprząż, dopiął lonże, założył kask i heyah w trasę. Pierwsze zadanie – bieg w wersji hardcore (czyli – biegniemy, a jeśli się zmęczymy musimy stać – nie możemy iść). Po kilku kilometrach przesiedliśmy się na narty, którymi jechaliśmy na czwartym biegu kolejne kilka kilometrów. Po nartach ślimak, oraz ciekawe ćwiczonko polegające na przejściu przez „siatkę pająka” zrobioną z lin z zamkniętymi oczami, tak aby nie dotknąć żadnej z nich. Kierował nami lider, którym był członek naszej grupy.
Lider zmieniał się przy każdym zadaniu. Następnie (ze mną jako liderem akurat) mieliśmy sami wymyślić sobie zadanie. Popatrzyłem, pomyślałem, i mnie oświeciło. Skorzystaliśmy z „siatki pająka” i jako zadanie mieliśmy przetransportować przez nią osobę poszkodowaną. Założyliśmy jej lonże, wsunęliśmy gruby i długi kawałek drzewa i ochoczo zabraliśmy się do zadania. W połowie niespodziewanie nasz kawałek drzewa złamał się w pół. Trudno – w życiu wszystko jest możliwe i dalej musieliśmy sobie jakoś poradzić. Po skończeniu doszliśmy do najciekawszej według mnie konkurencji dzisiejszego, pierwszego dnia – bagienko sa sa sa. Bieg wokół bagna, a momentami w bagnie, później leniwiec, dalej biegusiem do kajaczków, przeprawa przez mieliznę na drugą stronę bagna, wydobycie z wiaderka pytania odnośnie Fundacji, powrót kajakiem, bieg poprzez opasające po kolana bagno po dwie dętki (Jurek dwoił się i troił, żeby były w samym środku bagna, i – niestety dla nas – udawało mu się to znakomicie), z dętkami podbieg na górkę do Jurka i odpowiedź na pytanie. I tak cała grupa jeden po drugim na czas. Po tym zadaniu poszliśmy dalej, a Gulek kazał nam się zatrzymać w środku lasu.Przerwa na petka.
Nagle podbiega jakiś facet mówiąc, że tam za rogiem był wypadek. Pozoracja nr 1 tego szkolenia. Biegniemy! Dwóch poszkodowanych, jeden w samochodzie, facet przeszkadzający nam jak tylko potrafi, ale daliśmy radę. W końcu jesteśmy Pokojowym Patrolem! Po pozoracji szliśmy i szliśmy, i szliśmy, aż dotarliśmy do punktu, który nazwałbym „ekspresem do herbaty”. Jedną osobę podwieszaliśmy na linach na środku Liwy, reszta grupy podzielona po obu stronach rzeki. Mewa, która miała przyjemność robić za kelnerkę na wysokości, musiała wziąć z powierzchni rzeki kubek i po obu stronach nalać nam herbaty. Udało się. Później dostaliśmy pożywienie, którego tak bardzo nam już w żołądkach brakowało i poszliśmy dalej.
Pozoracja nr 2. Cała grupa musiała tratwą (baaardzo chwiejną i wywrotną) przedostać się na środek jeziorka i wyciągnąć z wody małego Piotrusia oraz przeprowadzić na nim reanimację. Zadanie ciekawe, i z dużym prawdopodobieństwem zmoczenia się już całkowitego (bo bagienko tylko do pasa nas usmarowało). Po tym jak Piotruś został ocalony poszliśmy do Szadowa, zostawiliśmy rzeczy w Młynie, zjedliśmy kolację, którą Mycha gotowała od poprzedniego wtorku, bo tak nas dużo było, i rozpoczęły się wykłady.
Wykłady sobie trwają a tu nagle… Pozoracja nr 3. Wypadek w Młynie! 6-ciu poszkodowanych, ulatniający się gaz, osoby w histerii. Za pierwszym razem poszło nam dość średnio – wybuch gazu zabił 3 naszych ratowników, którzy nie zdążyli wynieść rannych. Za drugim razem – pełna profeska – wszyscy uratowani, nikt nie zginął. I powrót na dalsze wykłady.
Była godzina 23, a wszystko zaczęło się o 12! Koło północy byliśmy już w Brachlewie czując cały dzień we wszystkich kościach i mięśniach. Po kąpieli rozmawialiśmy mając mylne nadzieje, iż o 9 śniadanie i do tego czasu mamy wolne. Koło 2 w nocy wpada Remek – „macie 2 minuty żeby ze wszystkimi bagażami być przed Zieloną Szkołą”. W sumie całe szkolenie non stop biegaliśmy ze swoimi bagażami. Poszliśmy w las, gdzie Remek powiedział, że on sobie idzie, a my się spotkamy przy drodze asfaltowej. Problem w tym, że nikt nam nie powiedział gdzie jest droga asfaltowa. Ale odrobina intuicji, odrobina zmysłu orientacji, jeden krótki telefon na 112 z komórki z opisem gdzie jesteśmy i gdzie chcemy iść, i już wszystko było jasne. Do drogi asfaltowej (to według Remka, bo dla nas była to droga bitumiczna) dotarliśmy po 15 minutach. A tam, nic innego jak… Pozoracja nr 4. Po opatrzeniu wszystkich rannych, musieliśmy ich przetransportować do Brachlewa. Mojej grupie „burdelówek” przypadła lingwistycznie utalentowana Jagoda, którą z braku innego sprzętu nieśliśmy na materacu. Dotarliśmy do Brachlewa, wypełniliśmy test z wiedzy o Fundacji, o Pierwszej Pomocy, o imprezach masowych i z pytaniami o Gazelę, tą prawdziwą Gazelę. I tu nam dali już definitywnie na dziś (godzina 4 rano) spokój.
Szybko kolejna kąpiel, chwila rozmowy, 2-3 godziny snu i śniadanie.
Dzień 2.
Chociaż w sumie nie było podziału na dzień i noc, wszystko działo się jednym ciągiem. Bez odpoczynku, bez litości, bez pierdzenia w stołek i innych tego typu rzeczy. Pojechaliśmy do Szadowa, gdzie dokończyliśmy wczorajsze wykłady.
Nagle – Pozoracja nr 5. Wypadek masowy, prawie 30 poszkodowanych w autobusie, jeden w aucie. Podział na 4 grupy – triasową, zabezpieczającą, transportującą i szpitalną. Ja byłem w triasowej czyli cały czas w autobusie, bo później pomagałem grupie transportowej w wynoszeniu rannych, więc niestety nie powiem Wam co się działo w szpitalu. Akcja ratownicza poszła nam sprawnie i szybko. Okazało się, że poszkodowanymi byli uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej z Susza.
Po pozoracji mieliśmy przygotować im zadania do wykonania. Zrobiliśmy 5 punktów. Podzieliliśmy ich na 4 grupy (mi przypadła opieka nad jedną z nich). Ludzie Ci byli szalenie cudowni, ufni, weseli, po prostu współpraca z nimi była w 100% perfekcyjna. Był głuchy telefon, zabawa z kolorami, zapamiętywanie ubioru partnera, siatkówka z użyciem koca, małpi gaj, bieg ze związanymi wspólnie nogami. Moja grupa podziękowała mi po wszystkim, więc mam nadzieję, że byłem dla nich dobrym opiekunem. Niestety później musieli już jechać. W międzyczasie, Kociou zafundował mi zjazd na tyrolce. Ale tylko dlatego, iż chciał sprawdzić czy wszystko jest w porządku na osobie która dużo waży. Szczęśliwie – przeżyłem. Po tym jak grupa wyjechała zjedliśmy posiłek, posłuchaliśmy jeszcze wykładów, zintegrowaliśmy się w grupie, sprawdziliśmy swoje zachowania w momencie bycia liderem i wyruszyliśmy około 17 z Szadowa.
Na początek – Pozoracja nr 6. Samochód na stromym zboczu, wywrócony na bok, oparty i małe i słabe drzewo. Jako, że w tym momencie byłem liderem grupy, oraz że wszyscy rzucili się na górę do samochodu nie myśląc o zabezpieczeniu miejsca wypadku, moja grupa zajęła się tym od razu. Inne grupy zabezpieczyły samochód, wyciągnęły rannych i po około 15 minutach pozoracja została zakończona. Idziemy dalej, idziemy i idziemy, i idziemy… doszliśmy.
Zadanie – samochód zakopany w bagnie, trzeba go wyciągnąć. Szło nam ciężko, zadanie było przygotowane perfekcyjnie. Po kilkunastu próbach udało nam się powalczyć z bagnem i samochód był już na suchym lądzie. Wyruszyliśmy dalej. Doszliśmy do punktu, gdzie dostaliśmy prowiant (czekolada, banan, jabłko – jabłko leży właśnie koło mnie bo nie było czasu go zjeść). Obmyliśmy się, przebraliśmy w suche ciuchy (bo zgodnie ze słowami Remka – „dziś już nie będziecie się musieli moczyć) i wyruszyliśmy dalej.
Dobrze, że się przebraliśmy w suche ciuchy bo zaczął dość intensywnie padać deszcz. Więc już wszystkie ciuchy mieliśmy mokre. Nikt nie mówił, że będzie łatwo! Jak pamiętacie wyszliśmy o 17… do kolejnego punktu dotarliśmy o północy. Dostaliśmy namioty, mieliśmy je rozłożyć, dostaliśmy herbatę, chleb i kiełbaski.
Po jedzeniu chwila zajęć w grupach i do spania, oczywiście w namiocie. Kiedy już spokojnie usypialiśmy wrócił Remek i kazał nam szybko złożyć namioty bo idziemy dalej. Piękny fortel psychologiczny – podłamać ludzi na wpół śpiących tym, że idziemy dalej. I poszliśmy… a po niecałym kwadransie dotarliśmy do Brachlewa na zasłużony odpoczynek, była 4 rano. 2-3 godziny snu, tak samo jak dzień wcześniej. Śniadanie, później podsumowanie szkolenia już w Szadowie, wyróżnienie kilku osób (z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się, iż nie zostałem wyróżniony ze względu na to iż za dużo ważę he he). I szybko autokarem do Malborka. Pociągiem do Warszawy i później do Łodzi.
W akademiku byłem o 21.20, a gwoli zakończenia chciałem tylko napisać, iż o 22 już byłem w pracy, którą skończyłem o 2 w nocy. I później po 2 piwach chodziłem jak przecinak ze zmęczenia. Szkoda, że szkolenie się skończyło…
Trawnik
Mewcia Bieluteńka:
No to ja znaczne od końca, kiedy to siedziałam w pociągu i zaczęłam się zastanawiać dlaczego to tak szybko minęło. Dopiero co przyjechaliśmy a tu już uścisk prezesa i do domu.
Na pewno jest to wina tego, że się bardzo fajnie bawiłam z bardzo wspaniałymi ludźmi.
Najpierw będąc jedyna dziewczyna w grupie "burdelówek". Gdzie z Mewy Bielutkiej zostałam przechrzczona na Mewę Błotniutką. Z tą grupą przeżyłam najgorsze punkty ale te przyjemne tez były. No i oczywiście najprzyjemniejszy punkt Brzostka i Jagody nazwany przeze mnie "fruwającą mewcią".
Punkt na, którym herbatka smakowała lepiej niż gdziekolwiek indziej.
Chłopcy z „burdelówek” byli niepokonani. Mieliśmy w grupie same najlepsze osobistości m.in. mnie więc na drugi dzień zmienili grupy
No i będąc już w nowej grupie nazwanej „górki" po 5 minutach Remek przetransportował mnie do TOI TOI-ów, bo tam dziewczyn brakowało i znów okazało się że byłam jedyną dziewczyną w grupie. W tej grupie zostałam Mewią Zmokrutką, co było widać po nocnym hasaniu po lesie...
Ale tak naprawdę nie ważne było w jakiej grupie byłam. Z każdego dnia mogę wskazać najprzyjemniejsze chwile.
W piątek - opisany wcześniej punkt Brzostka i Jagody...ja chce jeszcze raz!!!! Później podczas ratowania czteroletniego Piotrusia usłyszałam najfajniejszy tekst od Żebra i go chyba nigdy nie zapomnę: "Mewa ty powinnaś się zamienić z facetami z grupy za majtki..."
A nocna akcja z czterema poszkodowanymi była słodka. Pan którym się zajmowałam (jak się później dowiedziałam) miał być nieprzytomny. Ale gdy zaczęłam się nim zajmować nie mógł wytrzymać ze śmiechu i zaczął ze mną rozmawiać
Sobota - ludzie nie wiedzieli że tak naprawdę jest już sobota bo dopiero co się spać położyli... I tego dnia najpiękniejsze były uśmiechy ludzi z Warsztatów Terapii Zajęciowej kiedy bawili się z nami piłkami, kaskami, oponami itd... Ale też piękny był mój dziewiczy zjazd na tyrolce. Było zaje...fajnie. I strasznie podobało mi się spotkanie z Remkiem, na którym każdy opowiedział coś o sobie. O każdym można było się czegoś więcej dowiedzieć. Super pomysł!!!
Niedziela - ocenianie "liderów" przez nas samych. Uważam, że niektórzy byli skazani na niską ocenę. Ja się cieszę z takiej, jaką otrzymałam czyli średnią. Ale ubranie zaginionej Ani i tak znałam najlepiej.
I podobała mi się sytuacja gdy wyszłam z suszarni niosąc moje brudne ubranie. Zatrzymałam się na chwile przy Myszce i Owieczce. Po 30 sekundach Mycha stwierdziła: "Ale zajechało bagnem... czujecie?" Spojrzeliśmy na moje brudne ubranie i wszystko było jasne
No więc niestety wszystko co dobre szybko się kończy, a szkoda!
Moja opowieść też jest dobra więc już ją kończę
Mewcia |
42. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn, 17-19.06.2005
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Kamila:
Witam gorąco. I zanim praca zajmie moje myśli pisze do Was.
A zaczęło się w czwartek…..
Kiedy przyszłam do
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Kamila:
Witam gorąco. I zanim praca zajmie moje myśli pisze do Was.
A zaczęło się w czwartek…..
Kiedy przyszłam do pracy nie myślałam już o niej, w mojej głowie pędziły myśli o szkoleniu-co to jest, kim są ludzie których tam spotkam, czy sobie poradzę, co mam zabrać-niepokój rósł, zdenerwowana, że rzeczy jeszcze nie spakowane a godzina odjazdu coraz bliżej, sekunda po sekundzie, minuta po minucie ,godzina za godziną mijał czas, w końcu wyszłam.
Po dodarciu do domku, szybka koncentracja - plecak, ciuchy, buty, co jeszcze???, nie wiem, aaaaaaaaa…chaos!!! Dźwięk dzwonka, domofon - przyszła Beata - ona też jedzie na szkolenie, dlaczego nie mamy jechać razem. Szybki obiad, bo cała noc przed nami i …. idziemy, bo Chuda( podróż z Częstochowy) czeka już na dworcu.
Odliczyć się, wszyscy są? Chuda, Beata, Kaśka, Iwona i ja - są, idziemy!!! Bilety kupione, jeszcze przesyłka, pożegnanie z Wiśniówką, pojawienie się Wykrzyknika i odjeżdżamy.
Pociąg rusza, odwrotu już nie ma, przygoda coraz bliżej. Wszyscy skoncentrowani, ale przerażenie i niechęć w oczach, a może jeszcze da się to wszystko odkręcić. NIE!!!
Zmęczeni po całym dniu pracy, szybko chcemy zasnąć, ale zajmujemy przedział obok i zaczynamy rozgrywkę w scrabble. Podróż do Warszawy mija szybko, opowieści Wykrzyknika o szkoleniu, nasze, dlaczego jedziemy, czym się zajmujemy, na co dzień, kim jesteśmy. W Warszawie szybka akcja znalezienia znajomych, co też na szklenie i podróż toczy się dalej kolejne opowieści. Zmęczenie dopada już wszystkich. Sen przyszedł dopadając nas, nie przeszkadza nam brak łóżka i ulubionego jaśka.
Nie, nie potrafię zasnąć. Chęć snu jednak nie przewyższa pędzących myśli, aby nie stracić ani sekundy z tej przygody. W ciszy (nie licząc dźwięków, jakie wydaje jadący pociąg), w ciemności, pełnej koncentracji spędzam noc.
Jesteśmy na dworcu w Malborku o 4.27 i decyzja co robimy. Okazuje się, że tym pociągiem przyjechało jakieś 15 osób. Jedni chcą spać, inni chcą zobaczyć miasto, bo czy jest lepsza pora na oglądanie miasta i zamku niż 5-ta nad ranem. Więc rozdzielamy się na dwie grupy, kto chce idzie na miasto, (co jest interesujące- zostawiając plecaki osobom, które zna się od dosłownie 10 minut), reszta zostaje i zapada w sen na drewnianych ławkach (nie są zbytnio wygodne, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić) na dworcu PKP.
Idziemy zwiedzić miasto, powoli, bo przecież mamy mnóstwo czasu, do 9.30 jest go sporo. Gdzieś w oddali pojawia się zamek, niestety jest zamknięty, szkoda, ale pojawia się myśl, że nie raz będzie jeszcze okazja do zwiedzenia go w środku. Wracamy na dworzec, widok przecudowny, w starym dworcu (czystym), z sklepikiem i automatami do gier ręcznych w poczekalni, na każdej z ławek śpi człowiek. Jedni na plecakach, przykryci jakimś większym ciuszkiem, inni mają tylko drewno ławki. Znajdujemy jakieś miejsce dla siebie i zadowoleni, że „mój jest ten kawałek podłogi”, pragniemy zasnąć. Co chwila pojawia się nowa osoba na dworcu, z plecakiem, przerażona, ale szczęśliwa, że dotarła do pierwszego punktu tej wyprawy.
Czas płynie, a w nas coraz większa liczba uczuć - zdenerwowanie, rezygnacja, niepokój. W końcu, na dużym dworcowym zegarze wskazówki układają się w odpowiedni sposób, zbliża się godzina przyjazdy autobusu, który ma nas przetransportować na miejsce.
Kiedy już, prawie wszyscy są przed dworcem, nadjeżdża, a w nim kilka osób w żółtych podkoszulkach z dużym napisem „INSTRUKTOR POKOJOWEGO PATROLU”.
Kilka słów wstępnych, przedstawienie się, informacja, że w Malborku znajduje się ostatni sklep, w którym możemy zrobić zakupy zanim pojedziemy na spotkanie z przygodą .
Wyjeżdżamy, po ok. półgodziny autobus zatrzymuje się, ale nie dojechaliśmy do budynków. Rozglądam się, i widzę tylko las i drogę, po, której jechaliśmy. Ktoś krzyczy: „WYSIADKA, JETEŚMY NA MIEJSCU, ZABIERAMY WSZYSTKIE RZECZY I NA POLANĘ”. Zdziwieni robimy to, co mówią, zakładamy ogromne plecaki, zabieramy torby.
Na polanie jest jeszcze kilku instruktorów, jeszcze jedno: „dzień dobry, mamy nadzieje, że dobrze się będziecie bawić”. ZACZEŁO SIĘ!!!!!!!!!!
Po chwilach szczęścia, kiedy to okazuje się, że jesteśmy w jednej drużynie, następuje rozpacz, kiedy to Milkee i Efa rozdzielają ekipę krakowską - już nam się nie podobająJ. Jestem w „zielonych”, staram się zapamiętać imiona i przezwiska, ale nic to nie daje, po tym jak wyczytuje następne i przedstawiam się, poprzedniego już nie pamiętam.
I tu nastąpi część niezrozumiała dla tych, których tam nie było. Jest niespodzianką to, co tam zastaniecie i mam nadzieje, że nikt wam nic nie powie wcześniej, co jest na szkoleniu.
Opiekunem „zielonych” był Milkee – pozdrawiam. Zadanie pierwsze zaskoczyło mnie najbardziej z tych wszystkich, które tam zastałam. Uważam, że pokazało nam, że da się i, że trzeba ufać drugiemu człowiekowi, pokazała nam też jak żyją, co czują osoby - niestety musze użyć tego określenia - inne niż my. Niepewnie, niechętnie robiliśmy to, co nam zostało zdane, i jestem przekonana, że co chwila pojawiała się chęć przerwania, odkrycia całej zabawy. Wytrzymaliśmy. W końcu sami się w to władowaliśmy.
Pozwólcie, że nie będę się rozpisywać na temat zadań (nie chce zdradzać tajemnicy), co do emocji dotyczących konkretnych zadań – ogromne - napisze tyle, że pierwszego dnia dali nam popalić. Wyzbycie się lęku, pokonanie swoich fobi, zapewniam, że nie jedna osoba musiała to zrobić. Oczywiście cały czas emocje związane z rywalizacją. Po drodze poznaliśmy się jeszcze raz i powiedzieliśmy kilka słów o sobie i w tym miejscu chce pozdrowić(po kolei jak siedzieliśmy w kółku): Kubę, Gosie, Żanię, Anię, Kaśkę, Skoczeka, Szubbe, Bartka, Maćka, Adrian, Krzyś i Milkee. Poznaliśmy też resztę instruktorów.
Wyczerpani i weseli dotarliśmy do Szadowa. Tam przebraliśmy się, zjedliśmy obiad, zaczęły się wykłady, poznaliśmy inne grupy, innych instruktorów, zwiedziliśmy ośrodek, mogliśmy porozmawiać z wszystkimi. Niestety tam nie nocowaliśmy, autobus i do Brechlewa - tam spędziliśmy noc, noo pół nocy, bo połowę śpiewaliśmy, rozmawialiśmy poznając się lepiej.
Budzik dzwoni, a mi nie chce się otworzyć oczu, ale wszyscy już wstali. Poprzedni dzień wydawał się snem, a jednak. Zbiórka na boisku, i cudowne chwile spędzone na „małym spacerze” dookoła bramek. Poznaliśmy NIEBIESKICH - dwie przemiłe okrągłe osoby J, które co nieco nas nauczyły – pozdrawiam. Powrót do Szadowa i wykłady „niebieskich” i medyczne do południa, zadania później. Zadania do końca przemyślane i opracowane tak aby jak najwięcej nauczyć się, pokazy. Niepokoiły mnie tylko te oceny: starek, chata, słonko, domek, ale poszło dobrze. W ramach zemsty ja i Chuda wieczorem prowadziliśmy test dla instruktorów, którzy odpowiadając na pytanie dostawali podobne oceny, które tylko my rozumiałyśmy. Wykłady trwały do późna, sen dopadał nas powoli, ale to nie był jeszcze koniec i jeszcze długa droga do napisu „meta”.
O 1.40 nastąpił egzamin z wiedzy medycznej. I powiem szczerze, że 99% uczestników nigdy nie pisało egzaminu o tak późnej porze. Po czym już przekonani, że jedziemy, bo autobus już stoi, nastąpiła jeszcze jedna „mała” akcja. Trudno mi jest oprzeć się, aby nie napisać co się działo, ale nie mogę tego zrobić. Zakończenie było niespodzianką, miłą niespodzianką. Zmęczeni i marzący o łóżeczku wsiadaliśmy, w późnych godzinach nocy do autobusu.
Następny dzień nastał szybko, bardzo szybko, ale wiedzieliśmy, że dzisiejszy dzień to ostatni dzień. Przekonani, że po drodze będzie jakaś akcja, jechaliśmy w napięciu, wypatrując, aż za zakrętu nie wynurzy się ktoś, kto będzie potrzebowała pomocy. Ku naszemu zdziwieniu nic się nie stało. No trudno!! Dojechaliśmy do ośrodka. Egzamin „niebieskich” i początek przygotować do pożegnania, pakowanie plecaków, oddawanie sprzętu, telefony, adresy, zdjęcia. Rozdanie dyplomów, zdjęcie pamiątkowe z Jurkiem i wszystkimi instruktorami, kręcenie globusa, i autobus odjeżdża. Ale nie chcieli nas tak łatwo wypuścić, to nie był koniec, tego się nie spodziewaliśmy – nic nie powiem - kto był ten wie co to było.
I………. już naprawdę koniec. Jedziemy już w autobusie do Malborka. I dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę z tego, że szkoda, że to już się skończyło, że widzimy się dopiero za jakiś czas.
Moglibyśmy tam zostać na jeszcze kilka takich dni. Zmęczeni, ale nie zrezygnowani, a raczej szczęśliwi, że udało się. Przykro, że tak szybko, że już, pamiętamy jednak, co myśleliśmy na początku, ale przygoda trwa. Mimo, że nas nie ma tam to, to, co tam przeżyliśmy zmieniło nas, może trochę, może więcej, ale zmieniło - na dobre.
Długa podróż w pociągu.
Nie da się tego ubrać w słowa, trzeba przeżyć. Opowieści, co działo się sprawiały nam wielką przyjemność. Szczęśliwi, zadowoleni, radośni, uśmiechnięci, pełni nadziei, marząc o tym, aby się wyspać wracamy do domku.
Podróż kończy się o 20.53 na dworcu w Krakowie, ale przygoda trwa dalej. Emocje opadną, ale pozostaną wspomnienie i chęć powrotu do tych ludzi, do tego miejsca, do rozmów, do wody. Przyznam się szczerze, nie wyobrażam sobie szkolenia bez tych ludzi, którzy tam byli i tworzyli całą atmosferę, taką, że czuliśmy się jak w domku. Milkee, Jacek, Jowik, Ania z lokami, Gulek, Gaduła, Maw, Ziaba (że mnie namówiła), Nemo, @, Nauczyciel, Efa, Marek (którego przezwiska nie pamiętam), Kulką, a jeszcze Piotruś (jak kogoś pominęłam przepraszam) WIELKIE DZIĘKI!!!
Pozdrawiam Kamyk
Kamila Szczypior
Łukasz:
Witam wszystkich i pozdrawiam całą ekipę biorącą udział w szkoleniu w dniach
17-19 czerwca a w SZCZEGÓLNOŚCI :) instruktorów oraz grupę NIEBIESKICH (dla
wtajemniczonych nie chodzi tu póki co o ekipę pana Mikołaja) Kiedy to piszę
jest poniedziałek godzina 22:04 do domciu wróciłem 8:30 nie śpię od ponad
48 godzin i to może stanowić przykład o ile wzrósł poziom adrenaliny w moim
ciele po tym szkoleniu. Jednym zdaniem JA CHCE JESZCZE RAZ !!!!!!!!!!! Zaczynając od początku świetni instruktorzy (przy okazji pozdrowienia dla BRZOSTKA "opiekuna" niebieskich) świetne miejsce oraz świetna organizacja. W pierwszym dniu najbardziej podobały mi się zadania w czasie, których korzystaliśmy z uprzęży - w szczególności most linowy. Tu kieruje pozdrowienia dla Świstaka, który dawał z siebie wszystko żeby zrzucić osoby idące za nim w tym samym czasie, czyli mnie i Brzostka (nie myślcie, że był taki wredny krotko mówiąc tak "idealnie " balansował ciałem) No i oczywiście hit dnia "spływ" tratwą. A dokładniej mówiąc spływ obok tratwy. (Na marginesie pozwolę sobie wspomnieć ze drużyna niebieskich zbudowała najlepsza tratwę) Podziękowania również, dla Brzostka, który integrował się z podopiecznymi i był równie mokry jak my (nie będę tu wspominał o innych instruktorach którzy zmoczyli co najwyżej buciki) Koniec dnia to wykład na
temat organizacji imprez masowych czyli cos w sam raz do poduszki. Pospaliśmy sobie całe 3 godzinki. Wykłady z niebieskimi, czyli jak przeciwnikowi wykręcić stawy na 1001 sposobów. (Zakwasy mam do teraz) potem wykłady z pierwszej pomocy itp., kilka zadań na terenie uniwersytetu: cyrkiel, pajęczynka, wyciąganie poszkodowanych z samochodu za pomocą chwytu kogoś tam i coś co utkwi mi w pamięci najbardziej czyli ratowanie tonącego Piotrusia oraz zajmowanie się ich wystraszonymi rodzicami (przy okazji sorki Brzostem, że trzymaliśmy Cię w 4 ale nie trzeba było się wyrywać J. Zostałem wytypowany na tego najdzielniejszego, czyli osobę, która wyciągnie Piotrusia i jak skoczyłem!?! Porażony prądem w wodzie. Dobrze, że suszarnia była tak blisko J Potem znowu wykłady i na koniec dnia teścik. Ale to był tylko pozorny koniec ........ na początek ratowanie osób z rozbitych samochodów a wszystko w szaleńczym biegu i ... przy dźwiękach Sweet Noise J potem podsumowanie akcji ognisko piosenki i ... palący się młyn. Tym razem z organizają było trochę lepiej może to dzięki temu, że naszym wysiłkom przyglądał się sam PREZES, czyli Jerzy O. J i nareszcie powrót do Zielonej Szkoły . Ale spało niewiele osób spora cześć "uczyła się" na egzamin u niebieskich. Nadszedł niestety ostatni dzień. Chwilka na
boisku z niebieskimi, kilku chłopaków znowu ujrzało ziemie z bardzo bliska
J Potem egzamin i powoli docieramy do końca. Wręczenie dyplomów oraz
nagród dla najlepszych, kilka łez szczerych uścisków, pamiątkowe zdjęcie (przy okazji jeszcze się Świstak policzymy za to ze wsadziłeś łeb miedzy mnie i Precelka). Wsiedliśmy w autobus i to co stało się później zapewne przeżył każdy patrolowiec wiec jeśli chcecie wiedzieć o co chodziło radzę szybciutko wysyłać zgłoszenia J. Podsumowując szkolenie MISTRZOSTWO ŚWIATA.
Jedno wiem na pewno nie zapomnę tego do końca życia. I teraz tylko szykować
się na szkolenie drugiego stopnia J. Podziękowania dla całej ekipy, która się nami opiekowała dla wszystkich instruktorów, niebieskich, oraz samego PREZESA za to ze dzięki niemu mogłem być uczestnikiem czegoś tak niezwykłego. I oczywiście naj naj naj bardziej pozdrawiam ,ściskam ,całuje całą niebieską drużynę mam nadzieje że uda nam się zebrać w całości na Woodstoku. Szczególnie duże buziaki dla trzech osób z którymi spędziłem najwięcej czasu czyli dla PRECELKA , STOKROKI I ANI . Jeszcze raz pozdrawiam i do
zobaczenia J. Jak to mawia sam prezes OJ BEDZIE SIE DZIAŁO J…
relacjonował Łukasz K . zwany również Wazelinką J
Irenka:
…gdzie strumyk płynie z wolna…
Hey! to teraz chyba kolej na mnieJ czytałam relacje jednej niewiasty to i ja spróbuje coś napisać!
wiec: około godzinki 9.00 pojawiłam się na PKP w Malborku, troszkę niepewnie wypatrywałam osób z wielkimi plecakami, lekko niewyspanych i uśmiechniętych , którzy mogli by być tu w celu podobnym do mojegoJ no i znalazłam Gosie (buziak dla Niej), cóż reszty nie trzeba było szukać, bo koniec końców z nas dwóch schody okupowali już wszyscy, którzy wybierali się do Szadowa! Już w autobusie, każdy niecierpliwie czuwał, kiedy autobus zacznie zwalniać...no i zwolnił...a nawet się zatrzymałJ, oczywiście nas podzielona na cztery grupki, ale dodatkowo "poproszono" o zawiązanie ocząt, i dalej zawsze mając kogoś za przewodnika szliśmy w stronę danego punktuJ, później przyszedł czas na wizytę u Nauczyciela, i u Maupki...no i oczywiście budowanie tratwyJchwaląc się, była zacna, i nasze ciuszki nie wylądowały w wodzie...(szacunek dla Naszego instruktora, który razem z nami zażył kąpieli w czystych wodach pobliskiej rzeczki J)a później wykłady! i późnym wieczorkiem wylądowaliśmy na spanku...trochę bardzo późnym bo po trzeciej zasnęłam... kulturalnie, po 6 pobudka i do niebieskich...hmy...tu powiem tylko, żeby panie uważały na rączki, a panowie ze zgłaszaniem się na ochotnika troszeczkę się zastanowili J no, ale przecież do odważnych świat należy J po śniadanku, wykłady i zajęcia, troszkę praktyki i zadań, by lepiej się poznać J tego też samego dnia czekały nas jeszcze dwie pozoracje i egzamin z pierwszej pomocy...hmy...wtedy też zrozumiałam, ze człowiek, niekoniecznie wyspany, nawet późno w nocy jest w stanie napisać test, tak żeby go zdać...najgorsze jednak było, gdy literki się mieszały J ale naprawdę, dało rade! niedziela, była dniem dość spokojnym, z jednym "malutkim" wyjątkiem, który pozwolił sprawdzić, mi i Gosi, ze przez około 20 minut mamy siłę, by robić sztuczne oddychanie z masażem serca J to tylko kilka zdać, i ogromne streszczenie tego co było...ale wszystkiego i tak się nie opisze, bo to było zbyt wyjątkowe! fakt, czasami było bardzo ciężko, ale wtedy wystarczył czyjś życzliwy uśmiech, dający siły na dalsze zajęcia J i właśnie za ten uśmiech bardzo DZIĘKUJE! pozdrawiam niebieskich J i tych, którzy prowadzili zajęcia, i tych z zacnej gruby niebieskich!
Irena vel Stokrotka
Karolina:
Żółta grupa jest the best
Żółta grupa zgrana jest
Razem wszystkich pokonamy
W nocy innym spać nie damy
Na Woodstocku się spotkamy
I tam razem znów wygramy!
Emocje już opadły, mięśnie też już przestają boleć. Myślami wciąż jednak wracam do Szadowa, do przygody, której nigdy nie zapomnę. A było tak...
Na stacji w Malborku wysiadłam ciężko zestresowana - obcy ludzie, obce miejsce, obce sytuacje. Byłam pełna obaw a jednocześnie bardzo ciekawa tego, co wydarzy się w ciągu najbliższych trzech dni. Najwięcej wrażeń było dnia pierwszego. Zaczęło się dość delikatnie, chodzenie po lesie z zawiązanymi oczami było raczej zabawne, następnie przedostanie się na linie na drugi brzeg rzeki aż wreszcie wąwóz i rozwieszony nad nim most linowy. Gdy to zobaczyłam zdecydowanie przestało mi być do śmiechu. Odwlekałam moment wejścia na linę najdłużej jak się dało. Dla mnie to był koszmar, najtrudniejszy moment w trakcie całego szkolenia. Gdy zeszłam trzęsły mi się ręce, nogi i wszystkie wnętrzności. Później był spływ rzeką Liwą na dość prowizorycznej tratwie. Ja wodę lubię, ale w wannie, więc z utęsknieniem wypatrywałam brzegu, byłam mokra po szyję, więc marzyłam o tym żeby jak najszybciej przebrać się w coś suchego. A tu kolejna niespodzianka - suchych ciuchów brak! Okazało się, że mój plecak też miał kąpiel. Tak, więc przebrałam się z rzeczy bardzo mokrych w trochę mniej mokre. Następnie był dłuuugi wykład z ustawy o imprezach masowych. Następnie wyjazd na nocleg do zielonej szkoły, szybki prysznic i spotkanie w holu na wspólnym śpiewaniu przy gitarze. Krotki sen i poranne spotkanie z niebieskimi. Oj, dali nam wycisk!
W drugim dniu były szkolenia medyczne zakończone egzaminem ok 2 w nocy. Oprócz tego tonący Piotruś, wypadek samochodowy, pajęczyna, interwencja u "dobrze bawiących się" niebieskich, cyrkiel. Ok 3 w nocy zafundowano nam nie lada "atrakcję" - byli i poparzeni i pobici i ofiary wypadku, bardzo głośna muzyka dodatkowo utrudniała nam zadanie. Chyba nie poszło nam najlepiej, to dlatego, że mieliśmy problemy z organizacją, ale najgorzej chyba też nie było. Po zakończeniu akcji zaproszono nas na ognisko. Były gitarki, wspólne śpiewanie i piwko bezalkoholowe J. Klimat, jaki lubię. Niestety nie dano nam się długo tym cieszyć. W młynie wybuchł pożar, znowu mniej lub bardziej poszkodowani, którym trzeba było udzielić pomocy. Na wypoczynek tej nocy zostało półtorej godziny, ale spali chyba tylko nieliczni. Rano ponownie spotkanie z niebieskimi, egzamin z ustawy, rozdanie dyplomów, cieple pożegnanie i do autokaru. Okazało się jednak, że to jeszcze nie koniec... Znowu było gorąco, znowu trzeba było się dwoić i troić. Uff. O 13 wyjechaliśmy z Szadowa już tak na dobre.
P.S
Pozdrawiam wszystkich Żółtych i nie tylko.
Karolina (Pruszków) |
41. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn, 3-5.06.2005
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Marek:
Do rzeczy... podróż pociągiem tylko pięć godzin, czekanie w Malborku na PKP tylko trzy godziny... zbiórka i sprawdzenie
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Marek:
Do rzeczy... podróż pociągiem tylko pięć godzin, czekanie w Malborku na PKP tylko trzy godziny... zbiórka i sprawdzenie obecności pojawiło się 25 ludzi czekaliśmy jeszcze na autobus.
W połowie drogi do Młyna wysiadka krótki spacer i spotkanie, przemowa Jurka i wielkie zaskoczenie z naszym powitaniem oraz telefon do Ciebie i nasze hasło: „Chociaż Remka nie ma z nami, poradzimy sobie sami. Gdzie jest monopolowy!!!”
Dalej pobranie sprzętu podział na drużyny i wyjście w las, zgubiliśmy się!!! Po pół godziny znaleźliśmy się J. Wiadomo kilka zadań i zdobyliśmy sprzęt na tratwę, troszkę ciężki po marszu i przeprawa przez rzeczkę nie chciało nam się kombinować z linami przeszliśmy wpław.
Doszliśmy do miejsca i zbudowaliśmy tratwę, drobny zjazd na linie i płyniemy.
Nudziło nam się na tratwie, więc do wody i ciągnęliśmy na maksa, najgorszy ostatni kawałek (pewnie wiesz dlaczego) później jedzonko i teoria poszliśmy spać koło 4 nad ranem kolejny dzień męczarni rozpoczął się o 6:30 jednak nikt nie był zmęczony wszyscy ochoczo zabrali się do pracy.
Znowu teoria i znowu wysiłek, lecz to sama przyjemność pod koniec dnia egzamin z zasad pomocy i szkolenia nocne, gdzie mieliśmy zakończenie ich trzykrotne aż w końcu udało się koniec cali mokrzy przemoczeni wróciliśmy do naszego noclegu.
Kolejny dzień jesteśmy już wspaniałą grupą i żałujemy, że kończy się szkolenie jeszcze tylko rano rozgrzewka z niebieskimi później teoria egzamin z zasad prawnych i chwila na wywiady i przygotowanie się do podróży do domu. Przed tym było jeszcze oficjalne przegnanie i fota później tylko płacz, że to koniec szkolenia i podróż do domu.
NUDNO TU W DOMU... zazdroszczę tym którzy teraz pojadą na szkolenie!!!
Cześć Sie Ma!!!
Marek Szulerski
|
39. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn, 6-8.05.2005
Wasze poszkoleniowe opowieści:
stonk(A):
Szufffelka ;-)!!!
Na początku chciałam serdecznie pozdrowić całą ekipę PP, Kręcioły, Niebieskich i Fundacji!
Strasznie się dziwnie czuję, bo dopiero
więcej »
Wasze poszkoleniowe opowieści:
stonk(A):
Szufffelka ;-)!!!
Na początku chciałam serdecznie pozdrowić całą ekipę PP, Kręcioły, Niebieskich i Fundacji!
Strasznie się dziwnie czuję, bo dopiero teraz, kiedy wyciągnęłam z suszarki czerwoną koszulkę, uświadomiłam sobie, że to już minęło (...ten klimat, ten luz, Ci wspaniali ludzie...). Ale w porównaniu z piosenką DŻEMU, ci ludzie i ten klimat powrócą i to, mam nadzieję, że jeszcze przed Przystankiem!
Ale długo jeszcze będę wspominać ten weekend 6-8, a właściwie 5-8 maja. Nie często spotyka się w jednym miejscu tylu odjechanych w kosmos ludzi! Kiedy z Kuną i Patrycją jechałyśmy pociągiem z Sosnowca, był on przepchany chłopakami jadącymi do woja. Miałyśmy bluzy i spodnie moro, więc co chwilę padały do nas pytania: Do jakiej jednostki jedziecie? A czasem: Dziewczyny, czy lubicie żołnierzy? :D Aż nagle padło całkowicie inne pytanie, kiedy ktoś zauważył nasze wośpowe koszulki: wybieracie się na szkolenie do Szadowa? I to byli właśnie Krzyś i Michał z Częstochowy.
Potem juz było tylko lepiej! W Tczewie coraz więcej nowych twarzy, nowych sytuacji... Ale nie obyło się bez niemiłej chwili :-(... W Tczewie, kiedy postanowiłyśmy z Kuną umyć nasze zęby wystające z gęby, Kuna zapodziała swą NOWIUTKĄ szczoteczkę gdzieś na dworcu. Chciałam więc złożyć apel: Ludziska! Jeśli znajdziecie szczoteczkę - oddajcie ;-)! Kunowa tęsknota za szczoteczką została wynagrodzona kolejnymi spotkaniami z ludźmi pozytywnie nakręconymi w Malborku na stacji!
No i nadjechał autobus... a w nim już czekała na nas Harcerka z Anią. Sprawdzenie obecności i... gdzie jest Guzik? Heh, Ci co byli, to pamiętają, jakie jajca były ;-) z tego miejsca wielki buziak dla Guziczka :*!!!
Jedziemy, jedziemy, jedziemy... W autobusie poszła fala, że zaraz pewno zatrzymają autobus pod pretekstem złapania gumy, albo kontroli policyjnej, i dalsza drogę z plecaczkami będziemy pokonywać sami. A tu co? Przed naszymi oczami za autobusową szybą pokazało się niesamowite miejsce - właśnie Uniwersytet WOŚP w Szadowie-Młyn :-)
Krótkie przywitanie naszej ekipy przez Jacka, informacje jakieś ogólne na temat miejsca i planu pierwszego dnia szkolenia i już! Zaczynamy!
Podzielono nas na dwie grupy, w których mieliśmy zajęcia teoretyczne - pierwsze z Jowikiem i Bratem, drugie z Harcerką i Anią.
Potem bombowy obiadek - ja z kilkoma osóbkami trzymaliśmy się mocno Ani. GO VEGE ;D! Potem mały bieg terenowy z punktami patrolowymi. Moja drużyna była iście sfeminizowana - jeden rodzynek na 7 kobitek, całuję Wojtek serdecznie :)! Najpierw mała symulacja Toudiego w studni siedzącego. Rozebrałyśmy go, ale udało nam się wnieść go na górę - nie wiem jeszcze z jakim skutkiem, ale nie było najgorzej ;p! Potem przejście po linach - dzięki Kociou i Lesio za ratunek z karabińczykiem ;)! Warsikowe zabawy ze skrzynkami i symulacja w aucie - przepraszam Harcerko, ze Cię nie zauważyliśmy w tym bagażniku :/... Pobiegałam sobie za Świętym, który w szoku powypadkowym uciekał z miejsca zdarzenia - nikomu nie radzę podjęcia próby dogonienia tego człowieczka :>!
Pod koniec dnia mieliśmy wykład dotyczący imprez masowych i tamtakich innych rzeczy... Lekko usypialiśmy, ale wykład był naprawdę pierwszoklaśny :D!
Troszkę chora byłam, wiec poprosiłam Jacka o jakiś syropek na kaszel i pojechaliśmy do Brachlewa. W autobusie próbowali nam wkręcić jakiegoś wałka o rzekomej grze, ale jak się później okazało, gra polegała na przejściu z autobusu do budynku w swoich grupach :D!
W końcu moment kąpieli - kto pierwszy ten zajmuje całej drużynie prysznice :D :D :D! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - jak nie jak tak ;D! Nocne zabawy na materacu, hehehe ;) Jakie Wy macie okropne myśli ludzie :>!!! To były zjazdy na materacu po schodach no...!!! Hehehe ;P! No i gra w Twistera - gratuluje Kociou wygranej!
Następnego dnia pobudka i zaprawa - dzięki Mikołaj za wykręcanie mi nadgarstka przynajmniej z 5 razy, ale nauczyłam się tego chwytu i uczę teraz wszystkie koleżanki ;P!
Gdy przyjechaliśmy do Szadowa, czekała na nas ekipa Kręcioły z Jurkiem na czele. Małe przywitanie, podzielenie na grupy i od razu zadanie: musicie przejść przez rzekę, ale zapomnijcie o tych mostach - usłyszeliśmy z ust Jurka. Hasło: JAZDA! i jak bydło debilne wskoczyliśmy do wody - debilne, bo w najgłębszym miejscu tej rzeki :/... Ale dobrze się skończyło, pomogliśmy sobie i się udało!
Potem w lesie, odnajdywanie po omacku worków z koszulkami i prowiantem - znowu integracja pomogła bardzo! Kolejne zadania juz były tylko trudniejsze... Naprawdę - wycisk daliście nam tęgi niezmiernie! Ale dziękuję Jurkowi za kurtkę - zamarzłabym zapewne bez niej, Warsikowi za te łabądki co pokazałeś nam, no i całej mojej drużynce "Różowe Landryny" :D!
Wieczorem test z pierwszej pomocy... Pytanie o sprzęt do udzielenia pierwszej pomocy mnie rozwaliło podobnie jak odpowiedź na jedno z pytań: kopać, aby ocucić ;D!!!
Znowu wykład z ustawy. I... lecimy na akcję! Jurek z szklanego ekranu powiedział nam, że ktoś za rogiem czeka na nasza pomoc wiec polecieliśmy szybko na miejsce zdarzenia! Było juz ciemno, zimno, a ja chora w samej koszulce, bo bluza poszła na nosze, z mokrymi spodniami i butami biegałam z resztą ludzi po lesie - takich rzeczy nigdy się nie zapomina, było NIESAMOWICIE! Po raz pierwszy, a byłam juz na 2 kursach pierwszej pomocy, widziałam tak świetną organizację - tu brawa dla Hansa, pomimo kilku wpadek, naprawdę chylę czoła!
Gdy juz dotarliśmy, zapowiedzieli nam rzekome ognicho... Milkee i Jurek zobaczyli, że ja i Kuna nie wyglądamy zbyt dobrze - ona się trzęsie, ja kaszlę jak gruźlik (dzięki za nowa ksywę - Gruźlica :>) i zabrał nas Milkee do środka, żebyśmy się osuszyły. Gdy szłyśmy zobaczyłam, że Jacek oblewa benzyną samochód... Milkee jeszcze dopowiedział: popatrzycie sobie na widoki z okna dziewczyny! I juz wiedziałyśmy, że to nie koniec dzisiejszych działań... Dosłownie za 3 minuty wszystko płonęło! Wpadła nasza ekipa i szybka ewakuacja i udzielenie pomocy - musze przyznać, że byłyśmy dumne i strasznie żałowałyśmy, że siedzimy bez spodni na kanapie, a nie biegamy z Wami :(...
Po tej akcji już poważnie było ognisko - piwo, kiełbacha, gitara, my... cudowny klimat! Wtedy doszły do mnie te wszystkie chwile, te trudności i jakieś lęki, które musiałam pokonać... I Ci ludzie, którzy pomagali mi, wspierali, kiedy trzeba było, kopnęli w dupę, a innym razem dali buziaka w czółko... Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień... Takich ludzi nie spotyka się codziennie... I dobrze! Bo w takim wypadku bym nie szanowała tego, co dostałam od nich! A tak, to wiem, ze ten czas, czas spędzony w Szadowie był jednym z najwspanialszych chwil w moim życiu, dla których naprawdę warto żyć - dla chwil i dla ludzi!!!
W niedzielę rano jeszcze czekało mnie wykręcenie drugiego nadgarstka :D! I mały test z ustawy - luuuuuzik, co nie Marek :)? A potem juz wręczenie certyfikatów, grupowa fotka, buziaki, całuski, pożegnania i fru! - do Malborka!
Mimo, ze wszyscy kupiliśmy sobie miejscówki w pociągu, jechaliśmy dość dużą ekipą (Guzik, Misiek, Toudi, Prawnik, Asia, Kuna, ja, etc...) to siedzieliśmy w przedsionku kolo kibla na samym końcu pociągu, bo w Warsie nam zabronili :>! Fajna atmosferka była bardzo, taka... intymna :D! Z Kuną wysiadłam w Warszawie i zaraz jak pociąg pojechał dalej do Krakowa rozbrzmiały nasze telefony od sygnałów od reszty ludzisków jadących w tym pociągu ;) Az mi łezka w oku się zakręciła :(...
Strasznie się cieszę, ze mogłam być z Wami, przetrwać w wytrwałości i uczyć przez zabawę w Szadowie! Do tej pory słyszę w uszach ten nasz krzyk: MIŁOŚĆ! PRZYJAŹŃ! MUZYKA! ROCK and ROLL! ROCK and ROLL! ROCK and ROLL! I będę trwać tak do końca...
Całuję w noski wszystkich!
Pozdrawiam wiosennie!
stonk(A)
P.S. Chciałam Wam strasznie podziękować za troskę i opiekę nad moja chora osóbką... Jacek, dzięki za syropek :*! CIAO!
Guziczek:
Witam wszystkich :)!
Tu Guzik świeżo upieczony PATROLOWIEC ;) Siniaki znikają, kaszelek przechodzi, mogę zacząć pisać.
To ja jestem tą zgubą, o której pisała Stonka (wielkie buziaczki) - dzięki temu "zagubieniu" od samego początku miałam przerąbane u Kocioła.
Stoneczka dokładnie opisała szkolenie, nie wspomniała jednak o topielcach (wszyscy wiemy o kogo chodzi) ;), wisielcach, desperatach rzucających się ze schodów itp., a tych nie brakowało... Szkolenie już za nami, a my chcemy jeszcze!
Tęsknię strasznie za wszystkimi... Bardzo brakuje mi dzielenia się suchym ubrankiem, akcji ratunkowych, desperackich wyczynów na linie i chwytów wykręcających nadgarstki (i nie tylko). Do tej pory śnią mi się ludzie w studniach, w bagażnikach małych, zielonych samochodzików, albo stojący po drugiej stronie rzeki i krzyczący: "nie ma mostów... dalej, dalej ruszać się..." ;) Na sam widok tego, co zostało z moich glanów, robi mi się słabo, a widok wody w ilości większej niż napełniona wanna to dla mnie traumatyczne przeżycie ;) Ale są jeszcze ludzie, którzy byli ze mną, przy mnie, obok mnie, nawet w tych najgorszych chwilach (dzięki YOVIK, DELFIK, PUSZCZA). Pożyczali mi suchy polarek (Paweł-całusy), pomagali przejść suchą nogą przez rwącą rzekę (WARS-ik, Łosie- uściski), zjeżdżali na materacu, grali w Twistera (prawa noga na zielonym, lewa ręka na niebieskim...), masowali bolące miejsca ;), przytulali, dopingowali (ruszać się , dalej, na co czekacie...;), wspierali na duchu (zaraz spadniesz, he he he, nie dasz rady Guzik, zaraz będziesz mokra :) - i tak Was kocham!). Klimat, którego nie da się zapomnieć, i za którym chyba wszyscy tęsknimy, spanie 2-3 godz. na dobę, nocne maratony po lesie, ognisko na koniec długiego dnia;), to jest coś co szkoleni 6-8 maja lubią najbardziej - prawda?
Powrót też był kojący ;) Całą drogę jechaliśmy w bardzo bliskiej obecności kibelka, mimo wykupionych miejscówek :) Tak jak wspominała Stonka, wyrzucili nas z WARSA (tu petycja do WARS-ika - zrób coś z tym!) W Wawie pożegnaliśmy się i już tęskniliśmy za sobą.
Zostało mi kilkanaście nr. tel., sms-y z życzeniami urodzinowymi :), czerwona koszulka (to brzmi dumnie), i WOŚP-ik - uwielbiany przez wszystkich patrolowy miś (przeszedł operację zszycia kręgosłupa, ma się dobrze i czeka na dalsze uściski i przytulania :))
Piszemy do siebie, sygnalizujemy, umawiamy się już na kolejne imprezy (nie wiem dlaczego, ale głównie na mojej działce... :)
Tego wszystkiego nie da się tak do końca opisać. Tam trzeba było być, zaufać sobie, pomagać ale też czasami kopnąć w tyłeczek;), aby potem tak bardzo tęsknić za sobą i być dumnym, że dało się radę, pokonało się własne lęki i słabości, że jest się PATROLOWCEM :)
Pozdrawiam wszystkich bez wyjątku i całuję gorąco.
Do jak najszybszego zobaczenia !!!
Guziczek :)
|
38. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu Szadowo - Młyn 15-17 kwietnia 2005
Whisky:
Czołem,
melduje się Whisky, świeżo upieczony Patrolowiec po szkoleniu 15-17 kwietnia. Przeczytałam właśnie kilka opowieści na stronce i pomyślałam sobie, że
więcej »
Whisky:
Czołem,
melduje się Whisky, świeżo upieczony Patrolowiec po szkoleniu 15-17 kwietnia. Przeczytałam właśnie kilka opowieści na stronce i pomyślałam sobie, że dołożę się i ja ze swoimi wrażeniami.
Liczy się podobno pierwsze wrażenie i coś w tym jest. Zobaczyłam w Malborku grupę uśmiechniętych ludzi, tacy trochę niepewni, pełni obaw ale i zapału. Pożegnanie z cywilizacją, czas na ostanie zakupy i w drogę. Remek rozdał identyfikatory. Kolorów było cztery, wiec każdy się domyślił i co chodzi :-) Chociaż ja do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego nasza grupa nazywała się "czerwoni" skoro identyfikatory były różowe :-) Wysadzili nas w lesie, dojechał Jurek z ekipą Kręcioły. No i się zaczęło. Po krótkiej odprawie ruszyliśmy. Dwie drużyny w jedną stronę, dwie w drugą. Przeprawa przez las, staw a potem pierwszy test na zaufanie, którym, choć znaliśmy się zaledwie kilka godzin musieliśmy się obdarzyć. Bagno, drużyna połączona lążą, zawiązane oczy. Prowadzi nas lider, a stawką jest posiłek. Ja do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że nie poruszyłam się ani centymetr, mimo, iż w moim bucie postanowiło zamieszkać jakieś zwierzątko i bardzo się wierciło :-). Ruszyłam się dopiero na polecenie lidera. Ciąg dalszy marszu ze wszystkimi bambetlami, bagażami i pierwszymi oznakami zmęczenia, w końcu niektórzy pokonali kawał drogi, żeby dotrzeć do Malborka. Krótka przerwa na posiłek i spotkanie z pozostałymi drużynami: Niebieską i Żółtą. Wszystkie cztery ruszyły dalej już razem, kolejne konkurencje a na koniec kąpiel w rzece :-) Na tratwach, które musieliśmy sami zbudować przeprawialiśmy przede wszystkim tych, którzy nie umieją pływać. Reszta wpław. 53 osoby i ani jedna nie zamoczyła nogi, żeby sprawdzić temperaturę rzeki. Wszyscy po prostu do niej weszli. Udało się, choć lekko nie było.
Wreszcie dotarliśmy do Uniwersytetu WOŚP, Szadowo Młyn. Muszę powiedzieć, że sceneria przepiękna. Nie żebym była sentymentalna baba, ale rzeczywiście miejsce przecudne. Młyn to nasza baza. Tam zostawiamy bagaże, zmieniamy ubrania na suche. Wymarzony obiad i czas na przyjrzenie się reszcie uczestników. Potem wykłady, kolacja, wyjazd do Brachlewa, gdzie spaliśmy.
A rano? Coż... Wydawało mi się, że czuję wszystkie mięśnie na porannych ćwiczeniach z Niebieskimi (tak na marginesie, to dzień później okazało się, że to dopiero był początek, że mam więcej centymetrów kwadratowych mięśni, które mogą boleć). Dla mnie to był koszmar. Nie same ćwiczenia, czy poprzedzająca rozgrzewka. Katorgą był brak kawy! Dwie godziny ćwiczeń, potem śniadanie. Wyjazd do Szadowa. Kolejne wykłady a potem ciąg dalszy pastwienia się nad nami. Fenomenalne konkurencje. Szczególnie zapamiętałam ten dzień właśnie. Bliźniak, który usiłował wejść do rzeki na torze przeszkód, ćwiczenia z rannymi w samochodzie, Tato na przeprawie kajakowej z małym wypadkiem w grupie na początku, Andy i Strażak na moście linowym i belkach, Niebiescy w roli prowokatorów. No i najważniejsze. "Słoniki w lesie" czyli sauna domowa, czyli czołganie się w maskach przeciwgazowych i równoczesny transport chorego na noszach. Koszmar, bo na nosze położyliśmy naszego lidera zanim dowiedzieliśmy się o co w konkurencji chodzi. Efekt? Potworny wysiłek, bo Toi-Toi był największy w grupie :-) A Blue i Wykrzyknik wybrali na tę konkurencję chyba najgęstszy fragment lasu :-) Dla mnie moment kryzysu, bo wywinęło mi się kolano, czy jakoś tak. Cała grupa coś mamrotała w tych maskach. I chyba dobrze, że nie było nas dobrze słychać, bo ja np. to klęłam pod nosem obrzydliwie - mam tylko nadzieję, że Blue i Wykrzynik nic z tego mamrotania nie zrozumieli :-)
Nic to. Potem leniwiec albo do wyboru "guziki". McGywer i Warsik przy leniwcu. Bolące kolano jak (...) :-) a oni pastwili się nad tą liną strasznie. Ale cała grupa przeprawiła się na drugi brzeg i z powodzeniem przetransportowała chorego na noszach po pajęczynie z lin rozciągniętej między brzegami. Zamiana ciuchów ma suche, obiad potem wykład i pierwszy egzamin. I coś, o czym wszyscy słyszeli, ale nie za bardzo kumali o co chodzi. Myśleliśmy, że Kręcioła którą oglądaliśmy, ma nam zabić czas oczekiwania na kolację. A tu nagle wrzeszczy nam Jurek z telewizora, że wypadek był. No to co? No to szturm na drzwi wyjściowe. Ciemna noc, połowa ludzi w klapkach, koszulkach z krótkim rękawem... Pierwsza pozoracja. Ranni, których trzeba opatrzyć, poszkodowani, którymi trzeba się zająć i przeprawić się przez las, rzekę i znowu las do szpitala polowego. Dla mnie przeprawa pechowa, bo skręciłam kolano raz jeszcze. Zejść ze zbocza pomogli mi koledzy, potem znosiła mnie cała grupa (wielkie im za to dzięki). Niby ognisko, niby nas pochwalili ale tak nie za bardzo, a tu guzik. Biegiem do bazy, bo pożar, ranni, poparzeni, awanturnicy, potem znowu pożar - wszelkie możliwe kataklizmy. Pełne szaleństwo. Na dodatek trudno było się komunikować, bo zagłuszała nas muzyka. Żeby nam nie było za łatwo :-) Okazało się, że idealnie to nam nie poszło, ale przynajmniej nie stratowaliśmy chorych i siebie nawzajem. Efekt był taki, że kiedy po omówieniu obu pozoracji Jurek zaprosił nas na ognisko na wszelki wypadek swojej pozycji nie zmienił przez moment nikt, połowa rozejrzała się w poszukiwaniu nowych wrażeń.
Ognisko, kiełbaski, Milkee z gitarą, moment ulgi ale świadomość ostatniego takiego wieczoru dotarła do wszystkich. Powrót do Barchlewa na nocleg. Milkee i Żaba z nami. Gitara, śpiew, kąpiel... 4 nad ranem chyba a tu znajome głosy wrzeszczą w sypialniach, że ewakuacja, bo powódź idzie. Połowa uwierzyła i wybiegła przed budynek. A tu proszę... Instruktorzy się za nami stęsknili i postanowili zrobić nieplanowaną pobudkę.
I Jurek. Ulga na twarzach wszystkich. "Miłość, przyjaźń, Rock and Roll" - poskandowaliśmy chwilę i wróciliśmy spać. Niektórzy mieli ciasno na łóżku, ale trudno. Patrolowcy umieją się dzielić tym, co mają :-) Rano ostatnie zajęcia, ostatnie wspólne śniadanie, egzamin, rozdanie certyfikatów i pożegnanie. Przykro było wyjeżdżać.
Wracałam do Krakowa z Magdą, koleżanką z pracy. Na szkolenie pojechałyśmy razem. Mnóstwo wrażeń, którymi się wymieniałyśmy w drodze powrotnej. Siniaków nie doliczyłyśmy się do tej pory, ale przypominają niesamowitą przygodę, wspaniałych ludzi
i niesamowite wrażenia :-) Wnioski? Na koszulkach Patrolowców widnieje napis Wytrzymałość. Mogę ją nosić z dumą, bo wytrzymałam. Nauczyłam się pokory, przekonałam się, że stać mnie na więcej niż mi się wydawało. Że nie ma rzeczy, których zrobić nie mogę, że warto zaufać drugiemu człowiekowi. I że w takich chwilach na jakie nas przygotowywano nie ma znaczenia czy ktoś ma 19 czy 29 lat, czy to facet, czy kobieta. Liczy się owocna współpraca, świadomość, że możemy na siebie liczyć i to, że mamy jeden cel. Że jesteśmy grupą i odpowiadamy za siebie nawzajem. Dla kogoś, kto nie był na szkoleniu może to brzmieć bardzo patetycznie. Ale zabrzmi mu inaczej, jak wróci ze szkolenia. Byle pojechał tam świadomy po co jedzie. Wróciłam w poniedziałek do pracy z wywróconym zdaniem na swój temat, nie że peany, bardziej świadomość, że mogę więcej :-)
Patrolowcy, do zobaczenia na Przystanku, może uda się wcześniej. Remek, Badi, Tato, Andy, MacGywer, Strażak - dzięki za dobre słowo, Mysza - dzięki za kawę, bez niej bym nie przeżyła:-) Ukłony dla Jurka i instruktorów, którzy dali nam mocno po d.... i chwała im za to. Aaa, zapomniałam - nikt mi nie powie, że WARSik nie jest mega mózgiem :-) Żabie i Milkeemu ogólne dzięki za pomoc, szczególnie Żabie... tja...
Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie z pięknego Krakowa.
Whisky
Herubniś:
Witam!
Z tej strony Herubiś czyli Sławek. Prosiliście o maile z wrażeniami na temat szkolenia, będzie też o drodze powrotnej - i od tego zacznę. Z całej wracającej ekipy, około godziny od Zabrza - tam ja, Laska i Strzelec wysiadaliśmy - zostało nas już tylko piątka: Strzelec, Laska, Toj-Toj, Misiofil, no i ja czyli Herubiś. Staliśmy w ostatnim wagonie i tam właśnie przydarzyła nam się akcja. Mała dziewczynka - 12 lat - która weszła do ubikacji dostała drgawek. Szybko rozpoczęliśmy akcję wyciągając ją z pomiędzy muszli i ściany - gdzie się osunęła, zabezpieczyliśmy głowę, a jeden pobiegł po konduktora. Nagle dziewczynka zaczęła się silnie pienić więc natychmiast przenieśliśmy ją z ubikacji do przedsionka i położyliśmy w pozycji bocznej ustalonej - dziewczynka zwymiotowała. Po pewnym czasie odzyskała świadomość i zaczęła panikować więc jeden z nas uspokajał ją, jak i opiekunkę. Znalazła się też w wagonie jedna osoba z Pokojowego która na Przystanku jest w grupie "s" i która przystąpiła z nami do akcji. Na najbliższym dworcu karetka wzięła dziewczynkę do szpitala. Tego właśnie nauczyliście nas. Tworzyliśmy jedną grupę - wiec zarówno konduktor jak i opiekunka słuchali się nas. Zapewne będąc przed szkoleniem nie zareagowalibyśmy tak szybko i zdecydowanie.
Szkolenie było świetne - to co podobało mi się chyba najbardziej to zaskoczenie, to że nie było to oklepane. Myślałem, że w pierwszy dzień z rana wpierw wpadniemy do ośrodka, zjemy coś, poćwiczymy troszkę itp.:)
- a tu od razu w las. Nikt mnie
w życiu tak nie wymęczył i za to wam też dziękuje :). Gitarka, piwko, rozmowy - relacje z wami były na luzie. Można się było zaprzyjaźnić, było po prostu super.
Co do uwag do szkolenia z perspektywy "aspiranta" po naszej akcji w pociągu - zabrakło na szkoleniu małego szczególiku - sposobu ściągania rękawiczek po akcji. Misiofil pokazał nam technikę zdejmowania którą uczą sanitariuszy z karetek i powiedział, że to była jedna z pierwszych rzeczy którą go nauczyli - on właśnie się uczy w tym kierunku. Teoretycznie każdy dojdzie do swojego, zapewne dobrego sposobu, ale jednak przy pierwszych kilku akcjach mogą być z tym problemy. Mimo szkolenia dalej mógłbym mieć jeszcze problem z prawidłowym założeniem kołnierza, ale rozumiem, że nie można było wszystkiego przećwiczyć każdy z osobna, bo nie było na to po prostu czasu.
Podsumowując szkolenie było świetne i jestem pełen podziwu, że udało się wam wpoić tak dużą wiedzę i umiejętności w niecałe 3 doby. Nauczyliście mnie naprawdę dużo. Jeszcze raz wielkie dzięki! Mam nadzieje, że spotkamy się jeszcze przed Przystankiem na jakiejś imprezie.
Trzymajcie się ciepło!
Sławek
Marta:
Cześć wszystkim!!!
Jest już czwartek, emocje minimalnie(!!!) opadły i nadszedł czas trochę powspominać. A jest co!!!
Cztery godziny w pociągu i Malbork. Jest 4.30.Grupa ludzi z plecakami, nieśmiałe spojrzenia, a i tak wszyscy wiemy, że jesteśmy tu z tego samego powodu. O 5 rano idziemy oglądać zamek. Niesamowite wrażenie. Ta budowla naprawdę budzi autentyczny respekt. Natomiast pies pilnujący mostu był tak "groźny", że prawie zawahaliśmy się przed pogłaskaniem go;).
Wracamy na dworzec. Jest nas coraz więcej, jest nam coraz weselej. Około 7 pojawiają się ludzie jadący do pracy. Oni też chyba już wiedzą kim jesteśmy.
9:00 - te ostatnie 15 minut będzie gorsze niż 4 godziny czekania, które mamy już za sobą. Wychodzimy przed dworzec, każdy autobus budzi nadzieję: "Już? To oni?" Spóźniają się!!!
WRESZCIE SĄ!!!
Pakujemy się do autokaru, a Remek wygłasza "mowę inauguracyjną". Jedziemy, ale do Szadowa nie dane nam będzie dojechać. Zatrzymujemy się w lesie, zabieramy plecaki. Czeka nas spacer z "atrakcjami". Jest Jurek! Czuję się jak w telewizji, ale to się dzieje naprawdę!
Od tego momentu zaczyna się ostra jazda bez trzymanki i wszystko zmienia się jak
w kalejdoskopie. Dostajemy sprzęt(od tej pory przez dwa dni prawie non stop chodzimy w kaskach i uprzężach), dętki, belki i beczki do niesienia. A potem... budujemy tratwy; przenosimy bagaże wokół drzew w wąwozie (a zbocza były naprawdę strome!); dokładnie poznajemy dno rzeki(hip hip hurra! na cześć bali i kamieni tuż pod powierzchnią wody!); suchary w polu; wykład z USTAWY (to dopiero była prawdziwa próba charakteru!); gitara Milkeego (a jest czego posłuchać!); wizyta "policji"; bolesne przeprawy z Niebieskimi o świcie; pierwsza pomoc; sztafeta z jajkiem; mosty linowe; kajaki; słoniki; guziki; płonące samochody...
Kiedy tak wyliczam, sama nie mogę uwierzyć, że to wszystko udało się zrobić w ciągu ok.50 godzin!!! A to tylko niewielka część tego co się działo! Głębokie ukłony w stronę organizatorów!!! Nie będę nawet próbować opisywać atmosfery, jaka tam panowała. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć!
Jeszcze tylko egzaminy, certyfikaty, uścisk ręki Jurka, zdjęcia, szybkie pożegnanie
i jedziemy do Malborka...
Czego się nauczyłam? Bardzo dużo. Nie tylko CPR, USTAWY, noszenia noszy (zabawnie to brzmi...), tego, że zespół może powstać w ciągu kilku godzin z zupełnie nieznajomych sobie ludzi... Dowiedziałam się też, że kobieta w ciąży powinna leżeć na lewym boku
i zapamiętam to do końca życia, bo powiedziała mi o tym jęcząca dziewczyna z raną postrzałową ramienia, a wokół paliło się i grała muzyka. Takich rzeczy się nie zapomina!!! Poza tym, teraz już wiem, że bieganie po lesie w nocy w sandałach jest jak najbardziej wykonalne, że kąpanie się w rzece (w kwietniu! w ubraniu! w glanach!) może być całkiem ciekawe, że nie można być pewnym dnia ani godziny alarmu (może to być nawet 3 w nocy!), a ognisko nie zawsze oznacza koniec akcji, jajko zaś może przetrwać wszystko, jeśli tylko zostanie schowane w bezpiecznym miejscu(pozdrowienia dla Białej Mewy!).
To były trzy dni naprawdę intensywnego życia.
Jeszcze raz wielki dzięki dla Żółtych i Niebieskich za to, że tak o nas zadbaliście!!!
I duża buźka dla wszystkich Czerwonych! ZROBILIŚMY TO!!!
Marta (to moją karteczkę z imieniem znalazł Remek)
Aniołek:
I w końcu nadszedł mój czas.
Jako kolejna mieszkanka siarkowej tarnobrzeskiej krainy założyłam czerwoną patrolową koszulkę. 15 kwietnia, po kilkunastogodzinnej podróży pociągiem i pięciu godzinach spędzonych na dworcu w Malborku, rozpoczęła się najpiękniejsza przygoda mojego życia. Kiedy co krok ktoś pyta mnie jak było, odpowiadam po prostu było trudno i było pięknie. O tak, trudna była współpraca z ludźmi, których praktycznie się nie znało, których poznać trzeba było w trakcie realizacji zadań. Trudnym było także pokonywanie własnych lęków i ograniczeń. W moim przypadku piętą achillesową okazały się zadania związane z wodą, szczególnie ten feralny leniwiec, zdawałoby się nie do pokonania,
a jednak udało się, przeszłam go. Trudne szczególnie było także pilne i co gorsza przytomne wysłuchanie wykładu o bezpieczeństwie imprez masowych o 10 w nocy
z ciągłym powracaniem do konkretów, ale bez dochodzenia do nich :)
Było też pięknie, bardzo pięknie. Taka absolutna i transcendentna energia krążyła wśród nas, gdy pokonywaliśmy mimo wszystko nasze słabości, a w tle szumiały drzewa
i leniwie płynęła Liwa. I jeszcze ważne było to, że nie musiałeś być najlepszy, że mogłeś czegoś nie umieć, nie potrafić, bo przez cały czas byłeś z ludźmi, którzy wciąż na nowo podawali pomocną dłoń, zawsze gdy tego potrzebowałeś. I nawet spać się nie chciało (nie dało) by nie tracić żadnej godziny, minuty, sekundy z tymi maksymalnie zakręconymi ludkami ( i dla nich wielkie buziaki: grupo czerwona, KuDzik, Biała, Sępie
i wielu, wielu innych :* to dla Was i jeszcze jedno buzi :* dla ukochanych żółtych koszulek). Szczególne nocne śpiewy i nocne odwiedziny instruktorów były niezwykłe
i pełne radości bycia, istnienia. Tej właśnie radości życia kochać się nie da, chce się jej czerpać, brać i ciągle w niej trwać, trwać, trwać...
Gutek:
Na początek słowo wprowadzenia... Czy macie coś takiego, że jak jesteście, w jakimś fajnym miejscu, środowisku, otoczeniu lub jak dzieje się wokoło Was cos niesamowitego, to odbieracie to później jak sen, mgliste wspomnienie, nierealną rzecz? To może przykre, ale ja miałem to za każdym razem do tej pory.... Miałem, bo od 17 kwietnia postanowiłem pielęgnować piękne wspomnienia.
Jakie są moje wrażenia??? hmm... chyba w poprzednich mailach napisaliście już wszystko - las, rozpoczęcie sezonu pływackiego, presja czasu, radosny chaos, przyśpieszona integracja, masa niespodzianek, zwroty akcji.... Co ja najbardziej zapamiętałem??? Na pewno Tatę z nożem w brzuchu (taka pozoracja wypadku - przyp. Milkee) i Łosia, który pięknie się nim zajął (chylę czoła), "dobranoc" ekipy w Brachlewie :-), transfer Bliźniaka, no i oczywiście wykład z "ustawy"... i wiele, wiele innych pozytywnych rzeczy. Cieszę się, ze tyle mogłem się nauczyć i spędzić czas ze wspaniałymi ludźmi (tylko nie popadajcie w samouwielbienie ;-) hihi
Może dla "nie patrolowca" takie wspomnienia to lipa, a dla mnie i dla Was?????
Strzelec, Laska, Toj-Toj, Misiofil, Herubiś są najlepszym przykładem na to, że takie szkolenia są naprawdę potrzebne i na to, że będziemy wiedzieli jak zachować się w podobnych sytuacjach (życzę Wam, żeby było ich jak najmniej). Dziękuję całej EKIPIE, mam wrażenie, że znam Was od dawna (choć to może nie wrażenie ;-)). Fajnie było poznać Was PATROLOWCY: Piotrek, Sęp, Kasia (to super imię nie wiem czemu Ci się nie podoba), Toja, Zbyszek, Sylwek, wszystkich którzy mnie kojarzą, a tych, co mnie nie kojarzą, pozdrawiam jeszcze bardziej!!! Z Wami można góry przenosić!!!! Żałuję tylko jednego!!!! Że było tak krótko :-(
Dla mnie Bomba!!!!!!!
ps. wiecie, że rana Taty była strasznie realna?
Do zobaczenia, pomyślnych wiatrów! Ahoj!
Gutek
Adi:
Cześć wszystkim. Chcę powiedzieć, że nigdy nie byłem na takim szkoleniu ekstremalnym jak 15-17 kwietnia. Bywałem na innych, ale to szkolenie w Szadoł Młyn było bombowe. Chętnie bym tam powrócił na jeszcze jedno szkolenie. Kiedyś na pewno tam trafię.
Instruktorzy byli ekstra, wpoili nam wiedzę, której pewnie połowa nie miała. Mi pod koniec drugiego dnia, w czasie konkurencji, but się rozpadł, ale jakoś do końca przetrwałem. Woda w rzece była zimna, ale jak byliśmy z grupą razem, mogliśmy przetrwać cały kurs. Na początku byliśmy na końcu z wszystkich grup, ale wygraliśmy.
Chce podziękować Białej Mewie że przetrzymała jajko tak, że się nie zbiło.
(Młody z Olsztyna )
P.S. Do zobaczenia Woodstocku
Bliźniak:
Hej z tej strony śpiący w damskim kiblu... tzn. Bliźniak :)
Pomyślałem, że i ja powiem coś na temat moich wrażeń ze szkolenia, tylko nie wiem od czego by tu zacząć. Zacznijmy wiec od samego początku, tzn. od Dworca Centralnego
w Warszawie.
DZIEŃ 1
Poznałem tam Martę i Wojtka, rodzeństwo z Tomaszowa, i bez większego namysłu zamieniłem bilet na dwadzieścia minut po północy, żebym mógł jechać z nimi. Noc
w pociągu była dla mnie katastrofą, próbowałem zasnąć, ale nie udało mi się to przez dwie chrapiące babki i jakiegoś dziadka który im wtórował. Na szczęście, czas mijał dosyć szybko i w końcu dojechaliśmy do Malborka. Po jakiejś godzinie siedzenia na dworcu i przyglądania się ludziom zapoznałem się z kolejną grupą przyszłych Pokojowych Patrolowców, a mianowicie z Michałem - Sępem, Mewą, Aniołkiem, Piotrkiem, Sylwkiem itd. Strasznie nam się nudziło na tym dworcu, wiec zorganizowaliśmy sobie wycieczkę na malborski zamek. Byliśmy pełni podziwu dla ludzi, którym chciało ustawiać się te miliony cegiełek jedna na drugiej, ale sam zamek wywarł na mnie nie mniejsze wrażenie.
(...)
No i wreszcie autobus, zabierają nas do Szadowa. Nie obyło by się bez spóźnienia owego autobusu, ale pomińmy ten fakt. Autobus zatrzymał się gdzieś między jakimś laskiem, rzeczką a polami - tam było nasze pierwsze zadanie (no i ostatnia szansa na siku ;) przed jego wykonaniem). Zadanie polegało na tym, żeby ktoś z grup przedostał się po linie zawieszonej na drzewach nad rzeczką po 4 worki sprzętu dla mojej drużyny.(...)
Następnym zadaniem jakie nas czekało była przeprawa przez bagno (nic trudnego), później mieliśmy zdobyć prowiant, o czym napisała Whisky w swojej opowieści (polecam przeczytanie), a następnie dojście do miejsca gdzie mieliśmy przerwę i później zadania sprawnościowe w wąwozie. Na początku było ciężko ze względu na to, ze grupa była jeszcze mało zgrana, ale potem szło nam coraz lepiej. Kolejne zadanie to zbudowanie tratw i przeprawa przez rzeczkę, i wreszcie dochodzimy do miejsca odpoczynku - do centrum szkoleniowego (pozornego odpoczynku):>. Wykład z pierwszej pomocy był fajny i ciekawy, ale wykład z Ustawy o Organizacji Imprez Masowych porostu mnie załamał i jeszcze ludzie na przerwach przebąkiwali o jakimś rzucaniu nami o glebę następnego dnia zaraz po pobudce.
DZIEŃ 2
Rzucanie o glebę okazało się porostu zwykłym treningiem Aikido. Potem, po śniadaniu, zawieziono nas do Szadowa gdzie miały odbyć się kolejne "ćwiczenia". Na początek zadania ogólno-sprawnościowe, potem zadania praktyczne z pierwszej pomocy i moje ulubione przeprawy na mostkach linowych.
Wiec teraz kilka słów na temat zadań. Najbardziej popalić dało nam zadanie ze słonikami w lesie, o którym wspominała już Whisky, bo wybraliśmy lidera tzn. Toi-Toja na poszkodowanego nie wiedząc w ogóle, jak ma wyglądać zadanie, a on był największy i chyba najcięższy z naszej grupy. Po zdjęciu maski gazowej poczułem na twarzy wodospad potu. Kolejne zadanie to dopłyniecie kajaczkami do poszkodowanych na wysepce i udzielenie im pierwszej pomocy powrót i zadanie z mostkami linowymi i dwa rozbite maluchy, a w nich kolejni poszkodowani, tym razem z naszej grupy. Potem obiad, wykład i pierwszy egzamin, potem wykład (...), kolacja. W czasie oglądania Kręcioły dowiedzieliśmy się, że jest wypadek, wiec wszyscy polecieli w podkoszulkach, klapkach, a ja w jedynej parze suchych butów ;). Gdy przetransportowaliśmy trzy ofiary wąwozem kończącym się nad brzegiem rzeczki na jej drugi brzeg, potem lasem pod górkę, musieliśmy zamienić naszego poszkodowanego na koleżankę z drużyny bo zwichnęła sobie kolano... zgadnijcie kto to taki??
Doszliśmy do miejsca, gdzie Jurek zaprosił nas na piwo, kiełbaski i ognisko i dokładnie
w momencie wypowiadania przez niego słowa "ognisko" zobaczyłem ogromny słup dymu z terenu naszego uniwersytetu i znowu poszkodowani, znowu trzeba komuś udzielić pomocy. Mi najbardziej utkwił w głowie poszkodowany lezący na daszku garażu, wejść to nie był żaden problem, ale jak go stamtąd znieść? Na szczęście, zaraz podlecieli koledzy, co prawda nie z drużyny, ale wspaniale nam się współpracowało, podali nam nosze i załatwili drabinę od strażaków, potem poszkodowany zjeżdżał po drabinie ubezpieczany przez kilka osób, po czym trafił do szpitala.
Na zakończenie akcji ognisko z browarem i kiełbaski (...)
DZIEN 3
Ostatni egzamin. Nareszcie dostaliśmy certyfikaty, potem wszyscy w pośpiechu się pakują i odjazd do Malborka i mam nadzieje że to, co Jurek mówił o tym globusie to tylko przesądy, bo zapomniałem nim zakręcić, a wrócić chcę.
Pozdrawiam wszystkich Patrolowców, którzy mogli to wszystko ze mą przeżywać i tych którzy przezywali to wcześniej.
Do zobaczenia na Przystanku Woodstock !!
Sie ma!
Bliźniak
Mewa_bielutka:
"...Wyrwij murom zęby krat, zerwij kajdany, połam bat, a mury runą, runą, runą,
i pogrzebią stary świat..."
Zaczynam od tego tekstu bo miałam dreszcze jak pierwszy raz usłyszałam tą piosenkę w wykonaniu Milkeego... Co do piosenek to mieliśmy kilka takich, które będą kojarzyły mi się z tym naszym szkoleniem.
Już w pociągu relacji Kraków-Malbork myślałam, że trzeba by coś wykombinować na przywitanie instruktorów. Wpadłam (nie sama) na pomysł, że ułożymy piosenkę i będzie ona nasza przemową do Jurka, jak to jest czekać, kiedy autobus się spóźnia :) Potem odechciało nam się układać piosenkę bo brakowało nam już słow. Zresztą wszyscy woleli pogadać - poznać się niż tam śpiewać... a co do poznawania się - większość pisze, że trudno było działać w grupie gdzie się praktycznie nikogo nie zna - taka prawda, ale ja tych problemów nie miałam. Cały czas coś mówiłam czy ktoś mnie słuchał czy nie :P
I tak mnie wszyscy chyba poznali :P A zapamiętali chyba dzięki jajku :P
Pierwsze zadania... Niosę dwa ciężkie plecaki, obydwa większe dwa razy od mojego -
i żałuję, że nie wzięłam opony tylko te ciężary... w trakcie tego spacerku mówię do Marty z mojej grupy - "obiecuję sobie od teraz przez najbliższe trzy dni na nic nie narzekać". I słowa dotrzymałam. Dostałam w dupę? Dostałam, ale nie narzekałam.
A kiedy minęły trzy dni i narzekać można było - to ja chciałam jeszcze zostać i dalej się tak "męczyć":) I w rezultacie to praktycznie w ogóle nie narzekałam :P
Nikt nie mówił, że będzie lekko. AdaS przed szkoleniem mówił tylko, że dostanę tak
w dupę, że mi się siedzieć na niej odechce :P Teraz wiem że nie żartował :)
Zaczynaliśmy w sobotę "zawody", powiedziałam do mojej grupy (żółtych): "słuchajcie, nie musimy być pierwsi... ważne żebyśmy nie byli ostatni". Po chwili Remek odczytał punktację - jesteśmy najgorsi :( Wtedy jeden z nas powiedział "ostatni będą pierwszymi" i tak się stało! Żółci - debeściaki!!! Instruktorzy też. A propos instruktorów - strasznie mi się podobało, że traktowali nas na równi - nie byliśmy gorsi, bo jeszcze czegoś nie umieliśmy tylko byliśmy równi... Każdy chyba rozumie :)
Noce? Nieprzespane - i o to chodziło - poznawaliśmy się w nocy, by w dzień móc razem TRWAĆ i zdobywać wiedzę :) Ale nigdy nie zapomnę, jak mi życie przed oczami przeleciało - miałam takiego stracha że szok. Cisza, spokój i nagle ktoś wpada do pokoju i wymierza do mnie z pistoletu - padają trzy strzały. Zastanawiam się, czy to ja dostałam czy Aniołkowa, która siedziała zaraz za mną. Na szczęście to tylko atrapa - instruktorzy szukają Milkeego - to jego mieli wystraszyć i to wszystko tylko po to by wyciągnąć nas przed budynek i zaśpiewać razem Mury, zrobić stonkę i odjechać - bo za parę godzin pobudka :)
A zaraz po pobudce - na dzień dobry Niebiescy wkraczają do akcji... "pokazać wam jak się trzeba bronić?" kto by im odmówił? Ja się bałam odmawiać :) Jeszcze bym straciła zęby :)
Niedziela - egzamin - siedzę obok Krzyśka który najlepiej napisał egzamin i zamiast od niego ściągać to ja w ogóle do niego nie zaglądałam :( I certyfikaty.. oj jest się czym pochwalić :) Szybkie zdjęcia do ramki i "do zobaczenia na Woodstocku"...
Ale, ale! Jeszcze jedno - było mi ciężko rozstawać się z tymi ludźmi, nie mogłam pozbierać myśli, ale najtrudniej było mi się rozstać z jajkiem. No cóż, zrobiłam to - rozstałam się z nim. "Na cześć żółtych" poleciało JAJECZKO DO NIEBA (spadało na ten piękny trawnik kilka metrów dalej). Pierwszy telefon - do sztabu Tarnobrzeg. Chwalimy się, że jesteśmy Patrolowcami i że mogą być z nas dumni. Drugi telefon - mama, pyta czy ciężko było - moja odpowiedz była szybka. "Mamo pamiętasz - był taki program na TVN - Dla ciebie wszystko. To co oni pokazywali w tym programie to pikuś w porównaniu z tym co przeszłam przez ostatnie trzy dni" Mama powiedziała tylko "jestem z ciebie dumna".
Ja z siebie też. Powrotna droga - pełna wrażeń i śpiewów. Okazało się, że nie tylko Sęp stracił głos...
W nocnym pociągu przysypiamy i tylko pada tekst - nie śpijcie bo zaraz wysiadamy! Jak ktoś usypiał mimo to - przypominaliśmy mu, że na plecach ma napisane "WYTRWAŁOŚĆ", to zmazywało sen z powiek :)
Następnego dnia, odprowadzając Sępa i Aniołkową na pociąg w Opolu, szłam w jeszcze brudnej koszulce patrolowej i nagle zaczepia nas jakiś chłopak - okazuje się, że jest on instruktorem w patrolu :) Uff - kolejne nowe twarze patrolu - czy ja je wszystkie zapamiętam? Pewnie ze tak - na Woodstock wybieram się z nadzieją ze się z wami wszystkimi spotkam znów.
To pisałam ja, Mewa_bielutka
Ps. Pamiętajcie, że jak w drodze z ziemi włoskiej do Polski nie ma mostów, to lepiej nierydzykować i wziąć ze sobą mięte i siekierkę, bo jak was stonka dopadnie to nie ma bata :)
|
37. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu - Szadowo, 1-3 kwietnia 2005
05.04.2005 10:50
Kwietniowe szkolenia...
To szkolenie zapamiętają na pewno wszyscy. Zaczęło się pierwszego kwietnia, zakończyło trzeciego, a drugiego do wszystkich dotarła wiadomość
więcej »
05.04.2005 10:50
Kwietniowe szkolenia...
To szkolenie zapamiętają na pewno wszyscy. Zaczęło się pierwszego kwietnia, zakończyło trzeciego, a drugiego do wszystkich dotarła wiadomość o śmierci Ojca Świętego.
Nieprawdopodobnie słoneczna, piękna pogoda i 32 młodych ludzi, którzy natychmiast po wyjściu z autobusu, niedaleko Ośna i naszej "ziemi obiecanej", ruszyli do działania. Cztery grupy, cztery kolory, cztery okrzyki i na razie jeszcze bez liderów, wszyscy ruszyli ustaloną wcześniej trasą. I tak przez kilka godzin. Zdobywanie materiałów do budowy noszy i tratw, a zdobywać je wszyscy musieli na jeziorze. Już od samego początku wygrywali ci, którzy potrafili najlepiej się zorganizować. Sprzątanie po sobie każdego bałaganu, pilnowanie swoich bagaży, poznawanie swoich imion i ciągle do przodu, niosąc te wszystkie "szpeje" ze sobą, aby po chwilki zrobić z tego nosze i tam umieścić poszkodowanego. Opatrunki robione spontanicznie, tak jak kto umie. "Złamana" noga usztywniona sznurkiem, szalikiem, kurtką. Już czuło się, że wszyscy zmęczeni, tym bardziej, że dopiero teraz, podczas takiego marszu, wychodzą wszystkie mankamenty ubioru i osobistego bagarku. Do końca nie możemy zrozumieć, dlaczego niektóry przyjeżdżają do nas z siatkami... A w siatkach, różne, nieraz ważne rzeczy. Glany, owszem, ale bywa, że jeżeli nie przechodzone, to zaczynają być utrapieniem. I tak dochodzimy do naszego wąwozu, który znajduje się między Ośnem a Szadowem. Nieco wcześniej grupa wybiera lidera i u jednych przychodzi to momentalnie, u innych trwa wyliczanka i lekka przepychanka. W wąwozie zajęcia z lin, ale takie, aby pracowała cała grupa. Przeciąganie na mostach, wspólne wędrowanie po rozciągniętych między drzewami linach. Ktoś zamyka oczy ze strachu, ktoś się przewraca po raz dwudziesty, ktoś już lekko nie ma siły ciągnąć ze wszystkimi liny. A przecież bywa na Przystanku, że kiedy dopada zmęczenie i senność, to właśnie trzeba się poderwać i ruszyć na wyznaczone miejsce, bo taka potrzeba. Więc pytamy, czy nie warto było siedzieć w domu, z kumplami, z koleżankami, że to nie tak do końca będzie koncertowo na Przystanku. I tu wszyscy chórem, z siłą dzwonu, odpowiadają, że chcą tutaj być, że wcale nie są zmęczeni i że mają siłę. To dajemy im krótki odpoczynek na coś do jedzenia i następne zadanie. Cztery dętki, cztery żerdzie, beczka, sznurek... Robimy tratwę. A nasza rzeka Liwa wyjątkowo wylana, wartka i zimna. Tu już nie ma zmiłuj się, nikomu to na sucho nie uchodzi. Dopływamy do polany i stąd jeszcze tylko kilometr marszu do Szadowa. Krzychu, chyba z Krakowa, gubi buta. Stówa w plecy. W sumie dwie stówy, bo z jednym butem niewiele zrobi. W lekkich drgawach, z bosą nogą, puszcza się z jednym z naszych instruktorów wcześniej do Szadowa. Ale dzielnie przyjął do wiadomości to co się stało.
Trzeba jeszcze dźwignąć dwa kajaki, cała furę wszystkich "drobiazgów" i dojść do skarpy, z której roztacza się widok na Szadowo. Widać, że robi wrażenie.
A potem zajęcia z udzielania pierwszej pomocy - w tej grupie wyjątkowo, aż 12 osób zaliczyło kurs z najwyższymi notami. Zajęcia ze służbami porządkowymi i oczywiście nocne pozoracje wszelkiego rodzaju wypadków. Ognie, okrzyki, wydaje się, że chaos, mnóstwo ludzi potrzebujących pomocy. I kiedy z soboty na niedzielę grupy przechodziły przez most linowy nad rzeką, kiedy transportowały poszkodowanych, kiedy udzielały im pierwszej pomocy, było widać, że coraz lepiej dają z tym sobie radę, że widzą swoje umiejętności, ze są razem i że w tym wszystkim jest ogromnie, logicznie poukładany sens. Kiedy wsiadali do autobusu odjeżdżając do Malborka, wszyscy mieli na sobie podkoszulki, czuli, że są Przyjaciółmi, że pragną się spotkać nie tylko na Przystanku Woodstock, że przełamali swoje opory, że nauczyli się wielu rzeczy, że przeżyli przygodę. Wszystkie te kilkadziesiąt wspólnie spędzonych godzin nauczyło nas, że działania wspólne dają ogromną satysfakcję przy wykonywaniu wszelkich zadań, przy budowaniu czegokolwiek, przy rozwiązywaniu wszelkich problemów. A w związku z tym, co się wydarzyło 2 kwietnia, nabrało to dodatkowego, niezwykle ważnego sensu.
Kolejne 32 osoby otrzymały nasze certyfikaty i są gotowe do pomocy przy kolejnym Przystanku Woodstock.
(Jurek)
Wasze poszkoleniowe opowieści:
Kaza
Witam!
Właśnie wróciłam z wyjazdu pełnego przyjaźni, życzliwości, przygody, wyczynu i nieopisanie dobrego humoru:) Mam na myśli oczywiście szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu.
Po "nowinkach" widać, ze naprawdę Was zaskoczyliśmy drobnym, niewinnym, prima aprilisowym żarcikiem na dzień dobry - (porostu chcieliśmy zdążyć "wkręcić" instruktorów zanim "wkręcą" nas i chyba się udało:))
Rzeczywiście, szybko się zżyliśmy, bo na dworcu niektórzy czekali już od godziny 21 we czwartek, później stopniowo zjeżdżali się kolejni uczestnicy. Ja dotarłam do Malborka koło wpół do piątej rano i spotkałam już 9 czy 10 osób oczekujących, jak ja, na szkolenie.
Usiedliśmy razem przy stoliku, trochę się zapoznaliśmy. Wychodziliśmy na każdy przyjazd pociągu w oczekiwaniu na resztę naszej ekipy. Kiedy już byliśmy w komplecie i Remkowi udało się nas znaleźć, wyruszyliśmy na niesamowitą przygodę. Nie brakowało potu, wysiłku, zmagania się z własnymi słabościami, ale także współpracy, uśmiechu, dobrego humoru i tej specyficznej dla WOŚP-u atmosfery, w której każdy czuje się, jakby nagle znalazł się na innej planecie. Planecie, gdzie każdy myśli o drugim człowieku, ma świadomość, że jeżeli nie da z siebie wszystkiego, to zawiedzie grupę, że może liczyć w każdej chwili na ogromne wsparcie (bez względu na to, jak jest ciężko).
Pierwszy dzień był bardzo męczący, ale efektem naszego wspólnego wysiłku i wzajemnego wsparcia były najpiękniejsze CZERWONE KOSZULKI POKOJOWEGO PATROLU. Na tę chwilę czekałam już od dawna, aby móc założyć tę właśnie koszulkę, aby stać się częścią tej niesamowitej grupy. Teraz jestem bardzo dumna z tego, że mogę współtworzyć Pokojowy Patrol, jestem również niezmiernie wdzięczna mojej wspanialej grupie "skaczących kineskopów" ("była plama, nie ma bluzki, bo ta woda jest od Ruskich") za wsparcie, doping i słowa otuchy w drugi dzień szkolenia na punkcie Geografa i Krawca (którym oczywiście również wielkie DZIĘKI!!!).
Na szkoleniu działo się mnóstwo ciekawych, potrzebnych, odprężających (głównie psychicznie;)) rzeczy. W grupie czerwonej od początku było bardzo fajnie. Nasz lider - Gaweł - starał się z pomocą reszty grupy o naprawdę fajną atmosferę i udało się!!! W GRUPIE SIŁA!!! Miałam poczucie, ze jestem częścią jakiejś całości, że wszyscy są tak samo potrzebni i tak samo wspaniali - i nadal tak uważam, mimo tego, że rozjechaliśmy się do domów rozsypanych po calutkiej Polsce. Długo nie mogliśmy się rozstać, a przez to, że żegnaliśmy się wszyscy na peronie w Malborku, ekipa podążająca do Krakowa i Warszawy pomyliła pociągi ICC i wsiedliśmy do pociągu gnającego w kierunku Gdańska/Gdyni. Także tu, bez pomocy Patrolowców moglibyśmy mieć niemałe problemy. Misiek (który czekał z ekipa z Koszalina na inny pociąg) zadzwonił do nas i powiedział, że zdaje mu się, iż nasz właściwy pociąg właśnie podjeżdża na stacje. W pierwszej chwili pomyśleliśmy o tej informacji jak o nieco spóźnionym prima-aprilisowym joku. Po chwili okazało się to rzeczywistością. Po opłaceniu biletów na przejazd ICC z Malborka do Tczewa wysiedliśmy w tym ostatnim. Bilety na pociąg do Wawy mogliśmy wymienić tylko w Malborku. Trzeba było tam wrócić, tak też zrobiliśmy. W tej chwili pomoc na zasadzie "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" zadziałała po raz kolejny. Nie mieliśmy w większości pieniędzy, które wydaliśmy na bilet powrotny. Na szczęście 2 osoby poratowały całą 7-osobowa grupę. Osoby z Krakowa, które straciły jedyne porządne połączenie, postanowiły udać się z 4 Warszawiaków do stolicy, przespać tam noc i w poniedziałek wrócić do domu. Tak tez zrobiliśmy. Na stacji w Malborku spotkaliśmy jeszcze 2 Patrolowców (wspominałam, że ciężko nam było się rozstać) - Jaśka i Maćka, którzy czekali na późniejszy pociąg do W-wy. Oczywiście pojechaliśmy razem. Jutro planujemy zabrać 3 Krakowiaków do Fundacji i pokazać siedzibę, w której na co dzień rozgrywają się różne sytuacje, ustalenia, pojawiają się kolejne pomysły na doskonalenie organizacji kolejnych Finałów i przystanków Woodstock oraz szkoleń dla kandydatów na Patrolowców i ich instruktorów.
Te trzy dni to z pewnością kilkadziesiąt nowych twarzy, nowych znajomych, fantastyczne wspomnienia, nowe umiejętności i radość z tego, że można być trybikiem wspomagającym cały mechanizm ogromnej maszyny jaka jest Fundacja WOŚP!!!
Jeszcze raz wielkie dzięki dla wszystkich instruktorów i świeżo upieczonych Patrolowców za wspaniale spędzony czas!!!
Pozdrawiam
KaZa :))))
Bartek:
Cześć!!!
No i pierwsza w miarę wolna chwila po powrocie ze szkolenia. W domu byłem niby wcześnie, w porównaniu z innymi osobami, bo już w niedzielę wczesnym wieczorkiem, ale spotkanie z rzeczywistością po trzydniowym (prawie zupełnym) odłączeniu się od świata zewnętrznego (mnogość i różnorodność zajęć zrobiły swoje) nie było ciekawe, tak więc dopiero teraz miałem czas na krótką refleksję, którą chciałbym się z Wami podzielić.
Kiedy pierwszy raz wsiedliśmy do autobusu w Malborku, byliśmy osobami (w większości) obcymi sobie, za to po trzech dniach spędzonych wspólnie żegnaliśmy się jak starzy znajomi. To pokazuje jak wspólny wysiłek może związać ludzi.
Oprócz tego przeżyłem kilka rzeczy, których być może nie będzie mi dane przeżyć ponownie. Siedzieć w wodzie to mi się najwcześniej zdarzyło 1 maja i to też nie jest normalne, ale po szkoleniu tą datę musze przesunąć o miesiąc (jak tak dalej pójdzie to zostanę morsem ;-). Podobnie z lepieniem bałwana. Rozumiem, że zima w tym roku przyszła późno, ale wiosna też rozgościła się już na dobre (co było doskonale widać, bo pogodę mieliśmy przepiękną) a my tu mamy ulepić bałwana. Jednak udało się i tak jak wszyscy przyjechaliśmy tak i odjechaliśmy razem. No i działania nocne. Tu kolejne zaskoczenie. Po nieudanej akcji na skrzyżowaniu pokornie czekałem na ostre potraktowanie a tymczasem kilka krytycznych stwierdzeń od instruktorów wypowiedziane niespodziewanie spokojnym tonem i z uwagi na sytuacje zakończenie ćwiczeń. Przynajmniej tak mi się wydawało. W rzeczywistości czekała na nas jeszcze jedna akcja tym razem już w ośrodku. Ale działanie grupy zupełnie inne. Aż dziw bierze jak wiele można się nauczyć przez niecałe pół godziny. Znów krótkie podsumowanie i czas na ognisko. Wszyscy zmęczeni, ale zadowoleni. Posileni ciepłą kiełbaską wracamy na nocleg. Jednak ilość wrażeń nie pozwala zasnąć i mimo iż rano trzeba wstać na zajęcia z Niebieskimi to rozmowy trwają do wczesnych godzin porannych.
Niestety, jak mówi przysłowie - wszystko, co dobre, szybko się kończy i tak też się stało z naszym szkoleniem. Krótkie podsumowanie, przyznanie nagród i tradycyjna wspólna fotka. My też się żegnamy, wymieniamy kontakty i dzielimy na grupki jadące w określone strony. Nie wszystkim jednak udaje się od razu wsiąść w odpowiedni pociąg. Jednak po tym, co przeszliśmy taka sytuacja to bułka z masłem. Słowa wypowiedziane, przez Remka już w autobusie, że jesteśmy ludźmi, którym jeszcze się coś chce, pozwalają mi wierzyć, że jednak nie wszystko, co dobre szybko się kończy, bo my będziemy "grać do końca świata i jeden dzień dłużej".
Na sam koniec serdeczne podziękowania i pozdrowienia dla wszystkich instruktorów, przesympatycznych Niebieskich a także całej grupy. Trzymajcie się i do zobaczenia.
Bartek "Jasiek" Jaśkiewicz
|
Szkolenie kandydatów na lidera Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 11-13.02.2005
Nowinka Remka:
12.02.2005 14:57
Trwa pierwsze tegoroczne szkolenie!!!
Przywitała nas wiosna, a raczej jej pierwszy powiew. Przywitała nas i grupę kursantów, którzy
więcej »
Nowinka Remka:
12.02.2005 14:57
Trwa pierwsze tegoroczne szkolenie!!!
Przywitała nas wiosna, a raczej jej pierwszy powiew. Przywitała nas i grupę kursantów, którzy przyjechali do naszego Centrum Wolontariatu - Szadowo Młyn na pierwsze w tym roku szkolenie Pokojowego Patrolu. Można by powiedzieć, że to taki ciepły początek nowego roku gdyż ruszamy z nowymi propozycjami dla Was, a szkolenie, które trwa, jest właśnie realizacją tych propozycji. W szkoleniu bierze udział 17 kandydatów do roli instruktora/lidera Pokojowego Patrolu. Jest to tylko niewielka część z pośród wszystkich osób, które nadsyłają do nas maile oferując swoją osobę do przejścia takiego kursu.
Pozostałe osoby to nasi woodstockowi i patrolowi medycy, którzy odbywają pierwszy etap kursu na instruktora BLS/AED (Basic Life Support / Automated External Defibrillator) pod kierunkiem instruktorów Instytutu Ratownictwa Medycznego z Krakowa. Po ukończeniu tego kursu nasi Medycy będą posiadać wiedzę i umiejętności do prowadzenia zajęć z pierwszej pomocy zgodnie z wytycznymi Europejskiej Rady Resuscytacji.
To już niemal tradycja, że pierwsze piątkowe spotkanie z naszym Centrum Wolontariatu kończy się w rzece lub głęboko w lesie - tak było i tym razem.
Kolejny etap to bardzo zaawansowane ćwiczenia na manekinach i nie tylko a także zabawy integracyjne i komunikacyjne prowadzone przez naszych instruktorów.
Szkolenie trwa, i my także trwamy w Rock`n Rollu - pozdrawiamy z Szadowa!!!
(Remek)
|
36. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu Szadowo–Młyn, 19 – 21.11.2004 r.
22.11.2004 17:35
Ostatnie szkolenia w tym roku
W absolutnie zimowej aurze, przy minusowej temperaturze, spotkaliśmy się na ostatnim w tym roku szkoleniu
więcej »
22.11.2004 17:35
Ostatnie szkolenia w tym roku
W absolutnie zimowej aurze, przy minusowej temperaturze, spotkaliśmy się na ostatnim w tym roku szkoleniu Pokojowego Patrolu w Szadowie - Młyn.
Oprócz aury na pewno w pamięci pozostanie udział najstarszego wolontariusza - Patrolowca, 53-letniego Wojtka z Żyrardowa. Otrzymał on od nas na koniec szkoleń tradycyjną nagrodę i uścisk dłoni Prezesa za wytrwałość, determinację, dobry nastrój i ogólną moc przeżyć jaką wniósł w całe to spotkanie (od 10 lat wolontariusz, od 6 lat uczestnik Przystanku Woodstock, w tym roku po raz pierwszy wziął udział w błotnej kąpieli).
Przyjechało 21 osób, jak zwykle bardzo, bardzo różnych, z całej Polski i czekając na jeszcze jednego uczestnika szkoleń, który do nas spóźniony dojeżdżał, uczyliśmy się swoich imion. Po dwóch dniach grupa bardzo się zgrała, poczuła się silna we wspólnym działaniu i z zapałem oczekująca Przystanku Woodstock w 2005 roku.
Same zadania pierwszego dnia trudne, bo w terenie, z przeprawą pontonową, a później mnóstwo zajęć medycznych oraz z zakresu działań służb porządkowych. W naszym centrum atmosfera bardzo gorąca, a to za sprawą fantastycznie działających kominków - było przytulnie i bardzo rodzinnie. Także po raz pierwszy spotkała się tam cała nasza Fundacja, co też było bardzo miłe, bo mogliśmy pokazać na czym polegają zajęcia aż do wręczenia certyfikatów na końcu.
Następne szkolenia odbędą się po Finale, mam nadzieję, że już od lutego, ale terminy podamy dużo wcześniej w Kręciole.
Przy okazji - wielkie dzięki dla naszych instruktorów, których zmieniamy chcąc sprawdzić, jak dają sobie radę ze szkoleniami - dwa miesiące temu spośród Patrolowców wyłoniliśmy kilkudziesięciu kandydatów na instruktorów, którzy przeszli nasze dodatkowe szkolenia. Także ukłony za coraz ciekawsze zajęcia medyczne, widać że wizyta w Pittsburghu bardzo zaowocowała dobrymi wykładami Jacka i Harcerki. W Kręciole reportaż pokażemy w sobotę 11-go grudnia, oczywiście jeżeli żadne kowadło z nieba nie zmieni planów.
(Jurek) |
35. Szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu Szadowo–Młyn, 22 – 24.10.2004 r.
25.10.2004 15:15
Szkolenie I stopnia - za nami!
Spokojnie można napisać, że to szkolenie to znowu coś nowego w Pokojowym Patrolu! Było
więcej »
25.10.2004 15:15
Szkolenie I stopnia - za nami!
Spokojnie można napisać, że to szkolenie to znowu coś nowego w Pokojowym Patrolu! Było to pierwsze szkolenie I stopnia już w całości oparte o nasz Uniwersytet Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Szadowie-Młyn! Przedtem odbyło się już tam jedno spotkanie, ale ono przeznaczone dla instruktorów naszych zajęć w przyszłości, natomiast tym razem Uniwersytet otworzył swoje podwoje dla "czerwonych koszulek" - osób, które dopiero zaczynają swoją patrolową przygodę.
To szkolenie było także pierwszym, na którym cały kurs pierwszej pomocy prowadzili już nasi instruktorzy - wykwalifikowani ratownicy i instruktorzy medyczni, wg stworzonego od podstaw, nowoczesnego i zgodnego z obowiązującymi na świecie standardami programu. Przygotowaniu tego szkolenia i tego programu poświęciliśmy wiele czasu i tak naprawdę trzydziestka osób, która przyjechała w ostatni weekend do Szadowa, może czuć dumę, że była z nami na początku pewnego etapu w patrolowym życiu... :-)
Przyjechali w piątek, od razu popędzili w okolice Szadowa i całe zajęcia zaczęły się od części integracyjnej. Wiele mieliśmy radości z błądzenia po przepięknych terenach wokół naszego Uniwersytetu, zachwycały nas one tym bardziej, że pogoda cudowna i wszystkie barwy jesieni po prostu wbijały w ziemię. Obok tej radości było też nieco irytacji, że tak wiele problemów może sprawić odczytanie mapy czy odszukanie konkretnego miejsca do którego podano azymut, ale... Ale to niesamowicie zintegrowało i zespoliło nasze dwie grupy, bo właśnie tak podzieliliśmy całą 30-osobową ekipę. Marsz z noszami, przeprawy przez Liwę, przedzieranie się przez leśny gąszcz - aż dotarliśmy wszyscy na plac przed nowiusieńkim ośrodkiem Uniwersytetu WOŚP! Tutaj dopiero oficjalnie się przywitaliśmy, przedstawiliśmy, opowiedzieliśmy o tym miejscu, o Patrolu, o szkoleniu... Następnie każdy miał chwilę na szybkie przebranie, przygotowanie - i ruszyliśmy do dalszych zajęć integracyjnych! Trwały one aż do zmroku, było wiele zabawy, ale i mnóstwo zaciętości, uporu i determinacji w pokonywaniu kolejnych przeszkód. Dziesiątki razy nasi kursanci musieli przekraczać opływającą teren Uniwersytetu rzekę Liwę, ale przygotowaliśmy im do tego kilka najróżniejszych przepraw linowych, więc odbywało się to bardzo szybko i sprawnie, każda z grup musiała odwiedzić trzy miejsca w których otrzymywała nowe zadania, a wszystko w atmosferze rywalizacji, którą zapowiedzieliśmy na początku jedna z grup ma okazać się lepsza i zostanie nagrodzona na zakończenie szkolenia!
Po zmroku rozpoczęły się zajęcia teoretyczne, ale Patrolowcy weszli na nie już znając swoje imiona, już zintegrowani, już ośmieleni - doskonale rozmawiało nam się wówczas o ich wrażeniach, oczekiwaniach, przemyśleniach...
Do bardzo późnych godzin trwały zajęcia, oraz od początku dnia następnego. Nie opiszę, bo mnie już tam zabrakło, wariacko wcześnie musiałem wracać do Warszawy.
I powiem Wam szczerze, że żal było opuszczać Szadowo tętniące życiem, pełne niesamowitych wibracji, pełne ludzi uśmiechniętych i szczęśliwych swoją tam obecnością. Szkoda było tracić sobotni wspólny posiłek, z całą nieprawdopodobną atmosferą wspólnoty ze wszystkimi...
Szkolenie zakończyło się w niedzielę rano oficjalnym pożegnaniem i rozdaniem certyfikatów. Certyfikaty także przygotowaliśmy nowe, w orkiestrowo-uniwersyteckiej kolorystyce, z mnóstwem informacji, w które teraz - co kieruję do naszych kursantów na spokojnie wczytajcie się wspominając te wszystkie ważne momenty.
Do zobaczenia na Przystanku Woodstock!!!
(Milkee)
Opowiada Krzysiek Świderski
Nieprzespana noc, zakończyła się o 6;49 na dworcu PKP w Malborku. Razem ze mną, w dworcowej poczekalni było wielu ludzi jadących do pracy z samego rana i czworo młodych uśmiechających się ludzi.
Okazali się nimi Hania, Mateusz, Tomek i Tymek, to oni pierwsi zagadali do mnie, mimo, że wiedzieliśmy chyba od początku, że jesteśmy tu w tym samym celu. Trochę się już na dworcu poznaliśmy, podczas wyjść na papierosa i podczas bardzo komicznie wyglądającej próby uciszenia strasznie chrapiącego starszego pana. W taki sposób, w bardzo miłej atmosferze i mniej sprzyjających warunkach, doczekaliśmy do 9.15 kiedy to pod stację podjechał samochód z serduchem z Fundacji i wysiadł z niego Jacek, Remek i Mikee. W międzyczasie, powoli przybywali kolejni uczestnicy szkolenia, z początku anonimowi, jednakże znakiem rozpoznawczym wszystkich były glany. Zupełnie jakby się wszyscy umówili. Od Remka dostaliśmy termosy z herbatą, z ironicznym uśmiechem dorzucił wtedy lekko, że mogą się nam one przydać. Dostaliśmy też czas na pożegnanie się ze sklepem - każdy kupił papierosy, słodycze i te rzeczy, których nie powinno mu zabraknąć. Jeszcze tylko sprawdzenie obecności i pomarańczowy gimbus pomknął przed siebie.
Droga była bardzo wesoła i mimo lekkiego speszenia nowymi osobami i sytuacją, sam uczestniczyłem czynnie w opowiadaniu czasami świńskich kawałów o zajączkach, niedźwiedziach, jeżykach itp." leśnych zwierzątkach" (przyp. aut. stąd nazwa naszej grupy). Myślę, że każdy też po cichu, zastanawiał się czy dobrze się stało, że jest w tym wesołym autobusie, przynajmniej ja miałem takie wątpliwości...
Niedługo później się zatrzymaliśmy i już czekała na nas ekipa "Kręcioły" z Jurkiem na czele, chwila omówienia zasad, chwila na założenie plecaków, mapa w rękę, kompas, "musicie tam być to tej godzinie", zapanowała konsternacja. Po chwili, jednak wszyscy zgodnie ruszyli wg mapy do punktu nr 1, którym okazał się być wiejski sklep. Dopiero wtedy większość z nas zdała sobie sprawę, że zaczęło się szkolenie Pokojowego Patrolu, to, po co tu przyjechaliśmy, to, czego chcieliśmy.
Droga była długa, ale wesoła. To ona miała zadecydować czy dziś ubierzemy czerwone, patrolowe koszulki. Kilka razy zdarzyło się, że nie wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy, ale udało się. Już w trakcie marszu, otrzymaliśmy zadania niesienia dwóch rannych na własnoręcznie zrobionych noszach, zadanie znalezienia prowiantu, bo jak to powiedział Jurek "jak nie znajdziecie to do wieczora będziecie głodni" :)) , daliśmy rade nie tylko zadaniom. Odniosłem wrażenie, że bardzo szybko się zintegrowaliśmy, poznaliśmy. Większość z nas już wtedy rozmawiała ze sobą jakby się znało, co najmniej miesiąc. Podzielono nas wtedy też na grupy, zależnie od koloru kasku. Okazało się, że jestem w czerwonych i właśnie zaczyna się rywalizacja, ale taka zdrowa. Jeszcze tylko przeprawa przez mosty linowe i jesteśmy w Szadowie Młyn. Oczy przecieraliśmy ze zdumienia, że w środku lasu jest taki piękny ośrodek, Uniwersytet WOŚP. Zdobyliśmy koszulki, częściowo mokrzy, chyba nawet wtedy nie myślałem o głodzie. Od razu z wielką satysfakcją ubraliśmy je na siebie, chociaż jedną nogą poczuliśmy się już Patrolowcami.
Chwilka oddechu i zaczęliśmy zajęcia integracyjne, wyścigi, biegi, zabawy, wszystko po to, żebyśmy się lepiej poznali. Przy okazji zdobywaliśmy punkty dla naszych ekip. Później zajęcia w terenie, wtedy pierwszy raz dostaliśmy w... (_I_). Pot lał się po twarzy i nie tylko. Kiedy biegaliśmy jak oszalali po okolicznych lasach wykonując najdziwniejsze zadania, przeprawiając się przez mosty linowe, wciągając beczki pełne wody, (które dla instruktorów tak nigdy nie były pełne), czy napełniając dziurawe wiadro dziurawym kubkiem, nikt wtedy się nie przejmował ze jest do pasa mokry, do pasa w błocie, wszyscy z wielkim "bananem" na twarzy pokonywali kolejne zadania. Stojąc w zimnej rzece do pasa w wodzie nie zastanawiałem się, że jestem mokry, stałem tam po to żeby pomagać innym się przeprawić, każdy był mokry, bo każdy pomagał...
Zajęcia zakończyliśmy jak już było ciemno. Niektórzy po cichu mówili, że jeszcze czekają nas dziś zajęcia nocne. Siedząc w czerwonych koszulkach w Sali wykładowej, czuliśmy zapachy odchodzące z kuchni. Wiedzieliśmy, że to dla nas. Było pyszne. Tego dnia mieliśmy jeszcze zajęcia z Kulkami, na szczęście teoretyczne. O północy z Maksiem i Leszkiem pojechaliśmy do zielonej szkoły. Tam spaliśmy, przynajmniej mieliśmy spać. Do 3 nad ranem rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie swoje wrażenia z minionego dnia. Cześć z nas po prostu padła na łóżka w "opakowaniu" i do samej pobudki smacznie spała. Byli, też tacy, którzy marzyli o gorącym prysznicu. Wykąpani i szczęśliwi, prowadziliśmy jeszcze długie rozmowy w swoich łóżkach, nawet nie pamiętam, kiedy odjechałem.
O 6.00 pobudka, pół godziny na zebranie ciuchów i odjazd do Szadowa, gdzie 2 godziny dla rozgrzewki rzucały nami Kulki. Śniadanie - pyszne. Ulga, po śniadaniu mamy wykłady z ratownictwa z Harcerką i jej bratem. Ulga, dlatego, że nie mieliśmy ochoty wchodzić do wody tak od rana. Zaraz później mieliśmy okazje skonfrontować wiedze teoretyczną w praktyce. W małych podgrupach biegaliśmy wykonując zadania. Pozorację wypadku u Remka, Trola i Jacka (przepraszamy chłopaki, że zabiliśmy was milion razy :> ), resuscytacja u Kasi Kwidzyn i Harcerki, kolejny wypadek u Badiego i Maksia, transport rannych u Owcy, opatrywanie ran u Leszka i na deser rzuty u Kulek (oczywiście to my byliśmy tymi rzucanymi). Późnym popołudniem, szef Kulek zrobił nam wykład z organizacji imprez masowych. Chwila wolnego, to nas zastanowiło, tak jakby cisza przed burzą, przezornie z czerwonymi zrobiliśmy naradę wojenną. No i nie myliliśmy się, najpierw egzamin z ratownictwa. Większość zdała za pierwszym razem. Niestety nie byłem w tej szczęśliwej grupie, miałem dopytkę u Harcerki :. Kolacja, chwila wolnego, papieros w miłej atmosferze. Zaczęło się to, czego każdy się spodziewał. Akcja Nocna. Zaopatrzeni w świecące bransoletki mieliśmy wyruszyć do lasu, gdzie miały czekać na nas zadania. Organizacyjnie wyglądało to świetnie, szkoda tylko, że nie u nas. Nasi instruktorzy postarali się na 5 z plusem, za zorganizowanie takiej realistycznej pozoracji ataku na konwój z pieniędzmi. Szkoda tylko, że chcąc pomóc ofiarom, jak się później dowiedzieliśmy, zabiliśmy wszystkich dobrych i złych. Sprawdziło się to, co zakładałem, że zgubi nas chaos. Nie potrafiliśmy się zgrać w sytuacji, kiedy ranni krzyczą, wyje syrena, (której nie można było wyłączyć), wiedziałem wtedy jak bardzo potrzebny jest kompetentny lider, który wszystkim pokieruje. Po krótkim omówieniu akcji przez Jurka, mieliśmy ruszyć dalej, bo ukradziono pieniądze w tym ataku na konwój. Idąc po lesie prawie w całkowitej ciemności, w padającym deszczu, wcale nie byliśmy z siebie zadowoleni. Wiedzieliśmy, że kiepsko nam poszła akcja. Dotarliśmy do rozbitego samochodu, tym razem było lepiej, odzyskaliśmy też zrabowane pieniądze. Ku naszemu zdziwieniu to naprawdę były pieniądze. Monety z całego świata w dwóch workach. Każdy ważył chyba ze 30 kg. Musieliśmy je zabrać ze sobą do szpitala polowego, kazano nam zrobić tez nosze dla jednej osoby, którą mieliśmy transportować na tym, co zabraliśmy z ośrodka. W takich warunkach, nikomu nie przychodziło do głowy, w jaki sposób z liny, dętki, belki i beczki zrobić nosze. Kiedy wyprzedzili nas biali, całkowicie byliśmy rozbici. Dotarliśmy jednak do mety. Po małym kryzysie, zaczęliśmy znowu pracować całą grupą i dzięki temu nie poddaliśmy się. Mylił się ten, kto myślał, że to koniec. Z oddali niosła się muzyka. Wchodząc na teren Szadowa, ujrzeliśmy bawiących się instruktorów, ogniska, pole namiotowe. Zrobili nam mini Woodstock w Szadowie. Opatrzyliśmy rany, uspokoiliśmy tych którzy bawili nie tak jak trzeba, zabiliśmy Leszka, a Harcerka z otwartym złamaniem kości piszczelowej sama poszła do szpitala. Okazało się, że jest on po drugiej stronie rzeki. Tam witał nas Badi z dobrze znanym okrzykiem " Nie ma mostów!!!", wiec jeszcze na koniec o 3 nad ranem przymusowa kąpiel. W szpitalu czekali na nas pozostali instruktorzy, Jurek, chłopaki z Kręcioły, którzy byli z nami prawie cały czas. Było omówienie, były podziękowania i było ognisko. Staliśmy tam wszyscy do pasa mokrzy, wszyscy mieli 2 cechy wspólne. Uśmiech i czerwone Patrolowe koszulki naszą dumę, coś, po co tu też przyjechaliśmy. Tej nocy były jeszcze kiełbaski, muzyka, pogowanie i nieliczne kąpiele błotne : real Woodstock. Mało, kto poszedł spać, większość przegadała resztę nocy i dzieliła się swoimi wrażeniami, robiła zdjęcia. O 6 wstaliśmy, bo już Kulki na nas czekały. Łudziliśmy się, że nam odpuszczą. Każdy się chował za kolegów i koleżanki tylko, dlatego żeby go nie wzięli do pokazywania. Mało, komu się udała ta sztuczka i większość z nas fruwała lotem koszącym po rzutach kolegów w niebieskich koszulkach. Żartowaliśmy wtedy, że teraz wiemy, dlaczego nie mają na koszulkach napisu Pokojowy Patrol, tylko Patrol. Zaraz po śniadaniu, napisaliśmy egzamin z zabezpieczenia imprez masowych. Wiedzieliśmy, że kończy się powoli piękna przygoda. Jak masochiści chcieliśmy jeszcze zajęcia, wciągnąć jeszcze jedną beczkę z wodą na górę, jeszcze raz wejść popas do zimnej rzeki i pomagać innym przeprawić się przez rzekę.
Żeby odebrać certyfikat ukończenia szkolenia, każdy z nas musiał zjechać na linie z jednej z górek, na które wbiegaliśmy kilka razy, a raczej wchodziliśmy na czworakach. Myślę, że większość miała stracha lekkiego, przed zjazdem, miałem go i ja. Po odebraniu certyfikatu, trochę zrobiło się smutno. Bo to był już koniec. Jeszcze tylko wspólne zdjęcia, uściski, ogłoszenie wyników. Wygrali czerwoni, jak mówił Remek, o włos. Dostaliśmy koszulki numerowane z wielkim Orkiestrowym serduchem z przodu. Cieszyliśmy się jak dzieciaki, nawet już jadąc na dworzec i całą drogę do domu. Ja się cieszyłem, bo było z czego. Przed pociągiem wypiliśmy jeszcze po "soczku" pod dworcowym sklepem i pora do domu. Żegnaliśmy się, jakbyśmy, co najmniej znali się wiele lat. Nikomu nawet nie przyszło do głowy żeby zdjąć czerwoną koszulkę, dojechałem w niej do samego domu. Nie obchodziło mnie, że jest brudna, mokra i, że ludzie się dziwnie patrzą, byłem z niej dumny i do tej pory jestem. Każdy z nas przeżył piękną przygodę. Preludium do Przystanku Woodstock.
Krzysiek Świderski
Opowieść Ani z Wągrowca
Ania z Wągrowca:
22 października 2004, około 9 wysiadłam z pociągu w Malborku aby rozpocząć przygodę z Pokojowym Patrolem. Wraz ze mną taką przygodę zdecydowało się przeżyć 28 osób.
Autobus zawiózł nas w nieznane, bardzo piękne miejsce w lesie i tam wyruszyliśmy pieszo z mapą, kompasem i kilkoma informacjami co do naszych pierwszych zadań. Szliśmy drogami, dróżkami, a nawet polami z plecakami na plecach i uśmiechem na twarzy zdradzającym podniecenie, zafascynowanie przygodą i lekką obawę przed tym, co nas czeka. W trakcie pierwszych zadań zaczęliśmy się docierać. Zdarzało się, że propozycji było tyle samo, co nas, ale zawsze staraliśmy się znaleźć kompromis. Na placu Uniwersytetu byłam już mokra do pasa po przeprawie przez rzekę, ale dobry humor dopisywał.
Podzielono nas na dwie grupy "białych" i "czerwonych". Znalazłam się w "czerwonych" z którą to spędziłam już czas do niedzieli. Mieliśmy wiele konkurencji sprawnościowych. Już na samym początku musieliśmy się wykazać zgraniem. W grupie mieliśmy wspaniałych facetów, którzy bez zastanowienia rzucali się do rzeki aby pomóc dziewczynom w pokonywaniu przeszkód! Wielkie wam za to dzięki! I już pierwszego dnia nabiłam sobie ogromnego siniaka, który był przez wszystkich potem podziwiany. Piątek zakończył się wykładem, na którym większość przysypiała, ale nie dlatego, że wykład był nudny (ba taki nie był), tylko dlatego, że wszyscy mieli za sobą nocna podróż. Około północy zawieźli nas do Zielonej Szkoły i tam rozpoczęliśmy dalszy ciąg naszej integracji, która trwała, jak się potem okazało, o wiele za długo, bo organizatorzy nie dali nam się wyspać.
Pobudka o 6.00 - masakra. Autobus z lekkim opóźnieniem zawiózł nas do Szadowa i rozpoczęła się zabawa od nowa. Na początek rozgrzewka i zajęcia z samoobrony. Oj bolało! Potem wykłady, śniadanko, wykłady.....i ćwiczenia. W sobotę już nieco lepiej znaliśmy instruktorów i świetnie się z nimi dogadywaliśmy. Mieliśmy rewelacyjne zajęcia praktyczne, które dobrze przygotowały nas do tego co miało się wydarzyć nocą! Wieczorem przeszliśmy test z pierwszej pomocy, większość zdała za pierwszym razem. Po sycącej kolacji przygotowaliśmy się do zadań nocnych, na nasze nieszczęście zaczął padać deszcz, a nasze ubrania i buty były mokre od piątkowych ćwiczeń, ale daliśmy radę lekką obawą i uśmiechami na twarzy wyruszyliśmy do lasu gdzie czekało na nasz wiele niespodzianek!
Kilka pozorowanych wypadków, marsz z naszym liderem na noszach (a było co nieść). Grupa świetnie się dogadywała i wspierała, wtedy wiedzieliśmy już że możemy na siebie liczyć w każdym wypadku. Po kilkugodzinnych zmaganiach wróciliśmy do Uniwersytetu, gdzie czekało na nas jeszcze jedno, chyba najtrudniejsze, zadanie. Daliśmy radę. Nocna przeprawa przez Liwę i znowu wszyscy ociekali wodą. Stałam przy ognisku z ekipą ludzi, z którym znałam się zaledwie od piątku, jednak tak jak byśmy znali się wieczność. Noc z soboty na niedzielę była bardzo krótka, bo spaliśmy zaledwie chwilę.
W niedzielę jeszcze ostatni egzamin i przepiękne zakończenie naszych trzydniowych zmagań. Zjazd na linach ze stromej skarpy - super. Na dole każdy otrzymała certyfikat. Potem została rozstrzygnięta rywalizacją miedzy drużynami, wygrali "czerwoni", ale wydaje mi się, że wszyscy byliśmy wygrani! Wszyscy przeszliśmy przez to samo, jechaliśmy na tym samym wózku, byliśmy tak samo zmoczeni.
Smutno było wyjeżdżać do domu w niedzielę. Wiem, że wiele znajomości przetrwa, wiele się jeszcze rozwinie i rozkwitnie. Mam piękne wspomnienia, aż się łezka w oku kręci, że to już się skończyło. Wielkie dzięki instruktorom, Jurkowi i wszystkim zaangażowanym w to szkolenie!!!!
|
Szkolenie kandydatów na liderów Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 1-3.10.2004
Inauguracja szkoleń - Szadowo Młyn
Po wakacyjnej przerwie ruszyły pierwsze zajęcia Pokojowego Patrolu w naszym Centrum Wolontariatu Szadowo - Młyn. Tym
więcej »
Inauguracja szkoleń - Szadowo Młyn
Po wakacyjnej przerwie ruszyły pierwsze zajęcia Pokojowego Patrolu w naszym Centrum Wolontariatu Szadowo - Młyn. Tym razem zaprosiliśmy kandydatów na instruktorów, którzy razem z naszymi już funkcjonującymi instruktorami przeszli dwudniowe, intensywne szkolenia. Ekipa, która je prowadziła to nasz stary znajomy, czyli Gołąb i jego ludzie z Adventury Squad.
W piątek, tuż po przyjeździe do Malborka, jak równy z równym, "starzy" i "nowi" instruktorzy ruszyli do zajęć. Na początek długi marsz z buta, a później mnóstwo niespodzianek, które dwie grupy bardzo sprawnie i dzielnie pokonywały. Cały czas obserwowaliśmy wszystkich uczestników szkolenia pod kątem ich przyszłej pracy z tymi, którzy się zgłaszają do Pokojowego Patrolu. Pogoda doskonała, deszcz lekko mżył, zwłaszcza wszelkie przeprawy przez rzekę dostarczały mnóstwa wrażeń. Można powiedzieć, że ze śpiewem na ustach mijał piątek, sobota i tradycyjne zajęcia w środku nocy.
Wszyscy uczestnicy spotkania mają za sobą Przystanek Woodstock, niektórzy liderowanie swoim grupom, sprawdzenie się w konkretnych sytuacjach. Jeszcze raz przypomnieliśmy całą wiedzę związaną z udzielaniem pierwszej pomocy i zajęcia te doskonale poprowadzili Harcerka i Franc.
Ale coś, co pozostanie na długo w pamięci wszystkich, to pobyt a naszym nowym miejscu, które już na pełny gwizdek odpaliło i przyjęło prawie 40 osób, oferując im niezwykle miły i smaczny pobyt. Jedliśmy śniadanie, a później późna kolacja, wszystkim bardzo podobał się nasz dom i wszyscy zadbali o porządek, za co serdecznie dziękujemy. Naprawdę z dumą patrzyliśmy, jak dużo zrobiliśmy, jak dużo się zmieniło od momentu, kiedy po raz pierwszy stanęła tutaj naszą nogą. Jest to coś, co, mamy nadzieję, pozostanie na długie, długie lata jako wyraźny ślad tego, co możemy razem zrobić jako Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
Będziemy jeszcze w ciągu sezonu 2004/2005 przeprowadzali podobne kursy dla instruktorów. Wystarczy zgłosić się do nas, wyrazić taką chęć, mieć już za sobą Przystanek Woodstock oraz czas i ochotę do pracy z ludźmi. Następne szkolenie Pokojowego Patrolu już w najbliższy weekend i od tego momentu regularnie, co 2 tygodnie, chcemy je prowadzić jak najczęściej.
(Jurek)
Bardzo ważne szkolenie
Droga nr 7, z Gdańska do Warszawy... Znam ją bardzo dobrze, odcinek między Ostródą a Warszawą pokonywałem setki razy... Kawałek drogi przed Płońskiem widzimy wypadek... Auto wbite dachem w drzewo, obok przyczepka, a na jezdni masa porozrzucanych śmieci... W aucie Troll, Lukas, Violetka, Ania z Burzą Loków i ja... Decyzja natychmiastowa, zatrzymujemy się na poboczu, podchodzimy do auta... Wygląda makabrycznie, miejsca dla pasażerów z tyłu praktycznie zgniecione razem z dachem auta... Nikogo tam nie było... Przestrzeń kierowcy i pasażera z przodu nie ruszona, nic nikomu się nie stało. Pomogliśmy postawić samochód na kołach, poradziliśmy, żeby na drodze wystawić trójkąt ostrzegawczy i pojechaliśmy dalej.
Całe zdarzenie miało miejsce wczoraj, wracaliśmy z Szadowa, ze szkolenia dla instruktorów Uniwersytetu WOŚP, w którym wzięło udział 20 osób, które odpowiedziały wcześniej na rozesłane przez nas listy. Było to szkolenie, które tradycyjnie łączyło zajęcia integracyjno - surviwalowe z elementami udzielania pierwszej pomocy. Przeznaczone było dla przyszłych instruktorów, więc to co w terenie - zdecydowanie cięższe! Było nas na tym spotkaniu razem 25 osób, część takich, co to już jako instruktorzy lub jako liderzy grup miały możliwość przywdziania żółtej koszulki, a część zupełnie nowych, wybranych z tych, które napisały do nas że w takiej właśnie roli się w Pokojowym Patrolu widzą.
Szkolenie poprowadził Gołąb wraz ze swoją ekipą z firmy Adventura, przygotowali dla nas mnóstwo zadań, ćwiczeń, konkurencji, wszystko zaczęło się już od piątku rana długim marszem do Szadowa. 25 osób to nie jest dużo, ale podzieleni zostaliśmy jeszcze na dwa kilkunastoosobowe zespoły, które miały ze sobą raz to rywalizować, raz to współpracować. Zwłaszcza podczas wszystkich pozoracji, które co jakiś czas przerywały nam kolejne zajęcia i biegiem rzucaliśmy się do pomocy poszkodowanym. Dwa dni wspólnego bycia właściwie dzień i noc to bardzo dużo czasu żeby się wzajemnie poznać, ocenić, zbliżyć i sprawić, aby wszystko trybiło jak należy, kiedy zaczynamy coś robić razem. Było to widać w trakcie kolejnych zmagań, jak z zadania na zadanie wszystko zaczyna dziać się sprawniej, szybciej, skuteczniej. Przy tym instruktorzy Adventury cały czas pilnie obserwowali każdego z nas, bo przecież tutaj właśnie mieliśmy wyłonić przyszłych instruktorów Uniwersytetu WOŚP.
Nie jestem w stanie policzyć, ile razy przekraczaliśmy rzekę Liwę. Oczywiście nie przy pomocy mostów, tylko normalnie, po dnie, w ubraniu, w butach, a dokoła chłód, mżawka i ogólnie lekki dół z pogodą. Ale co tam w ubraniu, tego przecież niemal pozbyliśmy się wiążąc wielką, długą "ciuchową" linę (no i w sumie wyszła bardzo, bardzo długa), a że za rzeką właśnie wtedy zdarzył się kolejny "wypadek", to pobiegliśmy tak, jak staliśmy, na pomoc. W samej bieliźnie. Oczywiście, mostów brak...
Kilka przepraw zdarzyło się po najróżniejszych mostach linowych, ale to też nie takie proste, zwłaszcza, kiedy na drugą stronę należy przeprawić poszkodowanego na noszach. Zazwyczaj kończyło się po pas w wodzie, za to pozorant bezpiecznie i sucho lądował na drugim brzegu. Nawet tak popularne na naszych szkoleniach zadanie jak wyścig grup na nartach - deskach przyniósł ogromną ilość emocji, a dziś nikt nie może powiedzieć, że instruktorzy każą robić coś, czego sami nigdy nie robili...
Tradycyjnie, nie mogło zabraknąć szkolenia z pierwszej pomocy przedmedycznej. Przypomnienie najważniejszych wiadomości i całą masę pozoracji przygotowali nasi patrolowi specjaliści medyczni - Harcerka, Franc i ich ekipa, która poza tymi momentami normalnie przechodziła z nami wszystkie przygotowane przez Adventurę atrakcje. Te pozoracje bardzo pomogły przypomnieć sobie mnóstwo rzeczy i nabrać pewności siebie. To one spowodowały, że tak szybko i bez wahania zatrzymaliśmy się przy wypadku, kiedy ze szkolenia wracaliśmy. To wielki sukces, zresztą nie jedyny, tego szkolenia. I każdego, które dla młodych ludzi w ramach Pokojowego Patrolu organizujemy. Przełamać bariery, zmobilizować do działania, spowodować, by kolejna osoba zaangażowała się do robienia czegoś dla innych ot tak, za zupełną darmochę.
Nie jest moim celem zagłębiać się w szczegóły czy chronologiczny zapis zdarzeń. Ciężko mi zarazem oddać to wszystko, co działo się w naszych duszach kiedy byliśmy tam, w Szadowie, przez te dwa dni. Najbardziej czuło się to pierwszego wieczoru, już po wszystkich zajęciach, już po "oficjalnej" części, kiedy siedzieliśmy w pięknej, zabytkowej, piwnicznej salce, przy kominku, w blasku ognia, rozmawialiśmy, śpiewaliśmy, cieszyliśmy się każdą spędzoną tam chwilą. Z większością z tych ludzi nie widziałem się od Przystanku Woodstock, a tęskno bo przyjaciel choć daleko, choć w zupełnie innym i często zakręconym świecie, to jednak przyjacielem jest i coś jest takiego w nas, że ciągniemy ku sobie, czekamy na spotkania i cieszymy się nimi jak dzieci. A i sceneria taka a nie inna, wokół nas Szadowo-Młyn, doskonałe miejsce i na takie zajęcia jak przez cały dzień, i na takie spotkania jak to wieczorne, a przecież wielu z nas w to miejsce już włożyło wiele swojej pracy, inni dopiero zaczną spotkania z Pokojowym Patrolem w Uniwersytecie WOŚP.
Dla mnie to wszystko ma w sobie pewną magię, która tworzy się gdzieś tam w sercu każdego z nas i poczuć jej siłę, poczuć jej ogromną pozytywną energię jest czymś tak bardzo fantastycznym i radosnym, że nie pozostaje mi nic więcej, jak tylko napisać do Was - chcesz się przekonać o czym mówię, przyjedź na patrolowe szkolenie.
W stronę wszystkich organizatorów szkolenia kieruję ogromne, ogromne dzięki!!! Przeżyłem niesamowite dwa dni, długo we mnie zostaną i wspominać je będę bardzo często w oczekiwaniu na kolejne spotkanie, kiedy do Szadowa przyjedzie 50-tka osób i włoży czerwone koszulki z napisem "Pokojowy Patrol" po raz pierwszy.
Dzięki raz jeszcze!!!
(Milkee)
|
32. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 11-13.06.2004 r.
14.06.2004 11:46
I znowu ciężkie szkolenia
Pogoda nas nie rozpieszczała w ten weekend. Od ulewy po upalny gorąc. Ale to nie przeszkodziło,
więcej »
14.06.2004 11:46
I znowu ciężkie szkolenia
Pogoda nas nie rozpieszczała w ten weekend. Od ulewy po upalny gorąc. Ale to nie przeszkodziło, aby spotkać się z sześćdziesięcioma ochotnikami do Pokojowego Patrolu.
Bardzo dużo osób się do nas zgłasza, dlatego zdecydowaliśmy się powiększyć grupę o 10 osób. Tym razem, na tle w pełni już zazielenionych drzew, rozpoczęliśmy w sobotę działania w terenie. Było trudno, ale jak zwykle wszyscy z pogodą ducha pokonywali wszystkie punkty, a wieczorem dostali naprawdę woodstockowe zadania. Na czym one polegają? Na tym, że kiedy wydaje się, że już jest koniec, że można odpocząć, że już się nic nie wydarzy, to właśnie wtedy krótka informacja musi poderwać wszystkich do boju. I nie ma siły, trzeba to wykonać. Tak też było teraz. Klasyką już na naszych szkoleniach jest nocny marsz z poszkodowanymi na własnoręcznie wykonanych noszach. Ponieważ już czujemy się jak w lecie, było ciepło, niebo długo, długo nie mogło się mocno ściemnić, więc marsz przedłużyliśmy i utrudniliśmy. Trzeba było dojść do "szpitala polowego" i to dojść przez las. Wszyscy dotarli zmęczeni, zadowoleni, bo czekało na nich ognisko, jedzenie i picie. Można odsapnąć, usiąść, "ranni" grzeją się przy ognisku, można rozmasować barki, nogi, ręce. Aż tu nagle... No właśnie, dopiero teraz zaczęły się wieczorne zajęcia o krótkim tytule - są poszkodowani, trzeba ich jak najszybciej umieścić w szpitalu, rozpoznać co im jest, ugasić pożar samochodu, dotrzeć do poszkodowanych w pomieszczeniu, rozdzielić wszystkim zadania i zrobić to jak najszybciej. Wszyscy stoją na miejscu do którego dotarli, na polu dzieją się różne historie, rwetes, krzyki, latanie, i tylko rzeka oddziela naszych Patrolowców od miejsca wypadku. Krótkie polecenie i kilkadziesiąt osób rusza na drugą stronę. Całe zadanie trwało ponad godzinę, ale jego efektem jest opanowanie zdarzenia i przetransportowanie wszystkich poszkodowanych na noszach, drabinach, deskach, na rękach, na drugą stronę Liwy, do "szpitala polowego". Krótko mówiąc - nikomu to na sucho nie wyszło. I kiedy już naprawdę zaczęliśmy piec na grillu kiełbasę, jeszcze cały czas wszyscy byli w pogotowiu, bo nie wierzyli, że to już koniec zajęć.
Jak zwykle, nie do końca wiedzieliśmy, co ci ludzie robią na co dzień, jakich są przekonań, jakiego Boga kochają, jak mają na imię. Jednak to w niczym nie przeszkadzało, aby poczuć, że są jednym dobrze działającym, patrolowym organizmem. Wiedzą, po co przyjeżdżają, co ich czeka i co ich czekać będzie.
Tak więc już 2560 osób ukończyło nasze kursy.
(Jurek) |
31. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 7-9.05.2004 r.
10.05.2004 18:17
Utonęliśmy w błocie...
Takiej pogody na szkoleniu Pokojowego Patrolu nie pamiętam. Ostatni raz tak wielką wodę z nieba przeżyliśmy na
więcej »
10.05.2004 18:17
Utonęliśmy w błocie...
Takiej pogody na szkoleniu Pokojowego Patrolu nie pamiętam. Ostatni raz tak wielką wodę z nieba przeżyliśmy na Baraniej Górze, w czerwcu 2001 roku, gdzie przeżyliśmy totalne wręcz załamanie pogodowe podczas nocnego marszu, po wejściu na szczyt, kiedy spadł na nas deszcz przemieszany z gradem. No i zdarzały się deszcze podczas szkoleń nadmorskich, ale... Żeby przez całe trzy dni i noce, właściwie non stop z nieba lała się woda? Koniec świata...
W piątek jeszcze tak bardzo pogoda nie przeszkadzała, właściwie cały dzień trwały wykłady prowadzone przez naszych przyjaciół z Polskiego Czerwonego Krzyża z Bielska Białej. Wykłady rozpoczęły się w szkole w Barcicach, gdzie do końca szkolenia nasi kursanci nocowali, ale już od obiadu zajęcia odbywały się jak zawsze - w Zielonej Szkole w Brachlewie. Nie zabrakło, oczywiście, przerywnika w postaci wstępnych integracyjnych zajęć przygotowanych przez "żółtych" instruktorów Patrolu, ale główne atrakcje przygotowywane były na dzień następny. Tak więc, kiedy dojechałem w piątek późnym wieczorem, zastałem całą grupę kursantów na sali wykładowej, wszyscy już w czerwonych koszulkach, twarze lekko zmęczone (większość z nich podróżowała w nocy, tak by na rano być w Malborku, skąd ich odbieraliśmy), ale nastroje pozytywne, czuć było wielką energię, która odkładana była na to coś, co ma ich spotkać dnia następnego.
Sobota od rana ulewna. Pobudka o nieludzko wczesnej godzinie odbyła się za sprawą Badiego, dość sprawnie zapakowaliśmy się wszyscy do autokaru i ruszyliśmy do Brachlewa. Tam najpierw dalsza część wykładów (pamiętajcie, że trwa także kurs pracy służb porządkowych na imprezach masowych), a po śniadaniu - cała szkoleniowa ekipa zameldowała się w Szadowie.
To był początek zmagań surviwalowo-integracyjnych. Jurek i Remek przywitali wszystkich, po czym wyjaśnili po kolei wszystkie zadania. Pierwszym była przeprawa przez rozlewisko rzeki Liwy, zaraz obok młyna. Każda grupa dostała do dyspozycji dwie ogromne opony, trochę sznurków i żerdzi, oraz kajak. Korzystając z tego wszystkiego miała przeprawić się na drugą stronę rozlewiska Liwy. Trzeba było zbudować tratwę i w kilku kursach przewieźć wszystkich po kolei na drugą stronę. Wcześniej jeden z kajaków miał przeciągnąć wzdłuż rozlewiska linę, wzdłuż której później płynęły trawy. O ile z tą liną nie było większego problemu, o tyle z przepłynięciem tratwami już gorzej. Niektóre grupy bez wahania wchodziły po pas do wody, inne starały się spokojniej, wolniej, ale przede wszystkim sucho znaleźć się na drugiej stronie. Bo dzień wietrzny, chłodny i deszczowy. Na samym początku akrobacje kajakowe źle skończyły się dla jednej z załóg, która wieczorem w Brachlewie musiała suszyć dosłownie wszystkie części swojej garderoby.
Koniec końców, wszystkie cztery grupy, nazwane i oznaczone kolorami czerwonym, niebieskim, żółtym i zielonym - znalazły się z powrotem w okolicach Młyna. Stamtąd Remek kierował ich na kolejne punkty, z czego najwięcej emocji wzbudziło zadanie przygotowane przez strażaków z Ochotniczej Straży Pożarnej z miejscowości Trzciana, zaraz obok Szadowa. Każda z grup miała za zadanie ubrać wybrane 4 osoby w stroje strażackie, następnie połączyć i przygotować sprzęt gaśniczy (czyli węże, specjalne rozdzielniki i sikawki), ustawić się jak najbliżej wbitych w ziemię palików i przewrócić jej strumieniem wody pod dużym ciśnieniem. Okazało się, że profesja strażaków to tak jak wszędzie - wymaga naprawdę sporego doświadczenia i przygotowania. Patrolowcy toczyli wielkie boje z wężami strażackimi i z wodą, której siłą zmuszała ich co i raz do przyjęcia pozycji siedzącej lub nawet leżącej. Jeśli ktoś do tej pory, po przejściu poprzednich zadań, był suchy, to tutaj prawie na pewno kwalifikował swoje ubrania do wieczornego suszenia.
Te poprzednie zadania to przede wszystkim przeprawy przez Liwę na dwa sposoby - albo przeskok na wiszącej linie, czyli tzw. metoda Tarzana, albo przeciągnięcie się po linie rozwieszonej w poprzek - czyli tzw. leniwiec. Jedna i druga metoda tylko bardzo dobrze współpracującej grupie dawała możliwość przejścia suchą nogą, więc mnóstwo osób tutaj właśnie lądowało w wodzie. Zaraz potem były tzw. syzyfowe prace, czyli zadanie wciągnięcia beczek z wodą (niesamowicie ciężkich) pod górę, po zabłoconej i śliskiej ścieżce. Nie lada sztuka... A deszcz lecący cały czas z nieba nie pomagał ani trochę... Dalej most Żaby - gdzie na dwóch rozpiętych obok siebie linach trzeba było niejako "przeczołgać się" na drugą stronę wąwozu.
Remek także prowadził punkt z prostymi zadaniami integracyjnymi, a przejście wszystkich zajęło naszym Patrolowcom czas do obiadu.
Na zakończenie jeszcze przygotowaliśmy dużą pozorację wypadku samochodowego, z płonącym żukiem i z interwencją OSP z Trzciany i PSP z Kwidzyna.
Patrolowcy wracali do Brachlewa zmarznięci, mokrzy, zmęczeni i głodni. Mimo tego śpiewali, krzyczeli, śmiali się, tryskali pozytywną energią. Cała zadyma bardziej ich nakręciła niż do czegoś zniechęciła - patrzyłem na to i po raz kolejny zastanawiałem się nad fenomenem tych spotkań, nad tym, że im więcej niewygód i trudności, tym bardziej ludzie są ze sobą i tym bardziej daje im to radość. Zresztą - sam też tak mam :-)
No nic. Do wieczora okazja na suszenie, chociażby takie ciut ciut (za oknem cały czas szarość i woda) i wykłady, wykłady, wykłady... Także w podgrupach, bo czas wypełniły zarówno zajęcia PCK, jak i sprawy pracy służb porządkowych na imprezach masowych.
W tym samym czasie instruktorzy patrolowi już pracowali nad przygotowaniem nocki. Najpierw trzeba było po całej zadymie w dzień posprzątać, uporządkować i nieco wyczyścić sprzęt. Potem narada, co i jak dalej ma się dziać i do pracy. Tak, aby zdążyć na wieczór i noc.
Założenie było takie, że w tych zajęciach nie ma być już tak mokro jak rano. Tym bardziej, że większość osób i tak wdziała na siebie te ledwo co podsuszone rzeczy z rana. Po godzinie 23:00 autokar, już o wiele mniej rozśpiewany i rozkrzyczany, ale też i nie zupełnie cichy, ruszył do Szadowa. Nie dojechał jednak na miejsce... Jakieś 2 km przed młynem stanął w środku lasu, gdzie na Patrolowców czekał Remek i Jurek z ekipą Kręcioły. Początek zabawy - każda grupa musi dostarczyć do szpitala, który mieścił się we Młynie, jedną osobę poszkodowaną. Oczywiście, trzeba zbudować nosze, udzielić pierwszej pomocy... Tymczasem do młyna dowiezieni zostali wybrani przez grupy Patrolowcy, którzy w dalszej części akcji mieli prowadzić centrum dowodzenia. Od razu zaczęli swoją pracę, najpierw zbierali informacje z przebiegu transportu poszkodowanych, grupy meldowały o radioaktywnych świecących punktach (czym był uszkodzony i płonący transformator), zapomniały jednak o zgłoszeniu osoby szukającej rozpaczliwie w środku lasu swojego kajaka. No i sporo zamieszania wprowadziła taśma z napisem "Objazd"...
Kiedy wreszcie grupy z noszami dotarły do młyna, znalazły się nagle w samym środku Przystanku Woodstock. Grała głośna muzyka, wokół działy się najróżniejsze mniej lub bardziej pożądane historie, a centrum dowodzenia wydawało pierwsze polecenia. Osoba poszkodowana w lesie, nielegalnie rozbite namioty, bójka na parkingu, próba koncertu na pojemnikach na śmieci, oblężenie centrum dowodzenia przez gapiów i łowców autografów. Spore zamieszanie, hałas, harmider, ale... Pamiętajcie, że to było szkolenie I stopnia, nikt z tej ekipy w charakterze Patrolu na Przystanku nie był. Mimo to udało się dość sprawnie pracę grup ułożyć i wszystkie nasze niespodzianki momentalnie zostawały przez Patrol neutralizowane. Cały czas padała z nieba woda, cały czas było zimno i mokro...
Podsumowując wykonanie zadań wytknęliśmy sporo błędów, ale podkreślaliśmy, że wszystkie zadania zostały wykonane, patrolowe grupy dotarły wszędzie na czas, gdyby dziś pracowali na Przystanku, to impreza przebiegałaby spokojnie i bezpiecznie. Efekt wielki i ważny, a później rozprężenie, ognisko (choć w deszczu), gorące kiełbaski, w tle muzyka z Przystanku Woodstock i okazja, żeby już na luzie porozmawiać, wymienić się wrażeniami, także lepiej poznać.
Wróciliśmy do Barcic, było bardzo późno, wszyscy zmęczeni, ale nie poszliśmy od razu spać... W małym gronie, ale... Mury runęły...
Niedziela to końcówka wykładów oraz spotkanie pożegnalne. Wręczyliśmy wszystkim stosowne certyfikaty, podsumowaliśmy całe spotkanie i pożegnaliśmy się mówiąc "do zobaczenia na Przystanku Woodstock". Z wielką radością, z okrzykami, z uśmiechem...
I już się tego letniego spotkania nie mogę doczekać.
Pozdrawiam!
(Milkee) |
30. Szkolenie Pokojowego Patrolu - VII szkolenie II stopnia Szadowo-Młyn 23-25.04.2004 r.
26.04.2004 16:14
Szkolenie za nami
To było o tyle nietypowe szkolenie, że musieliśmy połączyć dwie "idee" spotkania. Z jednej strony - było
więcej »
26.04.2004 16:14
Szkolenie za nami
To było o tyle nietypowe szkolenie, że musieliśmy połączyć dwie "idee" spotkania. Z jednej strony - było to pierwsze w tym roku szkolenie II stopnia. Czyli takie, na którym mieliśmy przypomnieć podstawowe wiadomości z zakresu pierwszej pomocy przedmedycznej oraz pracy służb porządkowych (dla tych, którzy dość dawno byli na swoim pierwszym szkoleniu), a także takie, na którym mieliśmy przyjrzeć się tym, których wyróżnili nasi instruktorzy na poprzednich spotkaniach. Przyjrzeć się na okoliczność poszukiwania kandydatów na nowych liderów grup Patrolu na zbliżającym się wielkimi krokami kolejnym Przystankiem Woodstock.
Jednym słowem - dwa szkolenia w jednym, ale wszystko połączone było jednym założeniem - nie może być lekko!
W piątek rano autokar odebrał 50-tkę naszych kursantów i udał się prościutko nad niewielką polankę nad rzeką Liwą, skąd w prześwitach między trzcinami widać było panoramę Prabut. Tam czekały na nich najróżniejsze, mniej i bardziej przydatne przedmioty - ogromne dętki, beczki, sznurki, liny, taśmy, długie gałęzie... Patrolowcy byli właściwie "w pełnym rynsztunku", z całym swoim bagażem, z plecakami, ubraniami, butami, słowem - ze wszystkim. A zadanie mieli pozornie bardzo proste - zbudować sobie z tego wszystkiego co mają przed sobą plus wszystko, co uda im się znaleźć, tratwy którymi będą mogli popłynąć w dół Liwy, w kierunku Szadowa. Wszystko to już w podziale na cztery grupy, którego po raz pierwszy dokonaliśmy zaraz po wyjściu ekipy z autokaru. Napisałem "po raz pierwszy", bo tych podziałów było później jeszcze kilka, tak by maksymalnie często zmieniał się skład grup i wszyscy mogli uczyć się współpracy w dużo większym niż kilka osób gronie. Tak więc grupy już przygotowane, zadania wyjaśnione - zabieramy się do pracy. Mnie przypomniało się szkolenie II stopnia w Załęczu, gdzie podobnie zorganizowaliśmy duży spływ rzeką. No i przez pryzmat tego właśnie patrzyłem na próby stworzenia czegoś, co ma się późnej wraz z kilkunastoma osobami utrzymać na wodzie, a patrząc - w coraz czarniejszych barwach widziałem próby wodowania tratw. Nadszedł czas pierwszej grupy, ekipa Patrolowców dziarsko pchnęła swoją konstrukcję na wodę, ku naszemu zaskoczeniu - po chwili weszli do wody za nią, mocując na górze plecaki i bagaże. Później spróbowali się wdrapać... W sumie udało im się, tylko że pod tak dużym ciężarem tratwa właściwie utrzymywała się minimalnie pod powierzchnią wody, a plecaki, ubrania, kurtki mokrusieńkie... A w czasie budowy tratw nasi instruktorzy delikatnie podpowiadali - źle napompowane dętki... Cóż, trzeba było słuchać...
Generalnie - podobny los spotkał wszystkie cztery tratwy. W efekcie mało komu już pozostał zapas suchych ubrań, większość osób miała przemoczone dosłownie wszystko co na sobie i co w plecaku. A po drodze nasi instruktorzy przygotowali jeszcze jedną niespodziankę, jaką była przeprawa po linie z jednej strony rzeki na drugą. Cztery stanowiska dla czterech grup, lina nisko nad wodą, więc to było kolejne miejsce, gdzie nie dało się nie zanurzyć w wodzie. Z tym, że mało na kim robiło to wrażenie - wszyscy i tak mokrzy. Dzielnie jedna osoba po drugiej przechodzili na drugą stronę, a my, obserwując wszystko z boku, podziwialiśmy wielkie zamieszanie i zmagania Patrolowców na tle coraz bardziej zielonego, pięknego krajobrazu rzeki Liwy.
Przeprawa trwała długo. Wszyscy coraz bardziej zmęczeni, przemoczeni, zmarznięci. Gdzieś pouciekały dziarskie miny, taka głośno obwieszczana pewność siebie, ale pozostało zacięcie w spojrzeniu i ciche zawzięcie się - dam radę!
Z przeprawy jeszcze jakaś godzina spływu pozostała do miejsca, gdzie przygotowaliśmy ognisko. To miał być taki półmetek, okazja do odpoczynku i chwili ogrzania się... Niestety, źle przygotowane i nadwerężone tratwy nie wytrzymały, ciągłe usterki na bieżąco Patrolowcy starali się naprawiać, ale wyglądało to coraz bardziej beznadziejnie. Decyzja - można ostatni fragment drogi pokonać brzegiem. Skorzystały z tej możliwości wszystkie grupy, więc na miejsce ogniska cała 50-tka doszła już na własnych nogach niosąc ze sobą tratwy. A właściwie to, co z tratw pozostało.
Ognisko było de facto zamknięciem tej części szkolenia. Od tej pory już postanowiliśmy kontynuować trasę pieszo, ale przygotowaliśmy jeszcze po drodze, żeby nie było zbyt nudno, mała pozorację wypadku w lesie. A co!
Było już bardzo późne popołudnie, kiedy wszyscy dotarli na miejsce, gdzie czekał już na nich autokar i skąd ruszyli do Brachlewa na obiadokolację. Do wieczora już nie wyjeżdżali z Zielonej Szkoły, szkoląc się w zakresie pracy służb porządkowych na Przystanku. Te zajęcia także przygotowane były pod kątem szkolenia przyszłych liderów Patrolu. Po kolacji - tradycyjnie, udaliśmy się na spanie w Barcicach... Tam "runęły mury"...
Dzień drugi szkolenia. Spać można było długo, dopiero na godzinę 8:00 przewidziane było śniadanie. Jak nigdy na naszych szkoleniach. Z tym, że część osób postanowiła z możliwości snu nie korzystać w jakimś większym zakresie. Przed tym właśnie Patrolowcami zapowiadał się ciężki dzień, bo zaplanowaliśmy atrakcje włącznie z zajęciami nocnymi, czyli kolejna okazja do przyłożenia głowy do poduszki za jakieś dwadzieścia godzin...
W czasie poprzedniego wieczoru w Brachlewie i później w nocy w Barcicach trwało wielkie suszenie wszystkiego. Dosłownie wszędzie, od poręczy schodów do rozpiętych w poprzek pokojów sznurków, porozwieszane były najróżniejsze rzeczy i w efekcie - udało się trochę wszystkie ciuchy podsuszyć. Zajęcia sobotnie miały nie być tak mokre - przygotowaliśmy wokół Szadowa trasę z przeszkodami do przejścia. Tymi przeszkodami był most tybetański, który należało przejść z zawiązanymi oczami, siatka-pajęczyna, którą grupa musiała przejść tak by jej nie dotknąć, następnie zjazd po linie - tzw. tyrolka, była też ścianka wspinaczkowa, był jeden punkt gdzie można było ćwiczyć zachowania służb porządkowych, a w tym wszystkim jeszcze - krótki spływ kajakami. Spływ o tyle trudny, że poziom wody w Liwie wysoki i nurt rzeki bardzo silny. A na króciutkiej trasie wokół naszego Uniwersytetu w Szadowie jest kilka przeszkód do pokonania. No i niestety, kilku kajakom to się nie udało. W sensie tym, że kajak wraz z załogą kończył trasę pod powierzchnią wody... Tak więc znowu mokrzy, znowu zmarznięci. Co niektórzy na nowo wyciskali z wody już prawie suche ubrania... No cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko. Ale wszystkie te trudy odnosiły jeden efekt - bardzo zacieśniała się współpraca pomiędzy wszystkimi. Tym bardziej, że oczywiście przetasowaliśmy grupy. Wspólna niedola jednoczyła myśli, łamała bariery. Jak się okazało - grupa zgrała się wręcz doskonale, a pokazała nam to nocna pozoracja.
Po całej zabawie wokół młyna nadszedł czas na kolejną porcję zajęć z pracy służb porządkowych, potem kolacja, potem znowu zajęcia a potem - wyjazd do Szadowa na ostateczny sprawdzian.
To nie była pozoracja wypadku, a bardziej - symulacja Przystanku Woodstock. Cztery nowe grupy, nowi liderzy, wyłonione centrum dowodzenia. Zabawa polegała na tym, że wokół Szadowa przygotowaliśmy kilka niespodzianek, które przeszkadzały w "umownym" przebiegu koncertu. Centrum dowodzenia miało tak kierować pracami czterech grup Pokojowego Patrolu, by wyeliminować wszelkie zagrożenia i by koncert mógł spokojnie dobiec końca. Liderzy grup i centrum uzbrojeni w radia, do dyspozycji oprócz tego jeszcze tzw. grupa "niebieskich", czyli zawodowa służba ochrony, którą można wezwać do newralgicznych sytuacji. Jurek krzyknął START i wszyscy odsunęliśmy się na bok. Teraz byliśmy tylko obserwatorami pracy Patrolu...
No i od samego początku byłem pod wrażeniem. Odtwarzana przystankowa muzyka (to taka symulacja koncertu), dźwięk komunikatów w radio, biegające dookoła ekipy ludzi w patrolowych koszulkach, wszystko to nieprawdopodobnie przywołało woodstockowe wspomnienia. Po prostu - było identycznie. No i efektywność działań Patrolu bardzo wysoka, od pierwszych naszych niespodzianek, czyli dwóch wypadków na terenie festiwalu, do takich momentów jak nieprawidłowo rozbite namioty, próba wtargnięcia osób postronnych na teren zaplecza czy uporczywe wchodzenie nachalnych dziennikarzy z obiektywem tam gdzie nie wolno - z tym wszystko nasze cztery grupy radziły sobie bardzo skutecznie i - co też bardzo ważne - szybko. Podsumowując blisko dwugodzinne zajęcia nie kryliśmy uznania, ale także wytykaliśmy drobne błędy których należałoby unikać na Przystanku. Bardzo zadowoleni byliśmy z efektów szkolenia, z tego, że tak doskonale udało się te 50 osób zintegrować. Mamy zachowanych kilka kartek z obserwacjami instruktorów dotyczących przyszłych woodstockowych liderów - tym już zajmie się Rada Patrolu przed Przystankiem, ale ja już mogę powiedzieć, że na pewno w tym gronie tegoroczne "żółte koszulki" były.
Po zajęciach nocnych - krótka noc w Barcicach. A dnia następnego już pożegnanie, co z żalem dla wszystkich, ale i radością, bo nasi kursanci także odczuwali, że spotkanie było bardzo, bardzo pozytywne. Nawiązały się nowe kontakty, nowe przyjaźnie... Opowieści nad wyraz pozytywne pobiegły w świat... Zobaczymy się pewnie dopiero na Przystanku Woodstock. Czekać będzie ciężko, ale to już bardzo niedługo, a i milej się zrobi kiedy powspominamy szkoleniowe chwile patrząc na żółty certyfikat ukończenia szkolenia Pokojowego Patrolu II stopnia.
Do zobaczenia w Kostrzynie!!!
(Milkee) |
29. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 26-28.03.2004 r.
27.03.2004 07:56
Kolejne szkolenie - rozpoczęte
To znowu I stopień, czyli 50 osób, które po raz pierwszy pojawiły się na spotkaniu z
więcej »
27.03.2004 07:56
Kolejne szkolenie - rozpoczęte
To znowu I stopień, czyli 50 osób, które po raz pierwszy pojawiły się na spotkaniu z Pokojowym Patrolem. Dojechałem tu, do Szadowa, wczoraj wieczorem i tylko z relacji znałem przebieg pierwszego dnia szkolenia. Ale znacie już doskonale ten scenariusz - rano wszyscy spotkali się na dworcu PKP w Malborku, po czym przejechali autokarem do Brachlewa, gdzie czekała już na całą ekipę załoga PCK z Bielska-Białej. Cały dzień trwały wykłady medyczne, z niewielką przerwą na szybkie zajęcia integracyjne, zaraz potem wszyscy wrócili do sali wykładowej, gdzie spędzili resztę dnia. W międzyczasie do Szadowa dojechał jeszcze Jurek, który przywitał wszystkich i zaprezentował kilkunastominutowy film o 12 latach działalności naszej Fundacji.
W tym momencie - a jest nieludzka godzina 7:40 - rozpoczęły się kolejne wykłady dot. prac służb porządkowych na imprezach masowych, natomiast nasi instruktorzy właśnie wyjeżdżają do Szadowa, by przyszykować dzienne zajęcia integracyjne. Tym razem ma być zupełnie inaczej - ale o tym przeczytacie w kolejnej nowince.
I wiecie, co bardzo mnie cieszy? Że po raz kolejny - nasty? siąty? już - na nasze szkolenie przyjeżdża tak samo zaangażowana, twórcza i mądra młodzież. Wieczór w Barcicach bardzo mocno nas zintegrował i pokazał im (i nam też - po raz kolejny), jak bardzo ważne jest to, żeby ze sobą być, żeby tworzyć grupę, żeby przełamywać dystans i poznawać się nawzajem. W efekcie - dziś rano już byli rodziną, paczką przyjaciół, ufali i wierzyli sobie nawzajem.
A przecież to szkolenie dopiero się zaczyna...
(Milkee)
27.03.2004 18:28
Ratujmy karetkę!
Żeby przetransportować poszkodowanego do szpitala, trzeba najpierw przeprawić go na drugą stronę stawu. Potem trzeba go przenieść przez strumień, następnie dostarczyć do karetki, tę karetkę trzeba przeprawić przez ogromny rów (pamiętacie żuka z pozoracji na poprzednim szkoleniu?), dopiero po tych wszystkich operacjach poszkodowany trafi do szpitala, którego jeszcze w tym momencie nie ma - trzeba go zbudować.
Tak mniej więcej w dwóch słowach można opowiedzieć o tym, co przez pierwszą połowę dnia robili nasi kursanci na kolejnym szkoleniu Pokojowego Patrolu.
Rankiem bardzo wczesnym (7:00 - nieludzka pora) przyjechaliśmy do Brachlewa. Najpierw wykłady i ćwiczenia w pracy służb porządkowych na imprezach masowych, ale zaraz po śniadaniu wszyscy wyruszyli w kierunku nie Szadowa, jak niejeden się spodziewał, ale dalej, w kierunku Ośna i na pobliskie piękne tereny leśne.
Tutaj Jurek, Remek i Jacek tłumaczą zadania. Sytuacja ma się tak, jak wyżej opisałem i teraz praca do wykonania przed Pokojowym Patrolem. Trzeba zbudować szpital, zajmie się tym jedna z czterech grup, przygotować przeprawę przez staw (druga grupa), przygotować przeprawę linową przez strumień (trzecia grupa) oraz przeprawę "karetki" przez głęboki rów (ostatnia, czwarta grupa). Wszystkie grupy mają zdobyć przewidziane przez nas najróżniejsze przedmioty, które mogą im pomóc w wykonaniu zadania, złożone one są jeszcze gdzie indziej - trzeba po nie pójść i się nimi podzielić - tak, żeby każda grupa miała to, co jej właśnie będzie potrzebne.
Grupy się rozeszły, a ja zacząłem obserwację. I powiem Wam szczerze, że w wielu momentach zadziwiony byłem bardzo. Przede wszystkim ogromnym zamieszaniem i brakiem zdolności decydowania w grupach. To jednak jest prawda, że z jednej strony właśnie w grupie jest siła, że w pojedynkę nic się nie zdziała, ale z drugiej - jeżeli grupa nie ma lidera, który umiejętnie pokieruje jej pracą, to i najsprawniejsza ekipa nie rozwiąże najprostszych problemów.
To liderowanie dziś dopiero zaczęło się kreować, w praniu - czyli podczas wykonywania kolejnych zadań. Było tak, jak na Przystanku: grupa nie wybierała sobie zadań, tylko musiała robić to, co jej narzuciliśmy. Jedni musieli w ciepłych i suchych warunkach budować szpital, a inni przeprawiać poszkodowanego przez staw, wchodząc czasem po pas do zimnej wody. To nie są ćwiczenia!!!
Kulminacją dnia był sam moment przeprawy "karetki", przy której w efekcie pracowało wszystkich 50 osób, a która... Wjechawszy na zbudowany most - runęła bokiem w dół rowu. Leży tam cały czas... :-) Ale jeszcze odegra swoją rolę na tym szkoleniu.
Tych kilka godzin zmagań z najróżniejszymi przeciwnościami i warunkami pogodowymi bardzo zmieniło podejście tych młodych ludzi do siebie. Czasem jakiś konflikt, czasem dłuższa dyskusja, ale powoli w każdej grupie pojawia się osoba, która potrafi wpłynąć na innych, pokierować ich pracą.
Zobaczymy, jak to będzie wieczorem. Teraz trwają zajęcia teoretyczne, czyli wykłady medyczne, ale jest też czas, aby podsumować wszystkie wydarzenia, żeby wyciągnąć wnioski...
Bardzo jestem ciekaw, jak to wszystko będzie wyglądało wieczorem... Przygotowania trwają...
(Milkee)
29.03.2004 14:21
Dwa wypadki w nocy
Był taki moment po sobotnich zajęciach integracyjnych na szkoleniu Patrolu, kiedy miałem wrażenie, że nieco popsuła się atmosfera. To znaczy - taki ,a nie inny przebieg zajęć, a potem ich podsumowanie, sprawiły, że trochę pogorszyły się nastroje naszych kursantów. Ale może to tylko złudzenie, bo trwały wtedy wykłady PCK i nieuchronnie zbliżał się egzamin, a to zawsze niesie ze sobą stres i narastające napięcie.
Zresztą to była tylko taka chwila, później gdzieś ten cień uciekł, a Zielona Szkoła w Brachlewie napełniła się wesołym gwarem grup, które właśnie ćwiczyły "praktykę" udzielania pierwszej pomocy.
Potem nadszedł czas próby - testu medycznego, a po nim... Zarządziliśmy wyjście na zajęcia nocne. To taki najważniejszy test podsumowujący wszystkie elementy całego szkolenia - integrację, pracę w grupie, pracę liderów grup, pierwszą pomoc, pracę służb porządkowych... Podobnie jak przed dwoma tygodniami, oddaliśmy kierowanie wszystkim działaniami całkowicie w ręce Patrolowców. Czyli wyznaczony został lider całości, który miał do dyspozycji czterech liderów czterech grup i tak musiał kierować ich pracą, żeby sprawnie i szybko poradzić sobie z akcją ratowniczą w przygotowanej przez nas pozoracji.
Zainscenizowany wypadek wydarzył się kilka kilometrów za miejscowością Ośno, gdzie doszło do niebezpiecznej kolizji malucha, z którego uciekło kilku poszkodowanych tuż przez wybuchem i pożarem auta. Patrolowcy dojechali na miejsce w momencie, kiedy samochód stał w płomieniach a wokół leżeli bardziej i mniej ranni poszkodowani. Rzucili się na pomoc, tak więc za moment każda ranna osoba miała obok siebie ratowników, a w całej akcji przeszkadzali cały czas miejscowi gapie i szukający sensacji fotoreporterzy. Trochę rozsypała się organizacja akcji, miałem wrażenie, że te cztery grupy zaczęły działać bez koordynacji, zresztą osoby w nich wymieszały się bardzo, ale efekt był konkretny - wszyscy poszkodowani mieli udzieloną pomoc. W międzyczasie lider wezwał pomoc i na miejscu po chwili pojawiła się ekipa Straży Pożarnej z Kwidzyna, która zajęła się mocno już wtedy płonącym samochodem. Cała akcja trwała kilkadziesiąt minut, po czym nastąpiło jej podsumowanie i wskazanie najpoważniejszych błędów. Oczywiście - podziękowaliśmy bardzo gorąco za pomoc strażakom, po czym wszystkie grupy musiały z rannymi ułożonymi na przygotowanych przez siebie noszach udać się do szpitala. Miał się on znajdować w tym samym miejscu, co leżący w rowie żuk...
Kawałek do przejścia to był. Zwłaszcza, jeśli niesie się nosze z nie najlżejszym poszkodowanym... Tak więc nasi instruktorzy, którzy czekali na Patrolowców przy żuku, wymarzli potężnie, zanim doczekali się pierwszy błysków świateł latarek i pochodni między drzewami.
Grupy dotarły do żuka, leżącego przez cały czas w rowie, z którego wydobywał się gęsty dym, języki ognia i wołanie rannych o pomoc. Dwie pierwsze grupy... niewzruszenie przeszły obok i poszły dalej... Zgłupiałem... Lider główny gdzieś zniknął... Po chwili kursanci zorientowali się, że chyba mają do czynienia z kolejnym wypadkiem i ruszyli z pomocą. Ruszyli cztery razy, trzy razy odpuszczając sobie w połowie akcji. Moje zdumienie nie miało końca... Kiedy w końcu udało się poszkodowanych wynieść z auta, opatrzyć i wezwać pomoc - było bardzo późno. Nasze podsumowanie nie mogło być pozytywne - organizacja grupy rozsypała się całkowicie, zamieszanie i wszystko niszczący chaos zapanowały wszędzie, nikt już później nie widział, kto w jakiej grupie jest, czym się która grupa zajmuje i w ogóle - co się dzieje dookoła. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy coś innego spowodowało taki rozsyp wszystkiego... No szkoda...
Ale na pożegnalnym ognisku już na spokojnie omówiliśmy wszystkie błędy. A potem - odpoczynek, chwila wytchnienia i koncert... zespołu Dżem, emitowany z projektora na frontowej ścianie młyna w Szadowie - niesamowite wrażenie na mnie to wywarło. Po minach naszych kursantów widziałem, że na nich też...
Do Barcic dotarliśmy już nad ranem... Na sen mieliśmy niecałą godzinę... Niektórzy nie spali w ogóle...
A dnia następnego - rano jeszcze końcówka zajęć i egzamin z zadań służb porządkowych na imprezach masowych. Po niemal całkowicie nieprzespanej nocy - to było wyzwanie dla Patrolu, ale - nikt nie mówił, że będzie lekko. Zresztą nikt nie narzekał, tylko twarzach widziałem grymas zmęczenia, a przecież na Przystanku Woodstock bywa podobnie, to szkolenie jest więc doskonałym wstępem.
Po egzaminie - spotkanie pożegnalne, wręczyliśmy certyfikaty ukończenia szkolenia i pożegnaliśmy się słowami - do zobaczenia na Przystanku Woodstock. Mamy wielką nadzieję, ze z cała pięćdziesiątką spotkamy się w Kostrzynie, tym bardziej, że przeszli tu na tym szkoleniu ciężką szkołę, że dostali w kość i że - mimo wszystko - stanowią doskonałą grupę która na pewno sprosta naszym przystankowym wymaganiom.
Do zobaczenia więc...
(Milkee)
Wasze mailowe opowieści
Asia z Nidzicy:
Sie ma !!!!
No i po szkoleniu! Jeszcze miesiąc temu, pamiętam jakby to było wczoraj, koleżanka Ania opowiadała mi o swoich przeżyciach, wrażeniach, poznanych ludziach na pierwszym w tym roku szkoleniu Patrolu. Jak tylko do mnie dotarła niebieska koperta z czerwonym serduchem, nie zastanawiając się zbyt długo, pomknęłam na pocztę wysłać zgłoszenie. No i w końcu jest, jadę, załapałam się. Pełna obaw przybyłam na Nidzicką stację myśląc - teraz już nie ma odwrotu! I co - niespodzianka, okazało się, że na szkolenie jedzie też kolega Bartek. Kiedy dotarliśmy do Malborka już z daleka dostrzegliśmy zorganizowaną grupę z Wrocławia. Na wielu twarzach widać było zmęczenie podróżą ale przecież to dopiero początek! Nadeszła oczekiwana 9.15 wsiedliśmy do autokaru nie wiedząc do końca co nas czeka. Dojechaliśmy na miejsce i cóż, zaczęło się, szesnaście godzin kursu PCK, zajęcia z "niebieskimi" i w końcu - sobotnie zajęcia w plenerze. Punktem kulminacyjnym całego kursu był wypadek, gdzie musieliśmy się sprawdzić i pokazać, jak bardzo jesteśmy zorganizowaną grupą, czy umiemy ocenić sytuację i pomagać sobie nawzajem oraz słuchać siebie a czasem rozumieć bez słów. No i cóż nie wypadliśmy rewelacyjnie. Może wzięło się to z tego że nie do końca poważnie potraktowaliśmy tę sytuację, choć przez cały czas Milkee powtarzał: to nie są ćwiczenia to się dzieje naprawdę. No nic, choć nie wyszło, jesteśmy bogatsi o pewne doświadczenia i teraz, kiedy na Woodstocku natkniemy się na podobne sytuacje, wybrniemy z nich. To była lekcja, z której z pewnością coś wynieśliśmy, zadziałała jak kubeł zimnej wody na wiele indywidualności na tym szkoleniu. Patrząc na wszystko z dystansu widzę, że mieliśmy nauczyć się najważniejszego - pracy w grupie, wzajemnego zaufania, bo bez tego grupa nigdy nie będzie funkcjonowała sprawnie. I tak naprawdę dopiero w niedzielę, kiedy znaleźliśmy się już na stacji w Malborku zmęczeni, niewyspani, poczuliśmy, że jesteśmy grupą, nie jesteśmy już sobie obcy, jest coś co nas łączy i tak naprawdę to tylko koniec szkolenia - chociaż szkoda, a za kilka miesięcy znów się spotkamy, odnowimy znajomości, powspominamy i pośmiejemy się z tego, co było i zaczniemy działać, tym razem mam nadzieję, że sprawniej bo w końcu to już nie będą ćwiczenia.
Z pewnością nie zapomnę ogniska, gdzie już wszyscy całkiem na luzie wspominaliśmy co było, oglądaliśmy wyświetlony na ścianie młyna koncert Dżemu - to była magiczna chwila, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
To szkolenie to był strzał w dziesiątkę.
Teraz, kiedy siedzę przy komputerze, jestem w szoku, dostaje maile od ludzi, ze zdjęciami, pozdrowieniami a nawet ktoś rzucił propozycję, żebyśmy się wszyscy spotkali i odświeżyli znajomości przed Woodstockiem. Ja jestem za, tylko ciekawe jak pozostali??
Korzystając z okazji chciałam podziękować Koziołkowi i Badiemu za to, że byli i sprawiali że na wielu twarzach pojawiał się uśmiech mimo zmęczenia - momentami wymiękałam przy was. No i jeszcze ukłony w twoją stronę Milkeego za nocne śpiewanki. Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.
Z CHECIĄ WYKUPIĘ PATENT NA WECHIKUŁ CZASU!!!!!PROPOZYCJE PROSZĘ KIEROWAĆ: asiaasienka@op.pl |
27. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 12-14.03.2004 r.
12.03.2004 11:49
Szkolenie ruszyło
Wczoraj dłuuugo jeszcze rozmawialiśmy, śpiewaliśmy, cieszyliśmy się z kolejnego spotkania na kolejnym szkoleniu nowych Patrolowców. Za to dzisiaj
więcej »
12.03.2004 11:49
Szkolenie ruszyło
Wczoraj dłuuugo jeszcze rozmawialiśmy, śpiewaliśmy, cieszyliśmy się z kolejnego spotkania na kolejnym szkoleniu nowych Patrolowców. Za to dzisiaj rano... Ech, to było bardzo ciężkie rano... Ale nie ma taryfy ulgowej, o 9:15 czekała na nas na dworcu PKP w Malborku grupa blisko 50 kursantów - trzeba było być punktualnie.
Tak więc szybkie śniadanko, w międzyczasie szybkie przywitanie z instruktorami PCK z Bielska-Białej, którzy dojechali bardzo późną nocą i nie wszyscy mieli okazję ich wtedy w naszych progach powitać...
Dla mnie osobiście to wielka radość spotkać się znowu z tymi wszystkimi ludźmi. Z niektórymi widzę się tylko kilka razy do roku, z innymi - regularnie na każdym szkoleniu, ale ze wszystkimi czuję niemal rodzinną więź i po prostu uważam ich za fantastycznych ludzi. Mówię o tym, bo to właśnie w tym zespole teraz zaczynamy razem pracować, szykując kolejne zadania dla kursantów. W takiej atmosferze praca daje naprawdę mnóstwo satysfakcji i wydaje mi się, odczuwają to młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają na nasze szkolenie...
Jakże niesamowicie rozśpiewana grupa do nas przyjechała. Geograf, jeden z naszych instruktorów, śpiewem i żartami rozbawił cały autobus, a ja z przyjemnością obserwowałem pierwsze kontakty ludzi, którzy przyjechali tu z całej Polski i w sumie znają się dopiero kilkanaście minut. Cały czas uśmiechy, otwartość, ogrom życzliwości, która pewnie przerodzi się w przyjacielską więź, bo te szkolenia niesamowicie zbliżają ludzi do siebie. Ale tajemnica tego tkwi w nich samych, w ich ogromnej chęci zdobycia przyjaciół, pomocy innym i poprawienia, choć w małym stopniu, zakręconego świata wokół siebie. Bo taki właśnie jest Pokojowy Patrol.
Dzisiejsza 50-tka kursantów jest teraz na sali wykładowej na dole, gdzie rozpoczął się kurs pierwszej pomocy przedmedycznej. Ten dzień będzie wybitnie medyczny, wieczorem chwila zajęć w terenie i znowu powrót na salę wykładową, gdzie spędzimy czas do baaardzo późnego wieczora.
Czekamy na Jurka, który jedzie tutaj z Żar i który przywiezie bardzo dobre wieści. Ale o tym - w następnej nowince.
(Milkee)
12.03.2004 22:11
Pracowicie - dla instruktorów
Tak to jest ułożone, że pierwszy dzień szkolenia naszych kursantów to niemal w całości zajęcia z instruktorami PCK i nauka udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej. Wiele godzin wykładów, mnóstwo materiału do nauczenia (kto się zaopatrzył w kajet, ten ma bardzo ułatwione zadanie) i tylko w środku dnia krótkie wyjście w teren na zajęcia integracyjne, które w zasadzie są tylko rozgrzewką przed tym, co planujemy na dzień jutrzejszy.
Instruktorów natomiast czeka dziś dzień bardzo ciężkiej pracy, bo przygotowanie tych planowanych atrakcji to ogrom prac, które należy wykonać, ogrom niespodziewajek, które należy przygotować (często własnoręcznie!), zabezpieczyć, sprawdzić...
Zaraz po śniadaniu cała "cytrynkowa" ekipa wyjechała do Szadowa. Najpierw odbyła się narada, zaplanowane zostały wstępnie zasady wszystkich zadań i ich lokalizacja. Bardzo ważne jest, by każdy jak najbardziej zaangażował się w wykonanie swojego zadania, bo tak naprawdę zespół przydzielony do realizacji jednego celu ma nad nim pieczę od samego początku do końca, musi więc odpowiednie stanowisko zbudować, potem przez cały dzień prowadzić w tym miejscu zajęcia, a już po wszystkim - dokładnie posprzątać, by po obecności Patrolu nie pozostał żaden ślad.
Zatem podczas tej narady z grubsza ustaliśmy szczegóły. Następnie cześć ekipy pojechała obejrzeć i dokładnie zlokalizować wszystkie punkty, a pozostali "żółci" (bo tak często mówią na nas "czerwonokoszulkowi" Patrolowcy) musieli skompletować i przygotować cały sprzęt.
Zeszło do obiadu. Przy czym w międzyczasie trzeba było także przygotować rekwizyty do tych, hmm... "rozgrzewających" zadań; znowu więc praca dla kilku osób i jak się tak spojrzy na to wszystko, to każdy z naszej 10-cioosobowej ekipy przez cały czas ma coś do zrobienia.
Po obiedzie podzieliliśmy się znowu: Remek został w Brachlewie z tymi instruktorami, którzy poprowadzili zaraz po jedzeniu zajęcia, hmm... "rozgrzewające", a Jacek z pozostałymi pojechał w miejsce, gdzie jutro odbędą się wszystkie zabawy integracyjne.
No i się zaczęło. Miejsce wygląda mniej więcej tak: kilkanaście minut pieszo od Szadowa, w środku lasu, jest wielki jar. Oba brzegi strome i wysokie, więc przeskakiwanie z jednej strony na drugą, to nie jest zbyt łatwym zadaniem. A w sumie, żeby wszystkie liny przepiąć, zamocować, przewiązać, trzeba się było naskakać kilka... kilkanaście razy z jednej strony na drugą. Każde stanowisko to jedna lub dwie osoby, przy czym najbardziej imponujące wrażenie robi skok zaufania - trzeba będzie po jednej stronie jaru wejść na drzewo, jak się stamtąd spojrzy na dół, to ma się widoczek jak z kilkupiętrowego domu. Czyli wysoko jak cholera! No i nie ma zmiłuj - trzeba skoczyć w dół. Ot tak, po prostu ufając instruktorowi, linie i zainstalowanemu stanowisku.
Zobaczycie jutro jak to wszystko wyszło. Dziś mamy już przygotowane, oprócz skoku zaufania, zadania które nazwaliśmy "waga", oraz "most zaufania".
A resztę zadań przygotować musimy jutro rano (wszystko startuje około 11-tej, więc zrywka rankiem bardzo wczesnym, do przygotowania jeszcze hydraulik, "koło", czy przeprawa; jutro opiszę na czym to polega, bo jak życie znam - doniesiecie naszym kursantom i zepsujecie nam przemiłą niespodziankę... :-)
Uciekłem z miejsca jutrzejszych zmagań, jak tylko zrobiło się ciemno i fuksa miałem wielkiego, bo dojechałem do Brachlewa akurat w momencie, kiedy dotarł do nas Jurek z nowinami z Żar. Jakimi? a zajrzyjcie do poprzedniej nowinki...
Kończą się właśnie zajęcia z PCK i za niedługi czas ruszamy do Barcic.
A jutro pobudka o nieludzkiej porze, bo o... 6:00 rano... Ech, ciężko będzie...
ALE TO NIE SĄ ĆWICZENIA!!!
Do jutra!
(Milkee)
13.03.2004 18:03
Wysokie liny na szkoleniu
I dziś rano już wszystko było inaczej. Waga przewędrowała w zupełnie inne miejsce. Ale to dobrze, w tym jarze naprawdę wygląda to niesamowicie. Most zaufania przestał być mostem zaufania, a stał się zwykłym mostem na dwóch linach - co też w sumie słusznie, bo na tej wysokości i odległości klasyczny most zaufania to byłoby zadanie bardzo trudne. Skok zaufania z kolei pozostał taki jak miał być, czyli bardzo ekstremalny, co miałem okazję poczuć na własnej skórze. O tym za chwilę...
Ale te trzy punkty, które nasi instruktorzy zamontowali jeszcze wczoraj, dziś rano uzupełnione zostały o kolejnych 5, które wymagały po prostu zdecydowanie mniejszego nakładu pracy. Mimo to - wstać musieli o 6:30, dokładnie tak samo jak kursanci w oddalonej o kilkanaście kilometrów miejscowości Barcice.
Te 5 zadań to oczywiście pozoracja przygotowana i prowadzona przez PCK z Bielska Białej, wyglądająca naprawdę realistycznie, następnie "przeprawa wojskowa", na której pracował Tato i gdzie kursanci musieli przedostać się całą grupę z jednej palety na drugą korzystając po drodze z innych palet i z drewnianej belki. Zadanie polegające na przetaczaniu opony to także klasyka, ale dla 8-osobowej grupy sprawia poważny kłopot. Geograf, nasz mistrz który nieprawdopodobnie "rozśpiewał" całe szkolenie, przygotował kilka prostych zadań, z czego najciekawszym było przejście związanych osób z zawiązanymi oczami pod bardzo nisko rozpiętymi linkami. No i została jeszcze przeprawa z noszami, czyli przetransportowanie poszkodowanego na noszach na drugą stronę jaru - to dopiero, przy tej stromiźnie i wysokości zboczy, było trudnym zadaniem!
Obserwowałem dziś od rana cały przebieg zabaw. Takie chyba nie do końca dopasowane słowo "zabaw", bo podejście wszystkich do ich wykonania było bardzo na serio. Obserwując kolejne punkty przypomniało mi się moje pierwsze szkolenie i cholernie ucieszyłem się, że nie zmieniło się przez te lata podejście Patrolowców i ich ogromne zaangażowanie we wszystko, co dzieje się wokół nich tutaj w Szadowie. Po raz kolejny potwierdziło się, że najlepsze wyniki (a na każdym punkcie grupa była oceniana!) uzyskały te grupy, które właśnie starały się myśleć wspólnie i dbać każdy o każdego wzajemnie. Próba podporządkowania sobie całej ekipy przez jednego z nich zawsze kończyło się rozłożeniem działania razem i niestety - taka grupa ukończyć punktu nie mogła.
Myślicie, że po wszystkim było widać po nich zmęczenie? To pokazało się dopiero po powrocie, przed obiadem, w autobusie tryskała z nich ogromna energia i oczywiście - nie zabrakło śpiewu.
A ja już po koniec tych zajęć znalazłem chwilową przerwę i udało mi się skoczyć z mostu zaufania. Kiedy już przedostałem się na stanowisko i spojrzałem w dół, uświadomiłem sobie ogrom swojej głupoty, że sam, z własnej woli targam się na takie przeżycie. Sam skok zapamiętam do końca życia... Ale pragnę też wyrazić ogromny podziw dla tych kilku osób, które przed momentem odbicia się od wysoko zawieszonej belki stoczyły z sobą ogromną, wewnętrzną walkę. Bo nie sztuka dokonać takiego skoku, jeśli nie stanowi on dla nas poważniejszej bariery. Sztuka jest wtedy, kiedy skacze ktoś, kto najpierw musi pokonać bardzo głęboko schowany lęk i obawę, dla kogo jest to naprawdę potężne wyzwanie i potem - wielka satysfakcja, że jednak wola okazała się od strachu silniejsza.
Ja tam miałem cholernego stracha... Ale co tam... :-)
Właśnie trwają ćwiczenia w udzielaniu pierwszej pomocy. Wieczorem - egzamin i zajęcia nocne... O tym przeczytacie już jutro.
Trzymajcie kciuki za naszych kursantów!!!
(Milkee)
15.03.2004 13:44
Szkolenie za nami
No i dopiero teraz mogę zamknąć opowieść o ostatnim szkoleniu, które cały czas w pamięci, które dało tak dużo niesamowitych wrażeń i które będziemy jeszcze dłuuuugo wspominać.
Sobotnie zajęcia "w terenie" zakończyły się z lekkim opóźnieniem, po czym zjedliśmy wszyscy obiad i dalej do pracy - czyli "czerwone koszulki" zostały w Brachlewie na kolejnej partii wykładów, a "koszulki żółte" pojechały znowu do Szadowa żeby po całej "zadymie" posprzątać. Od razu też zaczęliśmy przygotowania do nocnych zajęć, czyli ogromnej pozoracji będącej też podsumowaniem i niejako - egzaminem z całości szkolenia.
Wyjazd na te zajęcia zaplanowany był zaraz po zakończeniu egzaminu PCK - i tak też się stało. Salę egzaminacyjną opuścili ostatni Patrolowcy i już kilka minut później rozśpiewany autobus mknął w stronę Szadowa, a w powietrzu wyczuwało się lekkie napięcie, co będzie dalej. Zabrakło tym razem Geografa, który wtedy już leżał jako nasza pozorowana ofiara wypadku gdzieś we młynie i nie mógł tak zagrzać całej ekipy jak zrobił to poprzedniego dnia.
Zajechaliśmy na skrzyżowanie, kilkaset metrów za Szadowem, gdzie Jurek, Remek i Jacek przywitali wszystkich na zajęciach nocnych. Tym razem wyglądało to zupełnie inaczej - Patrolowcy podzieleni na grupy musieli w tych grupach wybrać swoich liderów, a później - musieli wybrać osobę, która podczas całych zajęć będzie kierowała całością szkoleniowej ekipy. Liderzy i szef otrzymali radia, czyli mieli łączność ze sobą oraz z Jackiem jako "dyspozytorem służb ratowniczych".
No i informacja - w Szadowie jest wypadek. Patrol ruszył i po chwili 50 osób wbiegło na teren naszego Uniwersytetu. Zaczęło się zamieszanie. We młynie dyskoteka i pożar, jedna, uzbrojona w nóż osoba na dachu, wielu poszkodowanych i ogólnie - wielki hałas i harmider. Szef - był nim Nekro - zaczął dysponować czterema grupami. Radio błyskawicznie zapełniło się okrzykami, strzępkami informacji i wielkim bałaganem, upleść z tego informację o faktycznym stanie rzeczy było niezwykle trudno. Ale... Po kilku minutach sytuacja zaczęła się klarować, poszkodowani zostali z młyna ewakuowani. Wydawało się - najkrótsza pozoracja w historii szkoleń. Ale nie - mieliśmy w zanadrzu coś jeszcze. Kiedy zamieszanie we młynie zaczęło ucichać, oczom Patrolowców ukazał się ogromny ogień płonącego malucha, który najwyraźniej przejechał przez rozbite pole namiotowe i wjechał do rzeki. No i ból - bo akcja we młynie jeszcze cały czas trwa, a tu trzeba zająć się kolejnym dużym problemem. Nekro miał zagwozdkę i niemały kłopot z podzieleniem pracującej już swoim rytmem ekipy ratowników. Ale udało mu się, a po dłuższej chwili krzyku i zamieszania na teren zdarzeń wjechał wóz Ochotniczej Straży Pożarnej i pozoracja, która w rzeczywistości była przygotowania na dużą jak nigdy dotąd skalę, została zakończona.
Byliśmy zadowoleni. Egzamin udał się znakomicie, bo pomimo trudnego do uniknięcia w takich sytuacjach zamieszania, udało się udzielić pomocy wszystkim poszkodowanym. Udało się wezwać zawodowe służby ratownicze, udało się ugasić samochód, udało się ugasić młyn. Wszystkie nasze zadania integracyjne, które prowadziliśmy wcześniej, przyniosły pożądany skutek, czyli Patrolowcy pracowali w grupach, dzięki czemu wykonali swoje zadania. A pamiętajcie, że przechodzili taką próbę pierwszy raz w życiu...
Następnego dnia rano jeszcze kończyło się szkolenie pracowników służb porządkowych, po czym zebraliśmy się, tym razem nie w Leśnej Klasie, ale w sali wykładowej w Zielonej Szkole (za oknem siąpił uporczywy deszcz), by wręczyć certyfikaty ukończenia szkolenia oraz podziękować wszystkim uczestnikom i instruktorom za udział w całym przedsięwzięciu.
Przykro się było żegnać. Atmosfera Pokojowego Patrolu jest jednak magnesem niesamowitym, nawiązana w czasie spotkania rodzinna więź teraz będzie wystawiona na próbę, której egzaminem będzie organizowany latem Przystanek Woodstock. Mamy wielką nadzieję, że zgodnie ze swoimi deklaracjami, wszyscy Patrolowcy pojawią się w Kostrzynie. Będziemy na Was czekali z niecierpliwością.
Ja też. Bo już mi brak tego okrzyku - TRAKTOR ORZE! TRAKTOR ORZE! TRAKTOR ORZE, ORZE, ORZE, BĘDZIE ZBOŻE!!!
Pozdrawiam i czekam na maile, opowieści i Wasze reakcje - po szkoleniu.
(Milkee)
15.03.2004 11:01
Od Jurka do Patrolu
Dziękuję zwłaszcza za ostatnie, niesamowite szkolenie. Jeszcze tak rozśpiewanej i pełnej pogody ducha grupy nie było, co zobaczycie w Programie Kręcioła 3 kwietnia, o 10:30. Kiedy to będziecie oglądali, byś może za oknem będzie już zupełnie inna pogoda i dopadną Was zupełnie inne nastroje, bardziej woodstockowe, bo mam nadzieję, że będzie słonecznie i prawdziwie wiosennie. Na tych szkoleniach było deszczowo, ciągle jeszcze zimno, ale w nas też wyzwalacie ogromną, dobrą energię, kiedy widzimy, jak bardzo pokonujecie wszystkie zadania, przeszkody i przede wszystkim - jak bardzo potraficie szybko być ze sobą razem. Pamiętajcie, że Pokojowy Patrol to wspólne działanie, wspólne bycie ze sobą na Przystanku, a dla wielu z Was także na Finale i że w żaden sposób nie chcemy wkraczać w Wasze codzienne, prywatne życie. Wielu z Was kojarzymy tylko z imienia, ksywy, nie do końca wiedząc, co robicie na co dzień. Tych, których ja zapraszam przed kamerę, pytam o emocje, nastrój, swoje oceny tego, co się dzieje. Kompletnie mnie zaskakujecie, kiedy potraficie tak bardzo dojrzale i ładnie opowiedzieć o swoich emocjach. To jest siła później repotrażu, który pokazujemy w Kręciole, gdzie w kilkunastu minutach musimy pokazać te kilkadziesiąt godzin spędzonych razem. Za to wielkie dzięki, a także wielka moja prośba - właśnie w to chcemy się wsłuchać, kiedy korzystacie z Księgi Gości. Odstawcie swoje prywatne spięcia, ponieważ niech ich adresatem będą ci, którzy organizują szkolenia, a więc nasza fundacyjna ekipa i Rada Pokojowego Patrolu. Namiary zwłaszcza do rady są na stronach internetowych i próbujcie właśnie tam kierować swoje wszelkie zapytania dotyczące Waszych osobistych problemów.
Chcemy usłyszeć więcej o tym, co było na szkoleniach, Wy nas też uczycie, jak je planować, jak je przeprowadzać, zdajemy sobie sprawę, że czasu na szkoleniach jest niedużo, a musimy "upchnąć" tu bardzo dużo zajęć. Zwłaszcza tych dotyczących służb porządkowych, których jeszcze rok temu nie było. Wtedy dłuższe byłe zajęcia surviwalowo - integracyjne. Ustawa o zabezpieczeniu imprez masowych narzuca nam konkretne wymogi, które chcemy spełnić, aby impreza doszła do skutku.
Jeszcze raz wielkie dzięki dla tych, którzy przyjeżdżają, którzy tworzą ten niepowtarzalny klimat, a nas najbardziej cieszy to, że tak wielu nowych Patrolowców oczekuje na kolejne szkolenia.
Wszystkiego dobrego i skupmy się na zbliżającym, X Przystanku Woodstock.
Pozdrawiam wszystkich bez wyjątku!
(Jurek)
Wasze poszkoleniowe opowieści
Obaj z Remkiem z ogromną radością czytaliśmy Wasze mailowe opowieści po szkoleniu. To jednak nieprawdopodobnie dodaje skrzydeł, kiedy się widzi, że wkładane w coś serce i zaangażowanie jest zauważane i doceniane przez Was - Patrolowców. Połykając kolejne linijki tekstu wspominałem to nasze spotkanie, do którego tak tęskno, ale też - swoje pierwsze szkolenie, w Mielnie. Bo kilka lat od tego czasu upłynęło, a ja w Was widzę te same emocje, te same reakcje i refleksje - i to oznacza, że nic przez ten czas się nie zatraciło, że ma tak samo wielką, niesamowitą wartość i warto, naprawdę warto poświęcać wiele wysiłku dla takich ludzi jak Wy!
Oto Wasze poszkoleniowe, mailowe opowieści.
(Milkee)
Daniello:
Na początku chciałbym pozdrowić Jurka, instruktorów z GEOGRAFEM na czele i wszystkich szkoleniowców, którzy gdy wsiadaliśmy do pociągu jednogłośnie krzyknęli TRAKTOR..... i "CIUŁAŁA".... To było coś niesamowitego, niektórzy aż wychylili głowę z pociągu :)
Szkolenie było rewelacyjne. Mnóstwo niespodzianek i wrażeń. Po prostu niesamowite szaleństwo. Dzięki Wam nie tylko uzyskałem "papierek" ratownika pierwszej pomocy, lecz coś więcej. Uświadomiliście dla mnie jaka siła dżemie w grupie. Mimo widocznego zmęczenia, na twarzach uczestników widoczny był uśmiech :). A wszystko dzięki instruktorom, którzy traktowali nas na jednym poziomie . Dzięki wspólnej zabawie integrowali nas i uczyli współpracy. Całą grupą można wiele osiągnąć Wszyscy są sobie życzliwi i zdolni do pomocy. Przeszkody jakie napotykaliśmy na szkoleniu indywidualnie nie możliwe do pokonania stawały się niesamowicie proste przy współpracy kolegów i koleżanek z drużyny. Każdy z nas był z innej części Polski, a mimo to nawiązanie kontaktu i nowych znajomości było proste. Wszystkich łączył jeden cel. Wszyscy kierowali się tymi samymi zasadami, którym przyświecała: miłość przyjaźń i ................... Nie żałuję tych 7 godz. spędzonych na peronie i następnych 9 w pociągu. Musze przyznać, że dzisiaj spałem jak niemowlę. Tera już myślę tylko o Woodstock i o ponownym spotkaniu w szerszym gronie. Róbcie takich szkoleń jak najwięcej i zachęcajcie wszystkich. Dzięki za trud jaki włożyliście przygotowanie naszego szkolenia. Zadania i symulacje zorganizowane dały wiele do myślenia. Myślę że mimo bałaganu jaki panował w czasie tych symulacji przygotowaliście nas, byśmy w czasie prawdziwych wydarzeń potrafili zachować spokój i podjąć odpowiednie decyzje. Nauczyliście nas bardzo wiele - dzięki.
Ps. Pochodzę z Suwałk to mała miejscowość, nie było u nas nikogo z PP, teraz jest nas trzech, ale mam nadzieję, że będzie nas znacznie więcej. Namówiłem już kilku znajomych, którzy wkrótce przyślą do was swoje zgłoszenia. Dzięki za dobrą wspólną zabawę i oczywiście CIUŁAŁA...........
Mirek:
cześć!
to ja, Mirek, świeżo upieczony Patrolowiec z piły!!! :) pisze do Was, bo chce żebyście wiedzieli, ze czuje się "szczęściarzem" będąc w tym elitarnym gronie Patrolowców! to w ten weekend!!! (i mówię to z pełna odpowiedzialnością) przeżyłem jedna z największych przygód swojego życia! jestem dumny z Siebie z Was a przede wszystkim z wszystkich pozostałych Patrolowców ze szkolenia w Szadowie!!! ponieważ pokazaliśmy ze WOŚP, Pokojowy Patrol i Przystanek Woodstock to jest cos niesamowitego! ja to nazwałem: "mistrzostwo świata" i nie ma co wiele tłumaczyć, powinno wystarczyć tyle: "wahałem się czy jechać na to szkolenie, i nie przeszło mi to przez myśl ze może mi się zakręcić leska w oku jak będzie trzeba wracać...." a tak naprawdę było!!! a postanowiłem pojechać tylko dlatego ze współpracuje z orkiestra już siedem lat! a od trzech lat robię sztab w Pile! i marzyłem o pobycie na przystanku! i to w roli właśnie "patrolowca"!!! już teraz nie mogę się doczekać jak was spotkam!!! i razem z wami zaśpiewam: ooooooo Ciułałaaaaa!!!!
jeszcze raz dzięki za wszystko!!!!!!
pozdro dla wszystkich INSTRUKTORÓW!!!! ("jesteście zajebisci")
papapapapapa
szczęśliwy Patrolowiec :)
Ania _ Blue:
Przede wszystkim pozdrowionka ze Szczecina!! Po drugie ogromne podziękowania!! A po trzecie to już sama nie wiem od czego zacząć :) Może zacznę od początku (mam tendencję do pisania o wszystkim i o niczym więc jak zmęczy Cię czytanie to spoko możesz przeczytać troszkę i odłożyć na później :))
O tym że trafiłam na to szkolenie przez przypadek już wiesz :) Mówiłam o tym którejś pięknej nocy :). WOSP we Wrocku, ludzie z Patrolu a przede wszystkim niesamowita więź jaka ich łączy i ta atmosfera którą wokół siebie roztaczają a która obejmuje także ludzi z zewnątrz, "obcych"... Ja też byłam taką "obcą" we Wrocku tzn. jako "obca" przyjechałam ale od pierwszych minut czułam coraz bardziej jakbym była jedną z WAS, jedną z tych którzy są w Pokojowym Patrolu... Przez te 4 dni wtedy było ciężko, bardzo ciężko... Mało snu dużo pracy ale człowiek czuł się potrzebny, wiedział że to co robi ma sens. To że się nie śpi, prawie nie je i zamiast spędzać weekend na odpoczynku ciężko pracuje było niczym w obliczu uczucia że ten wysiłek, to poświęcenie wolnego czasu, siły, energii, nie idzie na marne... Wtedy się odkrywa że praca może być źródłem nie tylko zmęczenia ale także przyjemności i to znacznie głębszej i silniejszej niż ta którą daje np. pójście do kina :) Gdy wyjeżdżając z Wrocka usłyszałam słowa - chcę Cię zobaczyć na szkoleniu wtedy pomyślałam czemu nie? Przyznaję nigdy nie byłam na Przystanku, ba nawet nie gdy nie miałam na to ochoty. Ale to się zmieniło... Na szkolenie o mały włos bym nie przyjechała - jakoś pechowo zaproszenie przyszło dopiero w środę tak więc ja już straciłam nadzieję że w ogóle przyjdzie :) Ale przyszło i pojechałam i żałuję tylko jednego... Że już się skończyło... To była lekcja życia... Chyba nie muszę pisać jak wspaniałych ludzi poznałam, może nie ze wszystkimi udało mi się nawiązać bliższy kontakt pewnie byli też tacy z którymi nie miałam okazji nawet porozmawiać niestety... Może to wina braku czasu a może moja a może po prostu tak miało być. Na pewno jednak muszę napisać, że całe szkolenie, mimo iż wyczerpujące, było niesamowitą nie tylko przygodą, ale także lekcją życia...Wciąż wracam myślami do tego, co działo się na szkoleniu, już chyba z tysiąc razy analizowałam naszą akcję ratowniczą... Zastanawiałam się, jak to powinno było wyglądać, jak powinniśmy byli to zorganizować by od samego początku, gdy czas jest tak ważny, nie było chaosu... Jakoś sobie poradziliśmy, nie było ofiar śmiertelnych ale można to było zrobić o wiele lepiej... Ja mogę tylko obiecać, że będzie lepiej, że wiele się nauczyłam, wiele dało mi to do myślenia. Obawiałam się że nie dam sobie rady na szkoleniu... Przy skoku zaufania w pierwszej chwili byłam przerażona i pomyślałam sobie - oj nie Blue, to nie dla Ciebie, spękasz i nie dasz rady. Sił dodało mi to że nie byłam sama, była Ania która bała się tak jak ja a pewnie i bardziej. Gdy tylko zobaczyłam strach w jej oczach to dodało mi odwagi - paradoks nie? Ale przyszło mi tylko tyle do głowy że jeżeli ja pokażę że też się boję i mam motylki w żołądku to ona tym bardziej się podda i nie będzie walczyć... Wytłumaczy się sama przed sobą, że nie tylko ona się boi i to da jej silniejszą motywację by nie skoczyć... Poczułam ze ja nie mogę pozwolić jej na to żeby poddała się... to zabawne ale gdy przekonywałam ją, że to nie jest takie straszne, że jest bezpieczne i ze na pewno jej się uda, to w pewnym sensie było tak jakbym przekonywała samą siebie i to było fantastyczne. A gdy Ania jednak skoczyła - tego się nie da opisać :) Podobnie było przy moście :) Pokonałam połowę trasy na moście i czułam, jak moje ręce zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa... przy 3/4 trasy było naprawdę kiepsko i już pomyślałam, że sobie odpuszczę, w końcu nie wszyscy muszą wszystko zrobić... I wtedy tez pomyślałam sobie o Ani... Przed wejściem na most powiedziałam jej, że ma być dzielna i przejść, bo idę pierwsza tym razem (przy skoku ona skakała pierwsza) i będę na nią czekać po drugiej stronie... No i skoro obiecałam, to musiałam dotrzymać słowa nie? :) Udało się choć było ciężko... Było wiele takich sytuacji w których doświadczyłam czegoś nowego, poznałam lepiej siebie, zrozumiałam więcej... Dzisiaj siedzę z popuchniętymi do granic stopami, już zapomniałam jak wyglądają moje kostki :) Dokuczają mi zakwasy, leczę odciski na rękach i kilka nieciekawych otarć, na siedząco zasypiam w autobusie :) ale choćby nie wiem co, nie zamieniłabym się z nikim. Jestem dumna z tego ze przetrwałam, ze mam swoją czerwoną koszulkę, ze jestem w Pokojowym Patrolu, w wielkiej rodzinie niesamowitych ludzi, otwartych, szczerych, pełnych oddania i wiary w to co robią, poświęcenia dla idei... Już nie jestem "obca" jestem jedną z "WAS" :) Wiem że ta koszulka, symbol PP to kredyt zaufania, którego spłata zależy tylko ode mnie... Okazją będzie najbliższy Przystanek i postaram się to wykorzystać. Wierzę że sobie poradzę i nie zawiodę, będę się starać ze wszystkich sił bo naprawdę jest to warte każdego wysiłku.
Chyba powinnam już powolutku kończyć bo to miał być mail, a nie referat, więc na koniec ogromniaste podziękowania dla kochanych "żółtych koszul"... Byliście i jesteście wspaniali, z jednej strony jesteście nad nami jako instruktorzy a z drugiej strony jesteście z nami jako wspaniali koledzy. Z jednej strony jest pewna hierarchia między czerwonymi a żółtymi, a z drugiej strony jest równość i jedność... Podziękowania także za Waszą pracę przy tworzeniu stanowisk, przygotowywaniu zadań. Za to że dbaliście o nas, nasze bezpieczeństwo i staraliście się przekazać nam jak najwięcej, uświadomić jak ważna jest praca w grupie... I oczywiście dla grupy ratowników PCK i naszych instruktorów chwytów tajemnych oraz zakamarków prawa ;) Nauka przy takich wykładowcach to czysta przyjemność choć niejednemu z nas zdarzyło się przysnąć ze zmęczenia w czasie zajęć ;) Ech tak wiec TRAKTOR? Orze!! I Woodstock tez ZAORZE :) Będzie i Chichuacha i ZBOŻE :) Naprawdę pisać mogłabym duuużo... Mam wiele przemyśleń dotyczących szkolenia, Patrolu i wszystkiego co się z tym wiąże... Ale póki co, buziam mocniasto, ściskam serdecznie i czekam z niecierpliwością na sierpień !! A może by tak jakiś kursik doszkalający dla naszej zwariowanej ekipy? :P
Krejsak:
witam
Sadze ze tytuł mojego maila "Dużo bym dal, by przeżyć to znów; wehikuł czasu to byłby cud" najlepiej odzwierciedla moje uczucia, wrażenia ze szkolenia jakie odbyłem w ten weekend. Po powrocie do domu nie mogłem opisać moich wrażeń, zresztą nadal nie mogę, mówiąc krótko było FENOMENALNIE!!! Wszyscy ci ludzie którzy przyjechali w ten weekend do Brachlewa byli jedyni w swoim rodzaju i niepowtarzalni. Po wyruszeniu załadowaniu się w autokar i wyruszeniu na miejsce od razu wiedziałem, że będzie świetnie i będzie to bardzo udany wyjazd. A do tego Geograf i jego pielęgniarki o których cały czas mówił motywując nas w ten sposób do głośniejszego śpiewania: "Tu tu tu tu tu chiuahau" lub do okrzyku "Traktor Orze, Traktor Orze, Traktor Orze Orze Orze Będzie Zboże". Zresztą wszyscy instruktorzy byli bardzo, bardzo, BARDZO fajni i naprawdę profesjonalnie przygotowani do przekazania nam wiedzy. Sobotnie zajęcia surwiwalowe to dopiero była zabawa, nie zapomnę pierwszego zadania na którym mieliśmy uratować poszkodowanego znajdującego się w leju po wybuchu bomby i jak wszyscy się na początku się kłóciliśmy żeby z każdą minutą a później godziną zgrywać się i tworzyć dobrze współpracującą grupę. Albo Tomek który strasznie bał się przed skokiem z drzewa, Ewelina która cały czas się uśmiechała i dzięki temu wprowadzała cała grupę w dobry nastrój zresztą chyba wszystkich, Osa która podczas "wagi" wybrała mnie na lidera twierdząc, że mam dobre pomysły-dzięki Osa za to, że doceniłaś to, a także reszta grupy z którą podczas powrotu do drogi żartowaliśmy sobie i stwierdziliśmy, że już całkiem nieźle się zgraliśmy i na pewno w tym gronie w następnych zadaniach a na pewno na Woodstocku damy sobie rade. Kończąc już musze stwierdzić (pewnie się powtórzę) ale było świetnie, super, niepowtarzalnie, fenomenalnie itp. itd. Pozdrawiam
Ania:
Witaj.
zboże już jest.
odprałam koszulkę, więc mogę spokojnie usiąść i napisać :) przyszła chwila na refleksje, podsumowanie.. czy coś tam. na szkoleniu zdarzyło się parę bardzo ważnych rzeczy.. przynajmniej dla mnie. i nie pisze tu tylko o skoku czy moście, chociaż - hm.. powiem tak - najważniejsze dla mnie były momenty klęsk. uczucie bezsilności, brak kontroli nad własnym ciałem, szok, dźwięczenie w uszach, duszność to właśnie mi towarzyszyło. pierwszy raz udało mi się zrobić krok dalej. teraz kiedy o tym myślę już nie chce mi się płakać, chociaż myślałam że tak będzie. teraz myślę, że nigdy w życiu nie byłam bardziej usatysfakcjonowana. czuję się pewniej. moment klęski, słabości, braku opanowania stał się dla mnie największym zwycięstwem. ogromny udział miała w tym grupa i instruktorzy - dziękowałam im, ale mam wrażenie że to jeszcze za mało. tobie też dziękuję. jest jeszcze jedna taka cudowna "klęska". klęska egoizmu, klęska braku pokory, klęska lenistwa. w czasie tych 3 dni przychodzą momenty, w których czuję że już dosyć - pierwsze wrażenie wypływające ze zmęczenia, niewyspania. okazuje się, że mogę wytrzymać o wiele dłużej, niż wydaje się temu kusicielowi w mojej głowie, który krzyczy "odpocznij".. dopiero w niedzielę zauważyłam, że na koszulkach które dostaliśmy z tyłu jest napisane "wytrzymałość".. trafione słowo.. w drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną ciekawą rzecz... właśnie chodzi mi o plony ("zboże" niech będzie). około godziny 23 wracałam już ze stacji do domu - niedzielny wieczór, ludzie wracają z "imprez", na ulicy zdarzają się zadymy.. wracam - i teraz czuję, że to był początek. cały czas idąc czułam, że w mojej głowie zapala się czerwona lampka "stan gotowości". rozglądałam się uważnie, i wiedziałam, że jeśli będzie taka potrzeba to jestem w stanie zadziałać. na szczęście nic się nie stało, ale ta lampka zapaliła się nie po raz ostatni.. a skoro już przychodzą mi do głowy metafory, to powiem, że bateria w tej lampce się nie wyczerpie :) szkolenie mnie zmieniło. dziękuje.
Osa:
Do domku dojechałam cała i zdrowa wraz z Mirkiem z Piły. Całą drogę rozmawialiśmy o naszych wrażeniach ze spotkania PP i kursu... Mamy niesamowite wspomnienia, które nie ulecą nigdy... Wysyłając po raz pierwszy mailika do Was napisałam, że moim marzeniem już od dwóch lat było ukończenie tego kursu i wstąpienie w szeregi Pokojowego Patrolu. Spełniło się ono, jedno z wielu, do których będę dążyła w swoim jakże młodym życiu... Będąc w Żarach podziwiałam czerwone koszulki... Postanowiłam, że spróbuję Wam pomoc i tez zgłosiłam się do PP. Te trzy dni dały mi bardzo dużo siły. Zrozumiałam, że potrafię radzić sobie w grupie, mam całkiem sympatyczne stosunki z ludźmi - oczywiście chodzi mi o zawieranie nowych znajomości i kontakty międzyludzkie... Jestem młodą osobą, która pragnie pomagać innym... Znajomi mówią na mnie Matka Teresa z Człuchowa. Więc jeśli Wam się do czegokolwiek mogę przydać to wołajcie mnie, a na pewno się pojawię. Cala impreza jest niesamowita. Jako instruktorzy pokazujecie nam wiele interesujących rzeczy, podpowiadacie, jak mamy się zachować w wielu sytuacjach. Jestem Wam wszystkim za to bardzo wdzięczna. Jeśli człowiek czuje, że ma oparcie w innych, jest mu lepiej i wie na ile go stać i na co może sobie pozwolić pracując w grupie. Moich odczuć nie da się opisać... A może po prostu mam za mały zasób słownictwa. :o) Poznałam świetnych ludzi - zarówno Patrolowców, jak i Was - instruktorów. Kontakt miedzy nami - Patrolowcami wg mnie był świetny. Nauczyłam się wielu nowych, ale bardzo ważnych rzeczy. Przede wszystkim tego, że aby dobrze współpracować w imię dobra poszkodowanych i nie tylko, należy mieć do siebie zaufanie oraz wiarę we własne siły i możliwości. Trening czyni mistrza jak to mówią, dlatego postaram się Was nie zawieść i zrobię wszystko, aby moc spełniać swoje obowiązki i zadania jakie zostaną mi przydzielone na Przystanku Woodstock.
|
26. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 27-29-02.2004 r.
27.02.2004 21:59
Ruszyły szkolenia
Prosto z marszu z Ostródy, po "odebraniu" orkiestrowego mostu, przyjechaliśmy do Brachlewa, gdzie pierwsza 50-tka patrolowców in spe
więcej »
27.02.2004 21:59
Ruszyły szkolenia
Prosto z marszu z Ostródy, po "odebraniu" orkiestrowego mostu, przyjechaliśmy do Brachlewa, gdzie pierwsza 50-tka patrolowców in spe rozpoczęła tegoroczne szkolenia.
Kiedy przyjechaliśmy, właśnie po zajęciach z PCK ruszyły zajęcia w terenie, te najbardziej kochane przez wszystkich "narty", które polegają na bardzo prostej zasadzie - trzeba równo i jednocześnie coś wykonać. Dwunastoosobowej grupie kompletnie to na początku nie wychodzi, ale kiedy jest lider, wszyscy słuchają, mają chęć, ochotę i nagle płynnie ruszają do przodu.
To teraz odnieście sobie to do tego, co się dzieje obok Was, w mniejszej lub większej skali w tym śmiesznym kraju śmiesznych ludzi, jakim jest ten kraj p.t. Polska. Takie zajęcia jednoczą niezwykle, rozgrzewają i powodują, że ludzie zaczynają się poznawać. Potem tzw. belki, przeciąganie lin i... z powrotem na zajęcia.
Połowa z nich była na Przystanku. Jest to niesamowite, że chcieli przyjechać tutaj, wiedząc, że za pół roku będą musieli bardzo ciężko pracować, aby pomagać tym, którzy na Przystanek przyjadą jako jego goście. Część z nich poczuła smak zabawy, koncertu, całego tego kolorowego zdarzenia. A jednak są tutaj, co jest zobowiązaniem do stawienie się latem w...
Ale o tym dowiecie się w poniedziałek, o godzinie 12-tej, na konferencji prasowej, na której opowiemy o wynikach zbiórki i o tym, gdzie, kiedy i dlaczego będzie Przystanku Woodstock.
Jest godzina 22:00, zajęcia trwają, jutro o godzinie 6:00 pobudka i jak oceniamy, to pójdą potem spać za 24 godziny. Bo taki jest Pokojowy Patrol.
(Jurek)
28.02.2004 09:45
Szkolenia dzień drugi
POOOOBUDKA!!! O godzinie 6 rano trzeba było wstać, zebrać graty i przyjechać z powrotem do Brachlewa, gdzie miało czekać na nas śniadanie, przed którym jeszcze krótki wykład PCK. Później chwila relaksu i od razu przykład pomysłowości Patrolowców - są piłkarzyki, są chętni do gry, a z piłką problem najmniejszy - zastąpić ją może choćby pudełko zapałek :-)
Śniadanie już za nami, na dole teraz trwają wykłady, ale nasi instruktorzy są już w Szadowie, gdzie przygotowują zajęcia survivalowe. Za dosłownie pół godziny ze wszystkimi kursantami udamy się tam, a wieczorem szukajcie tutaj opowieści o przebiegu wszystkich zadań...
Rozpoczął się więc na dobre drugi dzień szkolenia Pokojowego Patrolu...
(Milkee)
28.02.2004 17:29
9 zadań wokół Szadowa
To już tradycja naszych szkoleń, że początek drugiego dnia zajmują zajęcia "survivalowe" przygotowane przez instruktorów Patrolu. Właściwie są to zajęcia integracyjne, kiedy kursanci podzieleni na nowe grupy muszą ponownie nauczyć się ze sobą współpracować, przełamać po raz kolejny bariery i nabrać wzajemnego zaufania.
Ziiiimno. Nie taki mróz, jak rok temu na lutowym szkoleniu, ale jednak - bardzo zimno. Nic to - do Szadowa przyjechał rozśpiewany autokar, po czym wszyscy wysypali się tuż obok budynku naszego Uniwersytetu WOŚP (aktualnie w remoncie, ale już latem powinien pracować). Remek, Jacek i Jurek przywitali wszystkich, podzielili na nowe grupy (były mniej liczne niż wczoraj), po czym opowiedzieli o kolejnych zadaniach - kto, gdzie, w jakiej kolejności... Czy są jakieś pytania? Chwila zastanowienia i do góry podnosi się jedna ręka. Słuchamy... "Gdzie odbędzie się Przystanek Woodstock?" A racja, od wczoraj ta nazwa przewija się tutaj non stop, szkolimy przecież służby porządkowe naszego festiwalu, ale unikaliśmy jak ognia tego pytania. Dzisiaj Jurek zadeklarował - dowiecie się, owszem, po wszystkich zajęciach.
Ruszyli. Nasi instruktorzy przygotowali dla nich kilka punktów a na nich: skrzynki, pajęczyna, opona, belka z beczką, most straceńców, kajaki, walec, ślimak, pozoracja i cyrkiel. Te nazwy może niewiele Wam mówią, ale są nazwy zadań, jakie przygotowaliśmy naszym kursantom. Wszędzie obowiązuje jedna zasada - całą grupa musi osiągnąć swój cel razem, każdy musi pamiętać o pozostałych, a lider ma spowodować, żeby wszyscy pracowali grupowo szukając jak najlepszego rozwiązania. To tak samo, jak na Przystanku Woodstock, gdzie podział na grupy nastąpi tuż przed koncertem i od razu trzeba będzie przystąpić do wykonywania zadań. Do tego przygotować mają te właśnie szkolenia i te nasze udziwnione zadania.
Teraz jesteśmy już z powrotem w Brachlewie, przed momentem zjedliśmy obiad, ja wpisuję nowinkę z kolejną porcją zdjęć, a na dole trwają ćwiczenia praktyczne w udzielaniu pierwszej pomocy. Zresztą w czasie zajęć jeden z punktów to była pozoracja wypadku. Tam dopiero okazało się, że przed naszymi kursantami jeszcze dużo pracy i ćwiczeń, na które teraz właśnie nadszedł czas.
Dopiero późnym wieczorem wrócimy do Szadowa, na zajęcia nocne... Ale o tym napiszę już jutro...
(Milkee)
01.03.2004 14:34
Szkolenie zakończone
W całym ferworze przygotowań do konferencji prasowej dopiero teraz mam możliwość wpisania opowieści o zakończeniu pierwszego w tym roku szkolenia Pokojowego Patrolu.
Sobotni wieczór w Brachlewie zakończył się najpierw ćwiczeniami praktycznymi, a później egzaminem pisemnym z zasad udzielania pierwszej pomocy. To już tradycyjnie budzi pewne obawy wśród kursantów, którzy z mniejszą lub większą nerwowością czekają na ten egzamin. Tak było i tym razem, więc już mocno po godzinie 22 pięćdziesiąt osób zasiadło do testów w absolutnej ciszy i skupieniu. Wszystko trwało nie więcej jak pół godziny, po czym nerwowość wyczuwalną w powietrzu przed egzaminem zastąpiło podekscytowanie zbliżającymi się zajęciami nocnymi - zamykającymi właściwą część szkolenia.
Zaraz po godzinie 23 wszyscy Patrolowcy wsiedli w autobus, którym przejechać mieli do Szadowa. Te wygody skończyły się jednak kilka kilometrów wcześniej, w środku lasu, gdzie Jurek i Remek ogłosili pierwsze zadanie - należało jak najszybciej przetransportować poszkodowanego pacjenta do punktu medycznego znajdującego się niedaleko... Szadowa. Każda z czterech grup musiała więc przygotować nosze, opatrzyć poszkodowanego i ruszyć drogą w kierunku naszego Uniwersytetu.
Nie była to wielka odległość, ale dostatecznie ciężko było jednak te kilka kilometrów nieść rosłego chłopaka na sprokurowanych z najróżniejszych gałęzi noszy. Wszystkie grupy dotarły do oznaczonego przez nas punktu po kilkudziesięciu minutach i z wielką ulgą rozłożyli nosze, poszkodowani powstali już w pełni sił a my podsumowaliśmy pracę wszystkich grup. Następnie już wszyscy razem ruszyliśmy w kierunku Szadowa.
Nie przeszliśmy kilku kroków, kiedy dotarł do nas potężny huk. Zaraz po nim następny. Nasi Patrolowcy byli trochę zdezorientowani, ale przyspieszyli kroku, a po chwili ktoś nieśmiało krzyknął - wypadek! - no i wtedy już wszyscy biegiem ruszyli w kierunku, z którego dobiegł hałas. Wbiegliśmy na leśny parking, gdzie z daleko było widać płonący samochód. Maluch wjechał w pole namiotowe, przejechał po jednym z namiotów i ranił kilka osób. Patrolowcy już zdecydowanie sprawniej niż miało to miejsca w ciągu dnia podjęli się udzielania pierwszej pomocy, przy każdym poszkodowanym od razu znalazła się grupa ratowników. Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie, akcja przebiegała niezwykle szybko aż do momentu, kiedy... z kierunku młyna dobiegł do nas kolejny huk. I po chwili jeszcze jeden. To wprowadziło w szeregi ratowników niewielki zamęt - na to już Patrolowcy przygotowani nie byli. Chwila zamieszanie, nikt nie wie, kto ma zostać tutaj, kto udać się do młyna, aż wreszcie ktoś donośnym głosem zakomenderował - dwie grupy zostają na parkingu, dwie migiem ruszają do Szadowa. Po chwili już połowa Patrolowców wbiegła na teren Uniwersytetu WOŚP. Tutaj zastali płonący młyn, z którego dobiegały krzyki poszkodowanych uczestników odbywającej się w środku dyskoteki. Wewnątrz - mnóstwo dymu, głośna muzyka, wielu rannych, których jak najszybciej trzeba było ewakuować z budynku. W akcji ratunkowej niezwykle przeszkadzali pijani imprezowicze, którzy na każdym kroku wcinali się w pracę ratującym Patrolowcom. To wszystko dość mocno rozbiło zorganizowanie grupy, która przestała już funkcjonować jako cztery współpracujące zespoły, ale jako jedna duża i trudna do zarządzania ekipa. Kiedy już praca jakoś się poukładała, do akcji dołączyła druga połowa Patrolowców, która w międzyczasie zakończyła akcję na parkingu. To kolejne kilkadziesiąt osób i kolejna fala zamieszania, dobrych kilka chwil minęło, zanim wszystko się zorganizowało i wszyscy poszkodowani doczekali fachowej pomocy. Dla naszego Patrolu nauka to była duża, zresztą bardzo wyraźnie mówiliśmy to na podsumowaniu zajęć, które nastąpiło zaraz po, na gorąco, kiedy w pamięci były jeszcze wszystkie emocje i szczegóły akcji ratowniczej.
Potem już tylko ta przyjemniejsza część spotkanie, czyli ognisko i niezwykle serdeczna opowieść o Przystanku, kiedy wszyscy już nieoficjalnie jeszcze wtedy usłyszeli o zamiarze zorganizowania festiwalu w Kostrzynie.
Dzień następny - niedziela - to już oficjalne zamknięcie szkolenia. Przedtem jeszcze końcówka z zajęć kursu służb porządkowych (który także trwał przez całe szkolenie), no i zaraz po śniadaniu przeszliśmy wszyscy do Leśnej Klasy, gdzie tradycyjnie ogłosiliśmy wyniki, wręczyliśmy certyfikaty patrolowe, certyfikaty PCK i wszystkie wyróżnienia, a na końcu - podziękowaliśmy wszystkim którzy pomogli w zorganizowaniu szkolenia.
Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie - i powoli nasi Patrolowcy wsiedli w autobus, który ruszył z nimi w kierunku Malborka. Szkolenie się zakończyło.
Nie jestem w stanie opisać zadowolenia, jakie odczuwamy wszyscy po tym spotkaniu. Było to piękne rozpoczęcie tegorocznego cyklu szkoleń, młodzież, która do nas przyjechała, zaskoczyła nas niezwykłym zaangażowaniem i aktywnością włożoną we wszystkie zajęcia. No i atmosfera, bardzo przyjazna, ciepła, rodzinna, budująca niesamowitą więź między nami wszystkimi. Żal było wyjeżdżać z Szadowa i Brachlewa, choć zmęczenie po tym weekendzie dawało się mocno we znaki. Teraz czas oczekiwania na szkolenie następne, które odbędzie się dopiero za dwa tygodnie...
Mam ogromną prośbę do wszystkich, którzy ten kurs ukończyli. Jeżeli macie ochotę - opiszcie swoje wrażenia, spostrzeżenia, emocje i refleksje, a ja postaram się podzielić tymi opowieściami z pozostałymi Internautami. Czekam na Wasze maile - internet@wosp.org.pl
I - mam nadzieję - spotkamy się już niedługo. Na pewno - na X Przystanku Woodstock w Kostrzynie nad Odrą.
(Milkee) |
Spotkanie liderów Pokojowego-Patrolu - Szadowo-Młyn 24-26.10.2003
"Cytrynki" w Szadowie
Dopadała mnie taka myśl od czasu do czasu, że coś jest takiego dziwnego w człowieku, co popchnie go
więcej »
"Cytrynki" w Szadowie
Dopadała mnie taka myśl od czasu do czasu, że coś jest takiego dziwnego w człowieku, co popchnie go wbrew jakiejkolwiek logice do zrezygnowania z ciepłego wypoczynku weekendowego w pieleszach domowych i do wyjazdu w miejsce, gdzie na przykład trzeba wejść niemal po pas do lodowatej wody żeby przepchnąć kajak na drugą stronę kłody leżącej wzdłuż rzeki. Latem, w upalnych promieniach słońca - rozumiem, ale w przeddzień listopadowej szarugi???
Ano coś jest takiego w człowieku. We mnie też coś takiego jest, w związku z tym w piątek, zaraz po opuszczeniu biura, ruszyłem w drogę do Szadowa, na spotkanie liderów Pokojowego Patrolu. Spotkanie, które z jednej strony - miało podsumować pracę Patrolu na Przystanku Woodstock, a z drugiej - mieliśmy przypomnieć sobie, jak czuje się Patrolowiec "po drugiej stronie" każdego szkolenia, czyli po prostu - przeszliśmy specjalnie przygotowane dla nas przez ekipę Adventura (czyli załogę Gołębia) zajęcia i zabawy - podobnie jak podczas patrolowego szkolenia. Podobnie, bo zważywszy na to, że uczestnikami imprezy są liderzy i instruktorzy - odpowiednio podniesiony zostało poziom trudności. Mówiąc jeszcze inaczej - dostaliśmy w kość i kiedy teraz piszę dla Was tę opowieść, czuję ból najróżniejszych partii mięśni i generalne zmęczenie. Ale i niesamowitą radość, bo to coś, co pchnęło mnie do tego wyjazdu, powoduje, że im bardziej jest się obolałym, zmęczonym, i mniej się spało i im więcej zimna i niewygód się odczuło - tym większą satysfakcję i radochę odczuwa się po powrocie. I tym bardziej dobija się ta myśl, że coś jest takiego w człowieku...
:-)
Dotarliśmy na miejsce w piątek późnym wieczorem. My - to znaczy Remek, Owca, Badi, no i ja. W Brachlewie, gdzie nocowaliśmy, była już większość "cytrynek", jak Patrolowcy określają liderów ze względu na kolor koszulek. Z wieloma z nich nie widziałem się od Przystanku Woodstock, który także nie jest dobrą okazją na wszelkie okoliczności "towarzyskie" - bo normalnie nie ma czasu pogadać. Ale współpraca i zgranie tej właśnie grupy ludzi w żółtych koszulkach - to bardzo ważny element pracy całego organizmu patrolowego. I takie spotkanie, jak to w ostatni weekend, pozwala na nadrobienie tych zaległości, daje czas na rozmowę, na wymianę myśli i na budowanie niezwykle ważnego filaru wzajemnych stosunków - zaufania. Piątkowy wieczór upłynął bardzo "towarzysko", było mnóstwo zabawy, śmiechu ale i okazji do pogadania. A że po całym dniu pracy i podróży każdego dopadało zmęczenie - nie był to wieczór długi. W głowie natomiast czaiła się ciekawość, bo kiedy Gołąb odwiedzał Fundację, to zamykali się z Jurkiem na długie rozmowy, gdzie planowali dla nas coraz to bardziej wymyślne zadania. Takie spotkanie odbywało się całkowicie "za zamkniętymi drzwiami", zwłaszcza dla Remka i dla mnie - żebyśmy aby przypadkiem do zgadli, co też dokładnie ma nas w Szadowie spotkać. Tym bardziej pobudzało to moją ciekawość - pamiętajcie, że to właśnie Gołąb pracował i współtworzył pierwsze szkolenia Patrolu, jeszcze wtedy w ekipie Hartona. Dla mnie niezapomniane będzie to pierwsze z pierwszych, czyli "z Patrolem w Mielnie nic nie pierdzielnie...". Cudowne wspomnienia.
Siłą rzeczy - te właśnie wspomnienia powracały kiedy zastanawiałem się, co też wydarzy się dnia następnego - w sobotę. Ten dzień zaczął się od dość wczesnej pobudki i śniadania, po którym wszyscy zapakowaliśmy się do fundacyjnego busa (a kiedy wbiła się do środka 20-ta osoba, to jak żywo przypomniały mi się Wasze opowieści z podróży pociągiem do Żar...) i ruszyliśmy do Szadowa. W Szadowie już była na miejscu ekipa z Gołębiem na czele, był Jurek z załogą Kręcioły, kiedy więc dojechaliśmy wszyscy - od razu szybkie przywitanie, każdy otrzymał osobisty sprzęt - i zaproszono nas do kajaków. Na początku sami musieliśmy dobrać się w pary, ale już z góry zapowiedziane było, że często będziemy się w tych zespołach zmieniali. Bez rywalizacji, ruszyliśmy wszyscy razem, czyli kilkanaście kajaków, ale po raz pierwszy chyba nie był to spływ, ale "wpływ" kajakowy, bo trasa wiodła w górę rzeki Liwy. Jesienne krajobrazy okolic Szadowa - po prostu wbiły mnie w ziemię. Kto tam jeszcze nie był - to tylko mogę zapewnić, że jest to jedno z tych magicznych miejsc, które zachwyca pięknem niezależnie od pory roku i panującej aury. W sobotę rano było cholernie zimno (kiedy ruszaliśmy na trasę, rozlewiska wokół Szadowa już przykryte były cieniutką warstwą lodu), ale koloryt jesienny i sama rzeka, wijąca się przez środek lasu dziesiątkami łuków, zawijasów, z coraz to ciekawszymi okolicami leśnych rozlewisk, wysepek, kiedy przepływaliśmy pod pochylonymi nad rzeką konarami i całymi drzewami - wszystko to zapierało dech w piersiach. Była to naprawdę piękna wyprawa, do momentu, kiedy jeden z tych konarów znajdował się bardzo nisko - na wysokości tafli wody. Ani go opłynąć, ani go przeskoczyć. Pomyślałem sobie - zaczyna się. Bo szkoleniowe wyprawy kajakowe mają jedną zasadę - nie wolno pod żadnym pozorem wyjść na brzeg. Więc dla mnie był to koniec wygód i spokojnego podziwiania krajobrazów, bo wylądowałem po uda w wodzie. A jak już wspomniałem - zimno cholernie i lód kiedy wypływaliśmy z Szadowa. Od tego momentu skazany byłem na mokre spodnie i chlapanie w butach. No i przeraźliwe zimno... Skutecznie kontrowało to estetyczne wrażenia powodowane pięknem okolic Liwy. Za to też od tego momentu mogłem sobie pozwolić na kolejne takie "wyjścia", bo to jednak najgorszy jest pierwszy raz...
Pokonanie zaplanowanej trasy zajęło nam kilka godzin. W trakcie kilka razy zmieniane były pary w kajakach - a cały czas żyła zasada, że nie można zejść na brzeg! Kiedy więc dotarliśmy na miejsce - nie tylko ja miałem kapiące spodnie i wodę w butach...
Na miejscu Adventura przygotowała nam kilka zadań sprawnościowo - logicznych. Czyli pojawiły się rowery, trzeba było też spenetrować dokładnie okoliczny las i odszukać ukryte kartki z zagadkami. Wszystko już z podziałem na nowe grupy - czyli znowu współpracowało się z inną ekipą, a przez całe to spotkanie - spotkać się mógł każdy z każdym.
Kiedy już spełniliśmy wszystkie wymagania postawione nam przez "Gołębiów" - busem w warunkach PKP - wróciliśmy do Brachlewa na obiad. Najwyższy czas, bo z powodu wody w butach - zaczynałem jęczeć. Po obiedzie - znowu w warunkach PKP udaliśmy się do Szadowa. Tutaj na tle Młyna do wykonania mieliśmy kilka kolejnych zadań i konkurencji, teraz już bardziej na zasadzie rywalizacji, ale w zupełnie inaczej dobranych grupach. O tyle czułem się lepiej, że przebywając w Brachlewie - zmieniłem ubranie na suche. Poczucie komfortu, na jakie w związku z tym liczyłem - rozmyło się kiedy opuściłem Zieloną Szkołę i zobaczyłem padający z nieba deszcz. Cholera, z pogodą też się dogadali???
Wszystkie zadania, te wcześniejsze nad rzeką i te wieczorne w Szadowie, to czas na pomysłowość, na konstruktywne podejście do rozwiązania problemu, ale przede wszystkim - czas na wypracowanie zrozumienia i współpracę w grupie. Wiecie, w takim "liderowym" gronie jest to o tyle trudniejsze, że wszyscy przecież mamy doświadczenia kierowania zespołem ludzi, a tutaj trzeba troszkę zapomnieć o tym i znaleźć swoje miejsce w ekipie. Wkład każdego jest ważny, ale ostateczna decyzja musi być jedna...
Po wszystkich już zadaniach i konkurencjach - tradycyjnie nadszedł czas na ognisko i krótką integrację. I było to bardzo ciepłe i sympatyczne w klimacie ognisko, pomimo kapiącej od czasu do czasu z nieba wody. I znowu dziwna myśl, że jak to jest, że lepiej jest nam tutaj pod deszczem w Szadowie niż w cieple Zielonej Szkoły w Brachlewie. Przedziwne rzeczy...
Dzień kolejny - niedziela, czyli dzień naszego powrotu. Przy czym - jest jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Te kajaki, które czekają na nas w miejscu naszego lądowania dnia poprzedniego - są tam nadal. Powinny znaleźć się w Szadowie, więc... Trzeba nimi z powrotem spłynąć. Zanim jednak udaliśmy się (znowu busem w warunkach PKP) w miejsce wczorajszych leśnych zabaw - odbyło się spotkanie podsumowujące, każdy otrzymał piękny certyfikat - podziękowanie no i była okazja podziękować też wszystkim zaangażowanym w pracę podczas tego spotkania. Powrót kajakami do Szadowa już dużo prostszy, bo po pierwsze - już z prądem rzeki, po drugie - można wyjść na brzeg. Niedzielna pogoda zupełnie inna, przez coraz bardziej puste konary drzew przebijał się blask słońca, a czerwono - rude barwy w których tonął szadowski las oświetlone tym blaskiem - to naprawdę obraz, jaki długo pozostaje w pamięci.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, czekał już autobus, który zawiózł tych, którzy jechać mieli pociągami, na dworzec w Malborku. Ale zanim to nastąpiło - ostatnie spotkanie podsumowujące, o tyle ciekawe, że tutaj właśnie specjalnie zaangażowany przez Adventurę obserwator, gość zupełnie z zewnątrz, mający po prostu ocenić nas jako zespół ale i indywidualnie - podzielił się swoimi obserwacjami i analizami. I powiedział kilka naprawdę ważnych zdań, które gdzieś tam mi się wbiły w myślenie. Super!
Nadszedł czas na pożegnanie, przykre bo fantastycznie poczułem się z tymi ludźmi, w tej ekipie, a tu trzeba powiedzieć sobie - do zobaczenia - i czekać na kolejne spotkanie. Najbliższe - pewnie na Finale, a to już będzie w atmosferze ciężkiej roboty i braku czasu na jakąkolwiek rozmowę. Za to jestem spokojny o finałową pracę Patrolu, bo ten weekend pokazał, że jednak całe grono "cytrynek" to fantastyczna paczka nie tylko ludzi, którzy ze sobą pracują, ale po prostu - przyjaciół. Osobiście - niezwykle zadowolony byłem z klimatu, jaki zapanował wśród nas w Szadowie. Kiedy wspominam podobne spotkanie sprzed roku, wtedy kiedy odbywały się wybory do Rady Patrolu i kiedy do wyjaśnienia było wiele spraw wokół Patrolu - to uważam, że cała ekipa żółtych koszulek przeszła długą drogę przez ten rok. Zacieśniły się więzi, wyprostowały się jakieś indywidualne wątpliwości, ale to też dowodzi, że właśnie rok temu, wybierając Radę i rozpoczynając przygotowania do Przystanku 2003 - obraliśmy bardzo dobrą drogę. Niezwykle cenię sobie każdą osobę, absolutnie każdą, która była z nami teraz w Szadowie. Cenię też tych, którzy dotrzeć nie mogli, ale którzy noszą żółte koszulki. Napisałem to na Księdze Gości - dzięki Wam wielkie że jesteście i za to, jacy jesteście. I prawdą jest, że właśnie z tak a nie inaczej skonstruowanym i kierowanym Pokojowym Patrolem - jesteśmy w stanie porwać się na każde wyzwanie. Czuję wielką moc i wielkie możliwości wiedząc, że mam obok siebie taką ekipę.
Dzięki za Szadowo!!!
A od wiosny - ruszają kolejne szkolenia, kolejne spotkania z Uniwersytetem WOŚP i z Pokojowym Patrolem. Już nie mogę się doczekać...
Pozdrawiam!
(Milkee)
Opowieść Jurka:
Spotkanie z liderami
Zaprosiliśmy wszystkich liderów Patrolu na Przystanku Woodstock na spotkanie w Szadowie głownie dlatego, aby po pierwsze - podsumować Przystanek i podtrzymać wszystkie więzi oraz po drugie - pogadać o tym, co czeka nas w przyszłości. Tym razem to oni byli pod opieką instruktorów, czyli musieli wykonywać te wszystkie zadania, które wcześniej dla nich wymyśliliśmy. I jakby przypomnienie klimatu wszystkich naszych szkoleń i samych szkolących się ludzi, ponieważ od dłuższego czasu oni sami występowali jako instruktorzy i chcieliśmy, aby przypomnieli sobie, jak to jest z tej drugiej strony na szkoleniach.
Przyjechało około 30 osób, jedną z zasad tych szkoleń buło non stop mieszanie ich w parach wykonujących wszystkie zadania. A więc niektóre pary zaprzyjaźnione, a niektóre troszeczkę nie przyzwyczajone do takiej wspólnej pracy. I wyszło to super, ponieważ ludzie nabrali do siebie jeszcze większego zaufania i wszystkie przeszkody doskonale pokonali.
Ja sam wielu z nich pamiętam z twarzy, ale na Woodstocku wiem co się dzieje na scenie, za sceną i zupełnie nie rejestruję tego co dzieje się na Helu i na Grabiku. Czyli widać, że wszystko funkcjonuje dzięki bardzo dobrze zorganizowanej pracy, właśnie tworzonej przez Patrolowców. Każdy z nich bierze na siebie ogromną odpowiedzialność i kiedy wspomina swoje chwile na Woodstocku, to część z nich była lekko zszokowana tym, że ludzie się ich słuchali i w pełni akceptowali ich władzę.
Dla mnie to spotkanie było bardzo, bardzo miłe, o tym jak przebiegało przeczytacie w opowieści Krzysia, a ja jedno wiem - że można z tą ekipą zrobić wszystko, rzucić się na każde wyzwanie, o czym zresztą dużo mówiliśmy, ale szczegółów zdradzać nie będziemy. Jeszcze raz dzięki dla wszystkich za przyjazd i mam nadzieję, że podobnie spotkamy się z resztą ludzi która nie mogła przyjechać.
(Jurek)
|
25. Szkolenie Pokojowego Patrolu Szadowo - Młyn, 20-22.06.2003 r.
20.06.2003 13:060
Szkolenie w mieście
47 osób od dzisiejszego ranka szkoli się w Szadowie niedaleko Kwidzyna. Jest to ostatnie przed Przystankiem Woodstock
więcej »
20.06.2003 13:060
Szkolenie w mieście
47 osób od dzisiejszego ranka szkoli się w Szadowie niedaleko Kwidzyna. Jest to ostatnie przed Przystankiem Woodstock szkolenie I stopnia Pokojowego Patrolu.
No i tym razem będzie wyglądało zupełnie inaczej, niż kilka ostatnich spotkań. Dzisiaj wprawdzie cały dzień przewidziany jest na wykłady pierwszej pomocy przedmedycznej, które właśnie trwają w Zielonej Szkole w Brachlewie, ale jutro odbędzie się część surviwalowa, którą tym razem przeprowadzimy nie w malowniczych terenach wokół Szadowa, a w parku w... centrum Kwidzyna.
Pomysł udało się zrealizować dzięki niezwykle przychylnemu nastawieniu miasta Kwidzyna i pomocy Straży Miejskiej oraz Obrony Cywilnej. I wielkie dla nich dzięki, bo zajęcia, które na jutro przygotowaliśmy - zapowiadają się bardzo efektownie. Zdradzę Wam tylko, że część z nich zaplanowaliśmy na tle kwidzyńskiego zamku...
Wieczorem już będę mógł przekazać pierwsze relacje z miejsca szkolenia, zapraszam więc na patrolowe strony internetowe.
(Milkee)
21.06.2003 00:42
Już po raz dziewiąty...
Policzyłem sobie dzisiaj i wyszło, że to już dziewiąty raz spotykamy się na szkoleniu w Szadowie - Brachlewie, czyli w okolicy Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oznacza to, że w szkoleniach tutaj brało udział w sumie 450 osób - i choć mowa tu zarówno o szkoleniach I jak i II stopnia - to ilość ta wydała mi się bardzo imponująca.
To szkolenie ma być ostatnim szkoleniem przed Przystankiem Woodstock. I stopień, a więc podstawą są zajęcia dotyczące pierwszej pomocy przedmedycznej, a więc dzisiejszy cały dzień należał do ekipy Polskiego Czerwonego Krzyża z Bielska Białej. Aby jednak umilić nieco długie wykłady, nasi patrolowi instruktorzy przeprowadzili krótkie zajęcia integracyjne, a już teraz, wieczorem, odbyło się spotkanie z Jurkiem, który pokazał Patrolowcom film opowiadający o 11-letniej historii Wielkiej Orkiestry.
W tym momencie - dojechaliśmy do Barcic. Jestem tutaj razem z kursantami i powoli już szykujemy się do spoczynku, bo i dzień jutro ciężki i długi. Instruktorzy przewidzieli zajęcia surviwalowe, i to o tyle ciekawe, że wyjeżdżamy z Patrolowcami do centrum Kwidzyna.
Ale o tym opowieść – jutro.
Dobrej nocy Wam życzę i - do jutra!!!
(Milkee)
21.06.2003 18:30
Alarm dla Kwidzyna
To był najcięższy poranek ze wszystkich szkoleń tutaj w Brachlewie. I nawet nie powiem Wam dlaczego, bo czasu na sen było dość, mimo to - powstanie z łóżek to był istny ból istnienia. Za to śniadanie - wynagrodziło nam poranne trudy i kiedy wyjeżdżaliśmy z Brachlewa do Kwidzyna - nie było już śladu po sennej atmosferze porannej drogi.
Po raz pierwszy w takiej scenerii - nasze zajęcia odbywały się w środku miasta, w bardzo ładnym parku pełnym drzew - dla nas to była podstawa, bo przecież spora część zadań to zabawy na linach, na wysokości.
Podobnie jak na poprzednich szkoleniach - Jacek i Remek podzielili całą grupę na kilka mniejszych zespołów, każdy udał się na jeden z punktów i potem już rotacyjnie, zadanie po zadaniu wszyscy musieli przejść całą trasę, wszystkie 9 stanowisk. Sporą część zadań znacie z poprzednich spotkań - a więc był most zaufania, tyrolka, hydraulik, mecz piłkarski z zawiązanymi nogami, skok zaufania, piramida ze skrzynek... Wszystkie zadania trzeba pokonać grupowo, a jeżeli już przygotowaliśmy punkt wybitnie indywidualnie - pozostała część grupy musiała wykonywać inne zadania. Cały czas nasi instruktorzy liczyli punkty, dzięki czemu - jutro będziemy mogli nagrodzić grupę najsprawniejszą.
Był jednak jeden moment, który zaskoczył wszystkich. W pewnej chwili ogłoszono w radiu - wszystkie grupy zapraszamy na plac, z którego rozpoczęła się zabawa. I to natychmiast, przerwać należy wszystkie zajęcia.
Po chwili cała pięćdziesiątka stała już przed nami, a Remek oznajmił - na Gdanisku pod zamkiem zdarzył się wypadek, są poszkodowani, trzeba więc natychmiast się tam udać i udzielić pomocy.
No dobrze, tylko gdzie? Nikt nie zna Kwidzyna... Ale od czego patrolowa zaradność!
Po kilkunastu minutach pierwsi Patrolowcy dotarli na miejsce zdarzenia. Samochód wbity w zabytkowy mur (wszystko odbywało się na tle przepięknego kwidzyńskiego zamku i katedry), w środku ranni pasażerowie. Patrol ruszył do udzielania pomocy, oczywiście na początku w totalnym nieładzie i chaosie, ktoś jednak okazał się na tyle przytomny, że wezwał pomoc. I to nie wyimaginowaną, tylko wezwał regularną karetkę, radiowóz i ratowniczy wóz strażacki.
Służby ratownicze dotarły po kilkunastu minutach. Dla nich - to było normalne zadanie, nie mieli pojęcia że to ćwiczenia. I bardzo dobrze, bo taki był właśnie nasz układ z Obroną Cywilną Miasta - to miały być również dla służb miejskich ćwiczenia bojowe.
Strażacy porozcinali rozbite auto, powoli lekarze przejęli wszystkich poszkodowanych, pozoracja się zakończyła a był czas jeszcze na krótkie podsumowanie przez Jurka i przez Janusza Głaza z PCK.
Teraz wróciliśmy do Brachlewa, piętro pod nami trwają wykłady.
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
23.06.2003 12:19
Nocna pozoracja
Sobotnie popołudnie na ostatnim przed Przystankiem Woodstock szkoleniu Pokojowego Patrolu to kolejne godziny spędzonych na sali wykładowej. Trwało przecież cały czas szkolenie pracowników służb porządkowych, a i dla instruktorów PCK był to czas na dokończenie programu kursu pierwszej pomocy przedmedycznej.
Po tych wszystkich zajęciach, zupełnie "z marszu", przeprowadzony był egzamin z zasad pierwszej pomocy. I choć zmęczenie powoli już dopadało kursantów, to jednak nikt nie mówił, że będzie łatwo - egzamin PCK to bardzo ważny moment bo to przecież 16-godzinny kurs jest podstawą na szkoleniach I stopnia.
Po egzaminie - nadszedł czas na punkt kulminacyjny, czyli zajęcia nocne. Od kilku szkoleń tradycją stało się, że tymi zajęciami są pozoracje, gdzie Patrolowcy muszą wziąć na siebie ciężar ratowania życia ludzkiego w sytuacjach wypadków masowych. I takiego właśnie zadania spodziewali się nasi kursanci na tym szkoleniu w momencie, kiedy wsiadali do autobusu wyruszając z Brachlewa. Gdzie? Nikt dokładnie nie widział. Kiedy więc stanęliśmy w środku lasu na przydrożnym parkingu, kiedy wszyscy wysiedli - zaczęły się pytania, dociekania i domysły. Kursantów przywitali Jurek, Remek i Jacek - i za moment wszystko było jasne. Każda z grup musiała przygotować transport - czyli nosze - dla jednego poszkodowanego. Nosze trzeba było wykonać z tego co ma się pod ręką - gałęzie, ubrania, paski, cokolwiek. Poszkodowanym był jeden z Patrolowców, więc grupa także nim musiała się zająć, udzielić pomocy, zapewnić komfort. Przy każdej z grup znalazł się jeden z instruktorów i on ocenić miał później jej pracę, więc nie było lekko, każdy musiał zapracować na sukces zespołu.
Po 15 minutach nosze były gotowe, a poszkodowanego trzeba było przetransportować do Szadowa, gdzie umownie znalazł się szpital. Oznaczało to kilkadziesiąt minut marszu z osobą na noszach, co dla 8-osobowej ekipy - nie było zabawą. Kiedy więc wszyscy dotarli na parking nieopodal Szadowa, gdzie czekało na nich ognisko - odetchnęli z ulgą. Zmęczenie już duże, późna noc, ciepło ogniska - wszystko to napędziło w nas senną atmosferę. No i jeszcze Jurek powiedział, że dalszej części zajęć nie będzie, że odwołane bo nie udało nam się wszystkiego przygotować - ta informacja całkowicie wszystko rozprężyła. Zrobił się mocno sielankowy klimat, ktoś tam nawet na czyimś ramieniu uciął sobie drzemkę... I wszystko byłoby bardzo spokojnie i sympatycznie, gdyby w pewnym momencie nie wbiegł na parking zdenerwowany Gonzo. "Jurek! Ci kajakarze, co są u nas rozbici pod Szadowem... Oni namiot zjarali... Pali się namiot, chłopak się poparzył... Nie wiem co robić..."
Za moment już wszyscy biegli w kierunku młyna, a światła i płomienie widać było już z daleka. Kilku poszkodowanych, dziewczyna w ciąży, kilku pijanych, kilku poparzonych... Dużo zamieszania, krzyku, rozgardiaszu - i w to wszystko wkroczył Patrol. Zdecydowanie bardziej zorganizowany niż podczas pozoracji w dzień - czyli że doświadczenie i nauka nie poszły w las. I w sumie z dumą patrzyło się na nich, bo mimo tego, że oczywiście błędy się zdarzały, to jednak ogólnie - akcja toczyła się sprawnie i skutecznie - czyli że kolejne osoby były opatrywane i przenoszone do miejsca, gdzie umownie już udzielana była fachowa pomoc. I mam nadzieję, że podobne sytuacje nie zdarzą się na Przystanku, ale w razie co - Pokojowy Patrol jest przygotowany żeby odpowiedniej pomocy udzielić.
Zakończeniem nocnych działań było podsumowanie Janusza Głaza, szefa bielskiego PCK, który ocenił i wskazał, jakie elementy działania wymagały poprawy, co jeszcze można dopracować.
A po zajęciach - zaprosiliśmy wszystkich na ognisko. Już teraz bez ściemy mogliśmy wszystkim za te dwa dni szkolenia - podziękować. Remek przyniósł gitarę, i w ogóle - niezwykle przyjemnie było spędzić czas z Patrolowcami, już bardziej na luzie, pośmiać się, pośpiewać, porozmawiać. I tylko żal wielki, że czas nie stanął na dłużej w miejscu, więc nadszedł taki moment, że trzeba było wstać, pożegnać się, wsiąść do autobusu i pojechać do Barcic.
Dobranoc...
(Milkee)
23.06.2003 12:27
Zakończone szkolenie
Zanim odbyło się oficjalne zakończenie szkolenia - kilka niedzielnych godzin to końcówka zajęć teoretycznych. Omówiony też został wczorajszy egzamin PCK, choć samo wręczenie certyfikatów tym, którzy go zdali, to dopiero za moment.
Miejscem oficjalnego spotkania, jak zawsze, była Leśna Klasa - niedaleko Zielonej Szkoły. Zebraliśmy się tam wszyscy - Jurek, instruktorzy Patrolu, PCK-owcy oraz firma KBG, która szkoli Patrol jako służbę porządkową.
Wszystkim podziękowaliśmy. Jurek wręczył kursantom certyfikaty ukończenia szkolenia, po nim Janusz Głaz, który także wręczył certyfikaty szkolenia PCK. Wyróżniliśmy najlepszą grupę, wyróżniliśmy najbardziej wybijające się swoją postawą i wynikami egzaminów - osoby. I oczywiście - zrobiliśmy sobie wszyscy razem pamiątkowe zdjęcie.
Zakończyło się ostatnie szkolenie. Zakończył się kilkumiesięczny okres bardzo wytężonej pracy w Patrolu, efektem tego będzie Przystanek Woodstock, który może się odbyć, już mamy wszelkie zgody - a to dlatego, że w świetle nowej ustawy mamy profesjonalnie przygotowaną służbę porządkową. Jurek wręczył orkiestrowe medale tym, którzy najczęściej przyjeżdżali - wyróżniona została ekipa PCK, instruktorzy KBG oraz nasi patrolowi instruktorzy w żółtych koszulkach.
Zobaczymy się wszyscy na Przystanku Woodstock. W sumie - za miesiąc, I wtedy już... To nie będą ćwiczenia!!!
(Milkee) |
24. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 6-8.06.2003 r.
Opowieść Anieli
Ten felieton będzie nieco inny od poprzednich, bowiem nie jest on napisany przez obserwatora, a uczestnika szkolenia. Zapraszam do
więcej »
Opowieść Anieli
Ten felieton będzie nieco inny od poprzednich, bowiem nie jest on napisany przez obserwatora, a uczestnika szkolenia. Zapraszam do lektury...
Słyszałam wiele pozytywnych opinii na temat szkolenia, więc w końcu sama postanowiłam wziąć w nim udział.
Po całonocnej jeździe dotarłam na miejsce, gdzie spotkałam całkiem pokaźną grupkę osób, które przyjechały w tym samym celu, co ja. W pociągu miałam wiele czasu na zastanowienie się, co mnie tam może spotkać, czy będzie tak jak obiecywali listach...?
Na stacji PKP Malbork przywitali nas Remek i Mool. Następnie udaliśmy się do autobusu, który zawiózł nas, przyszłych patrolowców, na miejsce docelowe. Droga minęła nam "śpiewająco" a podczas niej wszelkie me wątpliwości zostały rozwiane- pomyślałam - "będzie dobrze!". Na miejscu dostaliśmy czerwone koszulki i od razu zrobiło się raźniej! Byłam nieco zaskoczona, gdy okazało się, że chwilę potem mieliśmy wykłady z pierwszej pomocy. Po minach niektórych osób wyraźnie było widać zmęczenie podróżą, ale jak tylko podano kawę humor wrócił...
Późnym wieczorem pojechaliśmy do szkoły, w której nocowaliśmy. Jak tylko się rozpakowaliśmy wszyscy rzuciliśmy się do łazienki - szkolne prysznice chyba nigdy nie przeżywały takiego oblężenia! I tu czekała na nas niespodzianka - w najmniej oczekiwanym momencie zabrakło wody! Możecie sobie tylko wyobrazić miny osób będących akurat w trakcie kąpieli. Na szczęście po ok. pół godziny z kranów znów popłynęła woda i pozostali również dostąpili zaszczytu kąpieli. Potem większość z nas rozeszła się do swoich pokoi, gdzie do późna rozmawiali ze swymi współlokatorami o różnych rzeczach. Znaleźli się i tacy, co dopiero nad ranem opuszczali pokoje swych sąsiadów... Tak swoją drogą to wszyscy bardzo wzięli sobie do serca słowa instruktorów, aby się "integrować", bowiem pokoje były "koedukacyjne" :-)
Pobudkę mieliśmy ok.7:00 dnia następnego. Po skonsumowaniu śniadanka zostaliśmy podzieleni na grupy. Przydzielono nam również sprzęt tj. kaski oraz uprząż do wspinaczki. Gdy już wszyscy byliśmy gotowi, ruszyliśmy na podbój przygotowanych atrakcji (oj, a było tego sporo!) Wszyscy bawiliśmy się świetnie!!! Z pośród wielu konkurencji do najciekawszych należały bez wątpienia: "tyrolka", "most tybetański", wspinaczka na ścianę, spływ kajakiem oraz układanie wieży ze skrzynek. Nie muszę chyba dodawać, że rzadko kto wychodził suchy z kajaków, „mostu leniwca” czy też „tarzana” - no ale w końcu o to po części chodziło. Wszak i aura dopisywała, więc można było sobie pozwolić na takową przyjemność.
Dla wielu z nas te ćwiczenia były mocną próbą charakteru poprzez pokonanie własnych lęków i słabości. Przede wszystkim jednak udowodniliśmy, że potrafimy współpracować w grupie.
Również grupa ratowników PCK nie była gorsza od "żółtych koszulek" i też przygotowała dla nas niespodziankę - symulacje wypadków (i tu brawa dla Moola i Marty za realne odtworzenie scen) :-) Wreszcie mieliśmy „pole do popisu” - mogliśmy się wykazać wcześniej nabytą wiedzą.
Wszystko skończyło się ok. godz. 15, czyli w porze obiadowej. A zaraz po tym czekała kolejna „dobra wiadomość” - wykłady na temat służb porządkowych, oraz ćwiczenia z samoobrony (prowadzone przez pana Mikołaja). Podczas tych ćwiczeń mieliśmy niezły ubaw, gdy okazało się, że nasze „rosłe” chłopy potulnie klękali przed Mikołajem, a to zaledwie za sprawą jednego uścisku dłoni.. Zaiste zabawny to był widok...
Wieczorem ni stąd, ni zowąd okazało się, że mamy test sprawdzający naszą wiedzę z zakresu pierwszej pomocy. Mimo naszych obaw poszło nieźle - w końcu byliśmy dobrze przeszkoleni!!!
Po tym jakże wyczerpującym wysiłku intelektualnym i fizycznym (różne symulacje czy też „zmagania” z fantomem) nadszedł czas na upragniony i bez wątpienia zasłużony odpoczynek. Ale to była przysłowiowa „cisza przed burzą”. Czułam, że coś się święci (co było z resztą widać po zachowaniu instruktorów). Szczerze mówiąc po tak aktywnym dniu już nic, co wymyśliliby nie zdziwiłoby mnie, a jednak... Spodziewałam się czegoś w stylu biegu nocnego itp., a tu zupełna zmiana klimatów - ognisko, kiełbaski i zimne piffko!!! Nie żebym była zawiedziona - wręcz przeciwnie!!! :-)
Można sobie wyobrazić nasze uśmiechnięte twarze. Patrolowcy niczym stado koni czym prędzej ustawili się w kolejce do „wodopoju” (wszak człowiek nie wielbłąd - napić się musi). Cała ta biesiada trwała zaledwie do godz., 2:00 po czym zostaliśmy odwiezieni do naszego szkolnego „hotelu”
W niedzielę od rana panował szum- przecież to ostatni dzień! Z samego rana ludzie biegali z aparatami i pstrykali sobie nawzajem fotki na tle szkolnego placu zabaw.
Po dotarciu do Szadowa mieliśmy jeszcze do zaliczenia test ze znajomości ustawy o imprezach masowych i służbach porządkowych. Wcześniej jednak była „powtórka z rozrywki”, czyli ćwiczenia z Mikołajem.
Około południa nadszedł czas na oficjalne zakończenie szkolenia, które poprowadził Jurek Owsiak. Po wręczeniu dyplomów i „woodstockowych niezbędników” (gumowe rękawiczki i maseczki) przyszła pora na pamiątkowe zdjęcia. I tak oto dobiegło końca kolejne już szkolenie pokojowego Patrolu... Jeszcze tylko wymiana adresów, uściski na pożegnanie i każdy odjechał w swoją stronę...
Wszyscy żałowaliśmy, że tak krótko trwało, że dopiero, co się poznało a już trzeba się żegnać :-(
Ale głowa do góry - przecież lada moment a już Woodstock, a czas jaki jeszcze pozostał minie niczym mrugnięcie oka... Może i trudno w to uwierzyć, ale przez te 3 dni (a nawet już pod końcem pierwszego) ludzie zupełnie sobie obcy stali się nagle przyjaciółmi, jakby znali się od lat...
Szkolenie w Szadowie będę z pewnością niezwykle miło i ciepło wspominać. Towarzyszących podczas jego trwania emocji nie da się ot tak sobie opisać, to trzeba przeżyć samemu! Magia tamtego miejsca (a pięknie było!), niezwykły klimat, oraz współtworzący go wspaniali ludzie utwierdzili mnie w przekonaniu, że dokonałam właściwego wyboru wchodząc do rodziny Pokojowego Patrolu. Dochodzi jeszcze świadomość tego, iż będę użyteczna, że wiele osób będzie potrzebowało naszej pomocy.... Bez wahania pojechałabym jeszcze raz, nie mówiąc już o szkoleniu II stopnia.
Pisząc to mam nadzieję, że pomogłam niezdecydowanym podjąć decyzję, oraz, że nie jednemu z Was, drodzy przyjaciele Patrolowcy, pozwoliłam choć na chwilę wrócić myślami do tamtych dni...
Póki co, trzymajcie się ciepło
I do zobaczenia w Żarach!
Pozdrawiam!
Aniula |
23. Szkolenie Pokojowego Patrolu - VI szkolenie II stopnia Szadowo-Młyn 23-25.05.2003 r.
23.05.2003 15:40
Kolejne szkolenie - trwa...
W Brachlewie / Szadowie po raz kolejny spotkali się Patrolowcy na szkoleniu II stopnia. Na razie
więcej »
23.05.2003 15:40
Kolejne szkolenie - trwa...
W Brachlewie / Szadowie po raz kolejny spotkali się Patrolowcy na szkoleniu II stopnia. Na razie tylko krótka informacja, że jest 50 osób i że od rana dzisiaj przechodzą wszystkie zajęcia surviwalowe - jest dużo wody, są pozoracje, w których pomogli naszym instruktorom Sołtys oraz kilku mieszkańców pobliskiego Ośna.
Od jutra już - normalne szkoleniowe relacje wraz z fotami na naszych stronach - zapraszam serdecznie.
24.05.2003 14:46
Wykłady i przygotowania
W Brachlewie dziś od rana trwają wykłady. Najpierw z Patrolowcami spotkali się instruktorzy PCK, którzy przypomnieli podstawowe wiadomości i podsumowali najpoważniejsze błędy, jakie Patrolowcy popełnili podczas wczorajszych pozoracji. Ale też pamiętać trzeba, że ogromna część czasu tych szkoleń to kurs pracowników służb porządkowych na imprezach masowych.
Tymczasem w Szadowie trwają przygotowania do wieczorno - nocnych zajęć, czyli nasi instruktorzy zakładają stanowiska, naciągają liny, przygotowują mosty, przejścia i spływy, zgodnie z planem jaki nakreślili sobie wczoraj w nocy w spotkaniu z Remkiem, szefem Patrolu.
No i nie będę Wam zdradzał szczegółów, bo i nasi kursanci jeszcze nie wiedzą co ich czeka...
26.05.2003 01:02
Sobotnie zmagania
Sobota na szkoleniu II stopnia to zazwyczaj od samego początku - wykłady, zarówno z pierwszej pomocy przedmedycznej jak i z pracy służb porządkowych. Dopiero w drugiej części dnia nadchodzi moment, kiedy Patrolowcy udają się na przygotowane przez naszych instruktorów zajęcia surviwalowe.
Tym razem postanowiliśmy powtórzyć model zajęć, który po raz pierwszy pojawił się na szkoleniu kandydatów na liderów. Podzieliliśmy kursantów na mniejsze grupy, tak by można było bardziej indywidualnie obserwować każdego Patrolowca. Punkty rozmieszczone były w najbliższych okolicach Szadowa i każda grupa musiała do każdego zadania podejść.
Wykorzystaliśmy już znane nam pomysły - musiał być spływ kajakowy (oj, co poniektórzy mooocno suszyć się musieli po tym zadaniu), musiała być tyrolka, nieodzownym ćwiczeniem był most Pałkiewicza (tzw. leniwiec). Ściana młyna posłużyła jako naturalna ścianka wspinaczkowa, a drzewo leżące w poprzek Liwy niedaleko młyna okazało się świetną kładką po której na drugą stronę rzeki można było przenieść ciężką beczkę. No i zapomniałbym o Mission Imposible - kiedy grupa musiała jedną osobę przenosić za pomocą specjalnej konstrukcji linowej w poprzek głębokiego jaru. To najbardziej efektowne z sobotnich zadań. Mnie najbardziej spodobała się tyrolka, czyli zjazd z dość dużej skarpy po ukośnie zamocowanych linach. Nie odmówiłem sobie przyjemności zmierzenia się z tym punktem i poczucia tego napływu adrenaliny, kiedy lina hamulcowa szarpała i wyrzucała osobę kilka metrów w górę. Oczywiście, swój punkt przygotowali też ratownicy PCK - pozoracja tym razem odbywała się na budowie, i dwóch poszkodowanych grupa musiała ewakuować z walącego się budynku. Gruz, piasek, cegły, mnóstwo niebezpiecznych przedmiotów - to wszystko trzeba było pokonać, poszkodowanego na noszach zamocować i wynieść przez wąski otwór pod drzwiami...
Zajęcia te trwały do wieczora. Po raz pierwszy nie zorganizowaliśmy zajęć nocnych, choć o tym Patrolowcy dowiedzieli się dopiero w momencie, kiedy gotowi do wyjścia stanęli pod młynem w Szadowie.
Niezadowolonych z przebiegu dnia, choć szukałem - nie znalazłem. Wieczorne ognisko rozprężyło napięcie, gitara i śpiew rozgrzały wszystkich do uśmiechu i zabawy i w efekcie - zapamiętam noc z soboty na niedzielę jako jedną z najbardziej magicznych ze wszystkich szkoleń w Szadowie.
A jutro - już tylko pożenanie...
26.05.2003 09:34
Dzięki za szkolenie!
Oj, niezapomniane chwile przeżyliśmy podczas ostatniego szkolenia II stopnia, jakie odbyło się w Szadowie w ostatni weekend.
Tradycyjnie, w samo południe w niedzielę spotkaliśmy się wszyscy w Leśnej Klasie Zielonej Szkoły w Brachlewie, by podsumować szkolenie, wręczyć certyfikaty i pożegnać się ze wszystkimi, oczywiście powtarzając wielokrotnie "do zobaczenia na Przystanku Woodstock".
Wielkie podziękowania kierowaliśmy także w stronę Grupy Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska - Białej oraz w stronę firmy KBG, która szkoli nas jako pracowników służb porządkowych na imprezach masowych.
Dziękowaliśmy instruktorom, dziękowaliśmy uczestnikom, dziękowaliśmy sobie nawzajem. Za pracę, za trud, za mnóstwo chęci, ale przede wszystkim - za niepowtarzalny klimat, który towarzyszył nam od pierwszego spotkania aż po ostatnie momenty na tym szkoleniu i nawet chwilę później, kiedy już powoli wszyscy wsiadali do autobusu i kiedy miał on za moment ruszyć w kierunku Malborka - czuło się magiczną więź każdym z nas, po prostu - na kilka miesięcy rozstawała się ze sobą paczką Przyjaciół.
No nic. Szkoda, że następne szkolenie dopiero za dwa tygodnie...
Przed nami jeszcze dwa miesiące wytężonej pracy i intensywnych szkoleń. Ale już bez obawy patrzymy na ten czas, bo machiny patrolowo - szkoleniowej nie da się ot tak zatrzymać, i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że za te dwa miesiące spotkamy się na żarskim polu, już jako profesjonalna w brzmieniu ustawy służba porządkowa, no i najlepsza na świecie biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia.
Do zobaczenia więc! W Żarach!!! |
22. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 9-11.05.2003 r.
10.05.2003 18:39
Woda!!! Woda!!! Woda!!!
Już po raz czwarty spotkaliśmy się z Pokojowym Patrolem w Szadowie, na terenie Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej
więcej »
10.05.2003 18:39
Woda!!! Woda!!! Woda!!!
Już po raz czwarty spotkaliśmy się z Pokojowym Patrolem w Szadowie, na terenie Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Odbywa się tu właśnie szkolenie I stopnia, czyli dla tych, którzy przyjechali do nas po raz pierwszy i którzy dopiero teraz otrzymali czerwoną, patrolową koszulkę.
W tym momencie wróciliśmy z Szadowa do Brachlewa, gdzie nasi kursanci się stołują i gdzie odbywają się zajęcia pierwszej pomocy przedmedycznej prowadzone przez dzielną załogę PCK z Bielska Białej. Zresztą cały wczorajszy dzień wszyscy spędzili właśnie tutaj, pilnie ucząc się udzielania pierwszej pomocy.
Za to dziś, od rana, przewidziany był czas na zajęcia surviwalowe, przygotowane i prowadzone przez ubranych w żółte koszulki instruktorów Pokojowego Patrolu. Kiedy rano przyjechaliśmy do Szadowa, z autokaru wysypała się wesoła, roześmiana i żartująca brygada. Dziarskim krokiem udali się pod młyn, a potem z podniesionym wysoko czołem i bojowym nastawieniem słuchali, jak Jurek i Jacek tłumaczyli zasady zadań. Oczywiście, podzieleni zostali na grupy, takie po kilka osób, każdy otrzymał osobisty sprzęt (jak uprząż czy kask), więc kiedy Jacek krzyknął "START!" - osiem grup rozbiegło się w ośmiu kierunkach.
No i nadszedł czas na... weryfikację :-)
Z pierwszą grupą podjechałem na bagniska, na którym były ukryte elementy puzzle. Pamiętacie, jak ekipa na poprzednim szkoleniu malowała logo Uniwersytetu? Teraz zostało ono pocięte na małe fragmenty i właśnie te kawałki trzeba było z bagniska wydobyć. I nie ma zmiłuj, trzeba w bagno wejść (całą grupą!) i tablice wyciągnąć. I już nikt z tak bojowym nastawieniem nie wracał :-) No i nikt już, ale nikt, nie był suchy...
Przy samym młynie grupy napotkały pozorację PCK, kawałek dalej - hydraulika, ściana młyna stała się wymagającą ścianką wspinaczkową, nosze służą do transportu bardzo specyficznego poszkodowanego (mającego zaskakującą postać kilkudziesięciu kilogramów drewna opałowego). W pobliżu był też most Pałkiewicza (tzw. leniwiec) oraz most strażaka. Naprawdę wymagającym zadaniem stał się jednak spływ rzeczką Liwą... Co ja wypisuję! Rzeczką?? Ta rzeczka płynie dziś tak wartkim strumieniem, że mało która kajakowa załoga oparła się jej... Chwila nieuwagi, kiedy kajak stanął w poprzek nurtu - i koniec zabawy, ponieważ zostawał natychmiastowo i błyskawicznie zapełniany wodą. A jego załoga - miała szczęście, jeżeli udało jej się utrzymać go w poziomie, bo wtedy chociaż górna część ciała była sucha... Oj, mało takich się znalazło... :-)
Druga strona rzeki to z kolei raj dla miłośników lin i wspinaczki. Ta trasa zaczynała się jednak "syzyfowymi pracami" . bo jak inaczej nazwać zadanie, które polega na tym, że grupa musi wtargać pod wysoką górę ciężkie beki z wodą, po czym opróżnić te beki, zejść na dół i napełnić na nowo wodą. I znowu pod górę... :-) Nie, nie ta, tylko już następna ekipa będzie musiała zmierzyć się z tym zadaniem.
Kawałek dalej - most zaufania. Na dużej wysokości, długi (dobrych kilkanaście metrów), a przejść go mogą jedynie dwie osoby i to trzymające się tylko siebie nawzajem. Jak już grupa to zadanie pokonała - następna atrakcja, czyli zjazd po linie - też wysoko, więc osiągało się tam dość duże prędkości i było to bardzo dobre zadanie dla tych, co lubią wysoki poziom adrenaliny.
Kiedy już spotkaliśmy się ponownie wszyscy pod młynem, miny... wyglądały tak samo dziarsko jak rano. No, może troszkę mniej... Ale za to nie było chyba w całej ekipie jednej pary suchych spodni. Cóż, bardzo mokre szkolenie nam się trafiło...
I jak już wspomniałem - jesteśmy znowu w Brachlewie. Po obiedzie rozpoczęła się druga seria zajęć z PCK, a ja mam okazję napisać dla Was te kilka słów, co niniejszym czynię załączając gorące pozdrowienia!
(Milkee)
12.05.2003 14:29
Przystankowy pożar
Sobotni wieczór na szkoleniu to przede wszystkim - zajęcia teoretyczne. Patrolowcy spędzili go więc na sali wykładowej, zresztą nawet zadowoleni z tego, że mają czas na lekkie podsuszenie ubrań i wszystkich rzeczy, które ucierpiały w ciągu dnia.
Marsz nocny rozpoczął się w miejscowości Ośno, kilka kilometrów od Szadowa, dokąd z Barcic autokar przywiózł 50 osób ubranych w czerwone, patrolowe koszulki. Tutaj przywitali ich Remek i Jacek, po czym opowiedzieli o tym, co miało wydarzyć się w nocy. Marsz nocny, na trasie którego instruktorzy przygotowali kilka punktów z zadaniami, liczyć miał kilkanaście kilometrów, każda z grup otrzymała mapę i podstawową informację - to wszystko dzieje się na czas, wygra grupa najszybsza.
Ruszyli. Wszystkie grupy razem, czyli całe 50 osób drogą w kierunku Szadowa. Mniej więcej w połowie trasy usłyszeliśmy głośny huk, za chwilę drugi. Przed nami, w lesie, pojawiło się światło, coś jakby ogień. Podbiegliśmy bliżej i dojrzeliśmy na stromej skarpie, u dołu której wartkim nurtem płynęła Liwa, wbitego w drzewo malucha. Wewnątrz czwórka pasażerów, w tym dziewczyna w ciąży... Prawie wszyscy Patrolowcy rzucili się w stronę samochodu, ale zatrzymał ich szybko Jacek, który miał pokierować akcją ratowniczą. Szybko wydawane komendy natychmiast podzieliły pracę Pokojowego Patrolu - "Grupa 1 zabezpiecza drogę, grupa 2 przygotowuje nosze do ewakuacji, grupy 3 i 4 udzielają pomocy poszkodowanym..." itd., aż wszyscy otrzymali zadanie i mogli zająć się swoją pracą.
Wnieść człowieka po tak dużej stromiźnie na prowizorycznie przygotowanych noszach - okazało się nie lada kłopotem. Po chwili jednak wszyscy poszkodowani znaleźli się na górze, tu jednak okazało się, że trzeba ich tak czy inaczej dotransportować do najbliższego szpitala, który znajduje się w Szadowie.
Nosze, jeśli tego wymagały, zostały poprawione, wzmocnione i - w drogę. Przed samym Szadowem - znowu huk. Na drogę wybiega Jurek krzycząc "Pożar w Szadowie!!! Pomocy!!!". Ci co nie trzymali noszy - rzucili się biegiem w kierunku młyna. Tam na całego odbywał się Przystanek Woodstock - rozbite namioty, głośna muzyka, rozbawieni ludzie, ktoś skacze po kontenerze na śmieci, ktoś inny tańczy i śpiewa... Jeden z namiotów płonie, kilka obok pogrążonych w dymie, w nich - poszkodowani i poparzeni Przystankowicze. Szczerze powiem Wam, że pole pod młynem tak niesamowicie przypominało klimat przystankowy, że wyrazić wypada tylko słowa uznania ekipie instruktorskiej, która przygotowała tę pozorację.
Patrolowcy wbiegli na pole, po chwili pojawiły się ekipy z noszami, które ułożone zostały w bezpiecznym miejscu. Kilka osób zajęło się poszkodowanymi, a cała reszta pobiegła w kierunku namiotów. Zadania proste - odszukać i szybko ewakuować w bezpieczne miejsce wszystkich poszkodowanych. Początkowo zapanował chaos, ale po chwili pojawiła się na polu straż pożarna, która błyskawicznie podłączyła sprzęt i zaczęła gasić płonący namiot, a szef jednostki objął dowodzenie całą akcją, co poukładało pracę Pokojowego Patrolu. Bieg, krzyki, głośna muzyka, kilka osób robiących zamieszanie i w tym wszystkim Pokojowy Patrol, który musi wykonać swoje "przystankowe" obowiązki. Moim zdaniem - nie można było wymyślić lepszych ćwiczeń dla nich. I o dziwo - wszyscy oni doskonale odnaleźli się w takiej rzeczywistości. Mimo, że jeszcze na Woodstocku jako Patrol - nie byli. Za to większość z nich było w charakterze widzów, więc może stąd taka znajomość klimatu, jaki tam panuje.
Mimo pozornego chaosu - wszyscy poszkodowani zostali wyniesieni poza zagrożony teren, udzielono im pierwszej pomocy, straż pożar ugasiła, a wszystko zajęło kilkanaście minut i odbyło się naprawdę profesjonalnie.
Po zakończeniu akcji nadszedł jeszcze czas na podsumowanie. Zaczęło się ono od informacji, że to już koniec wieczornych zajęć. Marsz nocny był tylko przykrywką dla tych pozoracji, które się odbyły, a dzięki temu instruktorzy uzyskali jeszcze jeden ważny element - efekt zaskoczenia.
Bardzo pozytywnie działanie Patrolu ocenił PCK jak i Straż Pożarna, która przyjechała do nas z Kwidzyna. Tak więc efekt dwóch dni zajęć jest doskonały, a my z ogromnym zaufaniem zaprosimy cała ekipę do pracy na Przystanku Woodstock. Jutro jeszcze czeka wszystkich egzamin teoretyczny, ale to nieoficjalne zakończenie szkolenia mogło odbyć się właśnie teraz. Było ognisko, gitara, kiełbaski, wszyscy zmęczeni ale szczęśliwi, emocje opadły i zaczęły się dyskusje, opowieści i dzielenie wrażeniami...
Przed nami ostatni dzień szkolenia…
12.05.2003 14:56
Do zobaczenia, Szadowo
Z ogromną radością możemy ogłosić Wam, że w niedzielę kolejnych 50 osób weszło do rodziny Pokojowego Patrolu i pojawi się na Przystanku Woodstock jako służba porządkowa.
Dwa dni intensywnych zajęć, wykłady i ćwiczenia, no i wczorajsza, podwójna pozoracja - przyniosło to doskonały efekt, bowiem tym razem wszyscy zdali egzaminy i z dumą zebrali się w Leśnej Klasie w Brachlewie, żeby odebrać certyfikaty Pokojowego Patrolu i honorowane w Unii Europejskiej zaświadczenia o ukończeniu kursu PCK.
Oczywiście, nagrodziliśmy też te osoby, które szczególnie wyróżniły się podczas szkolenia, a grupą, która najlepiej spisała się podczas sobotnich zajęć była grupa nr 6.
Z ogromną radością zaprosimy wszystkich na Przystanek Woodstock. Za 2,5 miesiąca na żarskim polu odbędzie się po raz kolejny jeden z największych koncertów na świecie, a pilnować go będzie ekipa Pokojowego Patrolu, która nie ma sobie równych w tej pracy, a to m.in. dzięki takim szkoleniom, jakie przechodzą.
Za dwa tygodnie - po raz kolejny w Szadowie odbędzie się szkolenie, tym razem II stopnia. Ale o tym - oddzielna opowieść.
Wesoły autobus opuścił Brachlewo i odjechał w kierunku Malborka, odwożąc naszych nowych Patrolowców. Do zobaczenia w Żarach! |
Szkolenie kandydatów na liderów Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 25-27.04.2003
Relacje Milkeego:
Szkolimy "żółte koszulki"
Za kilka dni zaczyna się miesiąc maj. Na dobrą sprawę - tylko trzy miesiące zostały nam na
więcej »
Relacje Milkeego:
Szkolimy "żółte koszulki"
Za kilka dni zaczyna się miesiąc maj. Na dobrą sprawę - tylko trzy miesiące zostały nam na przygotowania do kolejnego Przystanku Woodstock. Pracy przed nami jest więc ogromna ilość, zwłaszcza, że przecież w tym roku zmierzyć się musimy z postanowieniami znowelizowanej ustawy o imprezach masowych. Póki co - wszystko idzie zgodnie z planem, intensywne szkolenia Pokojowego Patrolu pozwalają planować, że w dniu 1 sierpnia na żarskim polu pracować będzie tyle służb porządkowych, odpowiednio przeszkolonych i przygotowanych, ile być musi w świetle wspomnianej ustawy.
Szkolenie, które w tym momencie odbywa się w Szadowie, to bardzo ważne dla nas spotkanie. Zaprosiliśmy 30 osób, wybranych w długich dyskusjach i rozważaniach w Radzie Pokojowego Patrolu, z których część pracować będzie na Przystanku jako liderzy grup, czyli "żółte koszulki". To oni są łącznikiem pomiędzy centrum zabezpieczenia imprezy a każdym pojedynczym Patrolowcem, powiązani systemem łączności, znajdują się niemal w każdym miejscu na Przystankowym polu i kiedy tylko zobaczycie gdzieś obok siebie Patrolowca w koszulce czerwonej, to na bank, jak się rozejrzycie - zobaczycie też gdzieś koszulkę żółtą.
30 osób, bardzo różnych, z różnym doświadczeniem, z różnymi codziennymi zajęciami, z najróżniejszych okolic Polski. Łączy ich wielkie zaangażowanie w idee Pokojowego Patrolu, łączy ich ogromna solidarność i poczucie bliskości z drugim człowiekiem, ale także poczucie obowiązku, solidność i odpowiedzialność. Zostali przez nas, instruktorów Patrolu, zauważeni i wyróżnieni na szkoleniach, część z nich doskonale wypełniała swoje obowiązki na Przystanku Woodstock. Po tym szkoleniu będziemy musieli zadecydować, kto z tej ekipy założy na Przystanku Woodstock żółtą koszulkę lidera grupy.
Wczorajszy dzień to w całości - zajęcia w terenie. Cała grupa prosto z autokaru, z całym swoim ekwipunkiem, ruszyła na trasę marszu przygotowanego przez naszych instruktorów. Oczekiwaliśmy jednego - determinacji i konsekwencji w dążeniu do celu, ale oczywiście - w pojęciu grupowym. Już sam początek, pierwsze zadanie jakim była "powódź" zmusiła wszystkich do wdrapania się na drzewa, na których spędzili kilkadziesiąt minut chroniąc się przed wyimaginowaną powodzią. I nie ma zmiłuj, nie ma miejsca na narzekanie, na dyskusje - trzeba przyjmować to, co przynosi dzień i jak najlepiej pracować na rzecz grupy. Tak jak na Przystanku...
Później zadania typowe dla szkoleń - integrujący linowy "most zaufania", który przejść musiała na raz cała grupa trzymając się wzajemnie na za ręce, czy skok zaufania, gdzie każdy musiał przełamać strach i obawy przed wysokością.
Nie zabrakło oczywiście zadań sprawdzających wiedzę z pierwszej pomocy przedmedycznej, na szkoleniu jest z nami ekipa PCK z Bielska - Białej, która wczoraj przygotowała dla grup - pozorację, a dziś od rana prowadzi wykłady przypominające wiadomości medyczne. Szkolnie rozpoczęło się oczywiście testem sprawdzającym stan wiedzy po dotychczasowych szkoleniach.
Ale najbardziej wyczerpującym zadaniem była przeprawa przez jezioro w Brachlewie. Wtedy, kiedy już po wielu kilometrach trasy i zmęczenie, i stres, i głód dały znać o sobie, a trzeba było to wszystko przezwyciężyć, bo grupa musiała sama zbudować sobie tratwę, zwodować ją, a później przeprawić się ze wszystkimi bagażami. Zimny, przejmujący dreszczem wiatr, lodowata woda, a tu trzeba było się rozebrać i wejść do wody, wdrapać na niestabilną tratwę, zamocować i zabezpieczyć bagaże po czym - przeciągnąć tratwę na drugą stronę jeziora. Kiedy ostatnie osoby wychodziły już na brzeg po przeprawie, słońce dawno zaszło a wieczorny chłód czuć było przejmująco...
Zawitaliśmy w końcu do Brachlewa. Czekała na nas obiadokolacja, pierwszy od wielu godzin ciepły posiłek. Później spotkanie z Jurkiem, który opowiedział o roli lidera grupy na Przystanku Woodstock, o naszych planach i zamierzeniach dotyczących tegorocznego Przystanku.
A dziś od rana - wykłady PCK. Za niedługi już czas całą grupa zawita do Szadowa, by podejść do kolejnych, przygotowywanych właśnie przez instruktorów Patrolu, zadań...
Serdecznie pozdrawiam!!!
(Milkee)
Tym razem - parami
Sobota na szkoleniu kandydatów na liderów Pokojowego Patrolu rozpoczęła się wykładem i egzaminem z udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej. Do obiadu więc nasi Patrolowcy przebywali bardziej na sali wykładowej niż na powietrzu. Tymczasem w okolicach szadowkiego młyna roiło się od żółtych, instruktorskich koszulek. Przygotowywana tam była kolejna porcja zabaw i ćwiczeń, których wykonanie miało zająć kursantom popołudnie i wieczór.
Po obiedzie wesoły autobus wypełniony ludźmi w koszulkach Pokojowego Patrolu opuścił Brachlewo, a za kilkanaście minut cała ekipa stała już na tle młyna w Szadowie, witana przez Jurka, Remka i Jacka, którzy po kolei tłumaczyli zasady dzisiejszych zajęć. Przede wszystkim - nowy podział na grupy. W zamian dwóch kilkunastoosobowych utworzono kilkanaście dwuosobowych zespołów. Taki system zajęć przeprowadziliśmy po raz pierwszy, ale to i dlatego, że chcieliśmy bardziej indywidualnie poobserwować kandydatów na liderów.
Ruszyli. Odwiedzić musieli 14 punktów z zadaniami. Był to przekrój przez najróżniejsze zadania jakie stawiamy naszym kursantom. Był więc spływ kajakowy, przeprawa linowa (tzw. most zaufania), przeskok na wiszącej nad wodą "lianie", były dwuosobowe narty, dalej - dwie pozoracje przygotowane przez PCK, ścianka wspinaczkowa, piła (prozaiczne aczkolwiek ciekawe - dwie osoby musiały przepiłować oburęczną piłą drewniany klocek), a w to wszystko wplecione zadanie artystyczne - trzeba było zaprojektować i namalować logo Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tym celu każda z grup musiała udać się na małą wyprawę rowerową na pobliskie bagniska, gdzie ukryte były spraye z farbami. Po tym każda miała za zadania namalowanie fragmentu tego logo, co w efekcie - dać miało dużą tablicę, która będzie mogła zawisnąć na ścianie szadowskiego młyna.
Bieganie, jeżdżenie, skakanie, przeprawianie - wszystko trwało do późnych wieczornych godzin. Rozglądając się wokół, teren wokół Szadowa wyglądał jak dobrze zorganizowany obóz treningowo - szkoleniowy. Po kilku godzinach tych zajęć spotkaliśmy się przy ognisku, przy kolacji i można było obejrzeć efekty całego dnia. Kilka osób mokrych zupełnie, albo po walce z wąską, ale bardzo niepokorną rzeką Liwą, albo po przeprawie bagiennej. Wszyscy już zmęczeni, zmarznięci, tymczasem - z nieba zaczęła kapać woda, potem więcej wody - po chwili mieliśmy regularny deszcz.
Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo... :-) Zresztą nikt się nie skarżył, możliwość odpoczynku i zjedzenia czegoś ciepłego była tak atrakcyjna, ze nawet bardzo ulewny deszcz nie byłby w stanie do niej Patrolowców zniechęcić...
Kiedy zapanował już zupełnie sielankowy nastrój - uszu naszych dobiegł ze strony młyna potężny huk. Ktoś krzyczy - POMOCY!!! POMOCY!!!. No i zdziwieni wszyscy, bo jeszcze chwilę temu Jurek zapewniał - za moment przyjedzie autobus, koniec na dziś... Ale nie...
Wieczorna pozoracja to pole namiotowe, przez które przejechał rozpędzony maluch, tratując kilka namiotów, zapalając jeden, po czym wjechał z impetem w rzekę. W samochodzie - też poszkodowani, a auto w każdej chwili może eksplodować...
Patrolowcy w mocnym nieładzie wbiegli na pole całego zdarzenia. Wydawało się, że chaos zapanował totalny i że ta grupa już nic konstruktywnego nie zrobi. Ale nieprawda - choć mocno intuicyjnie, to jednak logicznie podzielili się nasi Patrolowcy na małe zespoły i każdy poszkodowany zaraz miał obok siebie ratownika. Kilka osób bez wahania weszło do wody, żeby wyciągnąć poszkodowanych z samochodu. Namioty w pobliżu auta zostały dość szybko ewakuowane. I dobrze, bo po chwili maluch stał już w płomieniach.
Każdemu poszkodowanemu udzielono pierwszej pomocy. Po chwili na miejsce przyjechała karetka, którą był samochód PCK-owców, to był początek końca akcji ratowniczej.
Kiedy wszyscy poszkodowani zostali jeden po drugim przekazani ratownikom PCK, akcja została zakończona. Pozostało już tylko podsumowanie, ocena pracy Patrolu, której dokonał szef bielskiej grupy PCK - Janusz Głaz.
To już koniec. Powiedzieliśmy to wszystkim wyraźnie, zajęcia się skończyły, pozostało jedynie rozliczyć się ze sprzętu, w który każdy z kursantów został wyposażony, i pozostałą część wieczoru spędziliśmy wszyscy razem w jednej z sal w Szadowie (niestety, deszcz zamienił się w ulewę, nie było szans na ognisko), a dla mnie - ten wieczór, śpiew i taniec, wielka ogólna radość, która była w nas wszystkich - to jedna z najmilej wspominanych chwil ze wszystkich szkoleń Patrolu.
Wesoły autobus opuścił szkolenie po północy. Rozśpiewany, roześmiany, pełen pozytywnych wibracji. W Barcicach jeszcze krótki czas trwały rozmowy i przyśpiewki, ale w końcu zmęczenie wzięło górę. Został nam ostatni dzień...
Certyfikat
”Certyfikat ukończenia kursu II stopnia Pokojowego Patrolu dla kandydata na lidera” - takie zdanie otwierało każdy z certyfikatów, który otrzymali nasi kursanci - kandydaci w czasie spotkania w Leśnej Klasie, przy ośrodku Zielona Szkoła w Brachlewie. Dobrnęliśmy do końca szkolenia, niezwykle ciężkiego i intensywnego. Przed nami stało 28 osób, część z nich poprowadzi w tym roku patrolowe grupy na Przystanku Woodstock. Patrolowcy najbardziej zaangażowani, aktywni, doświadczeni, także ci, którzy w sposób szczególny wyróżnili się na dotychczasowych szkoleniach.
Dwa dni pracy, dwa dni obserwacji dla nas, a dla nich - dwa dni zmagania się ze słabościami, z własną wolą, dwa dni wyrzeczeń i determinacji... Dwa dni bycia ze sobą, bycia Patrolowcami...
Z wielką radością wręczaliśmy im certyfikaty. Z wielką radością wręczaliśmy nagrody najlepszym, czyli tym, którzy w kolejnych zadaniach uzyskali największą ilość punktów. Chociaż nasza ogólna ocena ich jako Pokojowy Patrol - nic z punktami wspólnego nie ma. Wszyscy byli wyjątkowi i wszyscy stworzyli nieprawdopodobny klimat. Część z nich założy żółte koszulki, a pozostali - na pewno będą dla swoich liderów nieocenioną pomocą. No i może rok później... :-)
Wielkie dzięki dla wszystkich, bez których tego szkolenia by nie było. Dzięki dla Grupy Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska - Białej. Dzięki dla Zielonej Szkoły w Brachlewie i dla Ośrodka Szkolno - Wychowawczego w Barcicach. Wielkie podziękowania dla instruktorów Pokojowego Patrolu, których ciężka praca zaowocowała tak doskonale zorganizowanym szkoleniem. Wielkie dzięki dla ekipy programu KRĘCIOŁA, którzy włazili w każde miejsce za Patrolowcami, a dzięki temu obejrzycie obszerną relację ze szkolenia w telewizji.
Spotykamy się na bank - na Przystanku Woodstock. A czasu - coraz mniej. Na dobrą sprawę, tylko trzy miesiące...
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
|
21. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szadowo-Młyn 11-13.04.2003 r.
12.04.2003 20:00
Szadowo po raz drugi
Witam Was bardzo serdecznie z kolejnego szkolenia Pokojowego Patrolu w Szadowie, niedaleko Kwidzyna.
Szkolenie I stopnia rozpoczęło
więcej »
12.04.2003 20:00
Szadowo po raz drugi
Witam Was bardzo serdecznie z kolejnego szkolenia Pokojowego Patrolu w Szadowie, niedaleko Kwidzyna.
Szkolenie I stopnia rozpoczęło się wczoraj, kiedy 50 osób, które chcą stać się członkami Pokojowego Patrolu, rozpoczęło zajęcia, ucząc się pierwszej pomocy przedmedycznej. Był to cały dzień wykładów prowadzonych przez instruktorów Polskiego Czerwonego Krzyża z Bielska Białej, którzy od samego początku bardzo profesjonalnie i zawodowo szkolą Patrol. Po tym dniu, spędzonym niemal w całości na sali wykładowej, patrolowa grupa udała się do Ośrodka Szkolno - Wychowawczego w Barcicach, który z wielką gościnnością nocuje wszystkich kursantów.
Z rozmów i komentarzy wyczułem lekkie zmęczenie jednostajnością szkolenia i tym, że w całości odbyło się ono w sali. Odpowiedzią na to był dzisiejszy dzień, czyli nasze zajęcia w terenie. Trzy grupy, trasa podzielona na kilka fragmentów i rozłożona wokół Szadowa, przez część grupy pokonywana pieszo, przez inną - w kajakach. Trasa spływu kajakowego, choć krótka, to była jednak niesamowicie ciekawa, płynęliśmy rzeką Liwą, która przepływa obok Młyna w Szadowie, a która przez dziesiątki zakrętów, zatorów i przeszkód dopływa w efekcie do... No jak się uprze, to i do Wisły bez schodzenia na ląd się przedostaniecie.
Te przeszkody niesamowicie utrudniły spływ naszym kursantom. Odległość wcale nie bardzo duża, ale jej pokonanie to ponad półtorej godziny walki z konarami, płyciznami i zawijasami rzeki.
Ale grupa, którą na tym szkoleniu przyszło mi się opiekować, zaskoczyła mnie w innym momencie, kiedy to bez pardonu, niosąc rannego na zbudowanych własnoręcznie noszach, weszła po kolana do wody rzeki Liwy. Szpital do którego mieli się dostać, znajdował się po drugiej stronie rzeczki, a najkrótsza droga - po prostu w poprzek, przez wodę. Jak postanowili, tak zrobili, a myśmy wszyscy bili im brawa za dzielną postawę. No, Fasolki, jesteście cudowni! :-)
Zresztą, co ja Wam będę nawijał, obejrzyjcie po prostu foty ilustrujące tę nowinkę.
Teraz trwają popołudniowe zajęcia z PCK, po nich - marsz nocny, na którym będę i o kórym opowiem w nowinkach - zapraszam więc serdecznie.
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
14.04.2003 14:51
Woodstock w Szadowie
Sobotnie wieczorne zajęcia na szkoleniu w Szadowie to zakończenie kursu udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej. Po dwóch dniach intensywnych zajęć i ćwiczeń naszych kursantów czekał egzamin sprawdzający, kto posiadł na tyle dużo wiedzy i umiejętności, by otrzymać od Polskiego Czerownego Krzyża certyfikat honorowany we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Egzamin jak to egzamin - zawsze połączony jest ze stresem i pytaniem - czy się uda? Na to pytanie odpowiedź miał przynieść dopiero następny dzień, ale i nasi Patrolowcy nie mieli zbyt dużo czasu, bo zaraz po opuszczeniu przez nich sali egzaminacyjnej odbył się ostatni etap części surviwalowej szkolenia, czyli zajęcia nocne.
Tym razem bez długiego marszu z wieloma zadaniami, gdyż intensywność szkolenia i tak narzuciła mocne tempo wszystkim - i instruktorom, i kursantom. Toteż ostatnim etapem była wieczorna pozoracja, oczywiście na terenie przyszłego Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry... Na tle młyna w Szadowie stanęło mini-pole namiotowe, maleńka imitacja tego, co znamy doskonale z corocznych Przystanków Woodstock. Na polu tym zdarzył się wypadek, wybuchł pożar, spłonęło kilka namiotów, wiele osób jest poparzonych, wiele w panice, wiele po prostu - przeszkadza.
To Pokojowy Patrol w takich sytuacjach na Przystanku Woodstock podejmie pierwszą interwencję. Pokojowy Patrol przygotuje pole do działania dla profesjonalnych służb ratowniczych, a po ich przybyciu - ma być dla nich wsparciem i pomocą. I to właśnie przećwiczyć miała ta pozoracja.
I powiem Wam szczerze, że pomimo świadomości tego, że wszystkie prowadzone od początku szkolenia zajęcia były przygotowane profesjonalnie i przez ekipę z dużym doświadczeniem, pomimo wiary w to, ze przybyli do nas ludzie doskonale rozumiejący idee na których oparty jest Pokojowy Patrol i Wielka Orkiestra - zaskoczeni byliśmy, jak sprawnie udało się tej grupie 50 osób przeprowadzić akcję ratowniczą w Szadowie. Bez zbędnego zamieszania, bez paniki, z doskonale podzieloną pracą między dość przypadkowo powstałe zespoły, z których każdy zajął się innym poszkodowanym - w ciągu kilkunastu minut sytuacja została opanowana a każdy otrzymał niezbędną pomoc. Bardzo pozytywnie o działaniach tej grupy Patrolu wyrażali się ratownicy z Bielskiej grupy PCK, którzy po pozoracji kolejno podsumowali całe zdarzenie, wskazując oczywiście jeszcze popełnione błędy, ale także chwaląc całokształt akcji, zarówno pod względem jakości jak i sprawności działania.
Oj, dumni byliśmy, że o taką właśnie ekipę powiększyła się rodzina Pokojowego Patrolu. I utwierdzeni jesteśmy w przekonaniu, że to właśnie Pokojowy Patrol jest najlepszą służbą porządkową na świecie - nie ma lepszej!
Po zakończonej pozoracji - zaprosiliśmy wszystkich na ognisko, już na spokojnie można było opowiedzieć o wrażeniach, podsumować sobie całość ciężkiego i intensywnego dnia, pozdrowić i podzielić radością z jego przebiegu.
Bardzo późną już nocą wróciliśmy do Barcic, by złapać jeszcze trochę snu, przed kończącym szkolenie dniem... Do głów wrócił egzamin PCK i ponownie pytanie - udało się czy nie...
:-)
14.04.2003 14:59
Do zobaczenia, Szadowo!
UDAŁO SIĘ! Tak krzyknąć mogło 50 kolejnych osób, które po szkleniu I stopnia w Szadowie - dołączyło już bardzo oficjalnie do Pokojowego Patrolu, czyli otrzymało certyfikaty od Wielkiej Orkiestry i od Polskiego Czerwonego Krzyża świadczące o przejściu całego kursu.
Wzniosła dla nas i dla Patrolowców ceremonia, choć bez patosu i zbędnej pompy, odbyła się w niedzielę, w cieple południowego słońca i wśród zieleni Leśnej Klasy w Brachlewie. Jurek, za plecami którego stanęli wszyscy patrolowi instruktorzy z szefem Patrolu, Remkiem, na czele, podziękował wszystkim za udział w tym spotkaniu, podziękował wszystkim, którzy pomogli w jego organizacji. Szef ekipy PCK, Janusz Głaz, podsumował medyczną część szkolenia, raz jeszcze opowiadając o efektach i znaczeniu 16 godzin zajęć - wykładów i ćwiczeń, zakończonych egzaminem.
Wręczyliśmy certyfikaty. Dla wszystkich - rzecz to ważna, spełnienie celu tego wyjazdu i tych emocji, które nieodzownie wiązały się z każdym zadaniem, działaniem na rzecz grupy swojej, czy każdej z pozostałych.
Trzy grupy pokonywały dzielnie przygotowane przez instruktorów przeszkody. Każda z nich musiała stać się jedną całością, jednym działaniem i jednym głosem - i wszystkim się to udało. Pokazała to wieczorna pozoracja, dając nam tak wiele powodu do dumy.
Nagrodziliśmy specjalnymi koszulkami Orkiestry grupę, która najsprawniej przeszła wszystkie punkty, ale i która uzyskała największe uznanie w oczach instruktorów. Nagrodziliśmy osoby, które w sposób szczególny wyróżniły się podczas całego szkolenia. Ale to nie były wyścigi, największą dla nas radością było więc to, że tak wesołej ekipie 50 osób powiedzieliśmy "do zobaczenia na Przystanku Woodstock" wierząc w to bardzo, że ze wszystkim się latem w Żarach spotkamy.
Po pożegnaniach, uściskach i podziękowaniach, autobus odwiózł wszystkich na dworzec do Malborka, skąd udali się w najdalsze zakątki Polski... Ale nie martwimy się, do Przystanku, zostało już tylko kilka miesięcy...
Dzięki wielkie i pozdrawiam gorąco!!!
(Milkee) |
20. Szkolenie Pokojowego Patrolu - V szkolenie II stopnia Szadowo-Młyn 28-30.03.2003 r.
Opowieść Trawnika
Kolejne szkolenie rozpoczynało się w połowie między godziną 8 a 9. Autokar podjechał po grupę doświadczonych (po I stopniu)
więcej »
Opowieść Trawnika
Kolejne szkolenie rozpoczynało się w połowie między godziną 8 a 9. Autokar podjechał po grupę doświadczonych (po I stopniu) patrolowców. Każdy uśmiechnięty z myślą, że przyjedziemy, rozpakujemy się, zjemy obiadek i na wykłady.
Jednak plan miał być inny - nasza 50-tka została podzielona na dwie grupy: rowerową i kajakową. Mnie, ze względu na brak umiejętności jazdy na rowerze, przydzielono do kajaków. Zapowiadało się na miłą wycieczkę wśród malowniczych krajobrazów terenów Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nawet konieczność zabrania całości swojego bagażu nie zniechęcała.
Po zwodowaniu ruszyliśmy w nieznane. Sześć godzin spływu w warunkach dość ciężkich. Dość bardzo ciężkich. Ale nikt nie mówił że będzie łatwo! I nie miało być. Mielizny, powalone drzewa 40 centymetrów nad lustrem wody, takie same drzewa kilka centymetrów pod wodą czy wręcz zapory nie do przebycia stale towarzyszyły naszej wyprawie. Pokojowy Patrol, cały czerwony w grupie rowerowej pokonywał w tym czasie kilometry i wykonywał zadania z zakresu Pierwszej Pomocy. Kajakowcy momentami zmuszeni byli przeprawiać się z kajakiem poprzez las, gdyż przeszkody były momentami nie do pokonania, a wielu z nas poczuło jak zimna woda płynie pod nami na własnej skórze w większym lub mniejszym stopniu. Ciągnąc za sobą niezwykle ciężki kajak każdy miał w swych marzeniach miejsce docelowe. Jakkolwiek nie patrząc, kajakarze byli lepsi i pokonali trasę szybciej od grupy rowerowej.
Teraz przyszedł czas dla obu grup na wierszowane zagadki aby znaleźć obiad. Szukaliśmy z mapą wody, naczyń, chleba, serków oraz dania głównego. Nie było to łatwe ale w końcu jesteśmy Pokojowym Patrolem i musieliśmy dać sobie radę! Po posileniu udaliśmy się do Brachlewa - miejsca znanego już niejednemu Patrolowcowi. Część grupy na rowerach, część autokarem. Tam czekał nas niespodziewany test z zakresu Pierwszej Pomocy przygotowany specjalnie dla nas przez PCK-ów z Bielska Białej. Kolacja, chwile czekania i wesołym, zmęczonym autokarem jechaliśmy (w sumie już drugiego dnia bo około pierwszej w nocy) na nocleg - do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Barcicach. Poniektórzy padli w przeciągu pięciu minut po wejściu do budynku, reszcie Milkee umilał chwile grając na gitarze, i naprawdę było czego posłuchać!
Drugiego dnia z samego rana (7:30) cała zgrana brygada czerwonych mrówków udała się do Brachlewa. Zostaliśmy powaleni wynikami testu PCK, zapoznaliśmy się z nowinkami i powtórzyliśmy nabyty już na poprzednich szkoleniach materiał. I po tym nastąpiła nowość - wykłady z zakresu Służby Porządkowej. Każdy dostał ustawę, przepisy, zanotował co trzeba i przenieśliśmy się na boisko w celu zajęć praktycznych. Dobraliśmy się w pary i ćwiczyliśmy na sobie co takiego ciekawego można zrobić drugiemu człowiekowi i jak łatwym to się tylko wydaje. Milkee, zasłaniając się aparatem, nie chciał brać czynnego udziału, natomiast grupa PCK z Bielska Białej czynnie i ambitnie włączyła się w zajęcia teoretyczne jak i praktyczne. Przyszedł czas obiadu, następnie powróciliśmy na tereny Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Fundacjo - to miejsce powala pięknem każdego kto tylko się pojawi. Gdyby się tylko dało wybudowałbym sobie obok domek i zamieszkał w tych jakże malowniczych terenach. Ale co tu pisać o pięknie jak czekały nas kolejne przygody. Zostaliśmy podzieleni na cztery grupy i udaliśmy się każda w inną stronę aby wykonać powierzone nam zadania. Pierwszym dla mojej grupy było przeprawienie się przez most nad rzeczką, którą poprzedniego dnia płynęliśmy, następnie przetransportowanie się ponowne na poprzedni brzeg, wyjście do Owcy po drabinie i przejście wiszącą drabinką od drzewa do drzewa. (Kasiu - udało Ci się, przełamałaś się i to jest najważniejsze!) Nie można było się poddawać, bo lina na tym się nie kończyła. Na drugi brzeg znów przeprawa, tym razem na pojedynczej linie i to było finiszem pierwszego zadania. Kolejne było dwuczęściowe - most dość długi i wyczerpujący, a następnie to, co tygrysy lubią najbardziej - zjazd na linie. Prawie 70 metrów w dół jest przeżyciem którego nie da się opisać! Ostatnia osoba z grupy pozorowała uraz kręgosłupa i z tymże człowiekiem na noszach trzeba było pokonać rzekę po kilku gałęziach (szerokość maksymalnie 10 centymetrów) i udać się do Moola, który był przy początku zjazdu na linie. Męczące zadanie które doskonale pozwala się zgrać, zaufać sobie i wspomagać się wzajemnie. Następnym zadaniem były znów kajaki (znów gdyż byłem w grupie kajakowej dnia poprzedniego), a dokładniej slalom pomiędzy siedmioma bojami. Ostatnim - czwartym - zadaniem był przejazd rowerem z atrakcjami (bo nie mam pomysłu jak to opisać) i wyjście po ścianie młyna aż na trzecie piętro.
Cała nasza pięćdziesiątka, już wspólnie, udała się następnie na kolacje przy ognisku. W pewnym momencie dwa huki przerwały nasz sielankowy nastrój (a każdy myślał ze już nic się nie wydarzy). Donośny okrzyk Milkeego "Tam ludzie potrzebują pomocy!" w sekundy zerwał wszystkich Patrolowców - trzeba pomóc! Biegiem udaliśmy się na miejsce zdarzenia. Tragedia - płonie młyn! Z oddali słychać syreny wozu strażackiego, nasza grupa podzieliła się i po chwili pierwsi ranni dostali się w czułe ręce medycznej części grupy. Kilka osób poszkodowanych musiało skakać na specjalnie rozłożony przez Straż Pożarną materac, jedną osobę zwożono na linach. Skutek był pozytywny - wszyscy przeżyli i opatrzeni czekali na przyjazd pogotowia.
W tym samym czasie grupa Patrolowców przy bramie zabezpieczała teren i uspokajała tłum gapiów, z których niektórzy wpadli w szał. Cała akcja została przez służby oceniona bardzo pozytywnie co ucieszyło każdego z nas.
Po wszystkim ponownie udaliśmy się w stronę ogniska gdzie piekliśmy kiełbaski, a Remek grał, śpiewał i integrował grupę. O trzeciej w nocy byliśmy już w Barcicach na noclegu, ale nie poszliśmy od razu spać, następnego dnia był egzamin Służby Porządkowej (który wszyscy na szczęście zdali) i trzeba było się jeszcze intensywnie (mimo zmęczenia) pouczyć. Ranek powitał nas ciepłym słońcem i po śniadaniu, po egzaminie przyszedł czas na pożegnanie. Uścisk ręki Jurka (uwaga - ręki tej nie myjemy!), dyplom, orkiestrowa dwuzłotówka na rzemyku (wisi na szyi każdego z nas) i żal że rozstajemy się z takimi pięknymi okolicami. Czas pomyśleć o szkoleniu III stopnia... chociaż na razie takowych nie ma. Pozostała wiedza wspomnienia i radość tych trzech dni - przeżycia które nie znikną do końca życia!
Trawnik (i jego Żółte Buty)
Relacja Milkeego
Taki napis widnieje na koszulkach Pokojowego Patrolu, który w ilości 50 osób spotkał się na pierwszym po Przystanku Woodstock Żary 2002 szkoleniu II stopnia.
II stopień to szkolenie "przypominające". Przede wszystkim - wiadomości dotyczące pierwszej pomocy przedmedycznej. Ale nie tylko, bo właśnie za chwilę zaczynają się wykłady dotyczące roli służb porządkowych na imprezie masowej. Oczywiście, wszystko to pod kątem najbliższego, IX Przystanku, do którego zostało nam już tylko kilka miesięcy...
I z takim nastawieniem przybyło do nas 50 Patrolowców, z którymi spotkaliśmy się na dworcu PKP w Malborku. Kiedy więc dojechali autobusem właśnie do Szadowa, nieco zaskoczyło ich to, że nie czekała na nich sala wykładowa, tylko grupa instruktorów Patrolu ze sprzętem przygotowanym do zajęć w terenie. Ze sprzętem, to znaczy z 25 rowerami i z 15 kajakami. Przed budynkiem młyna wszystkich przywitał Jurek oraz Remek, po czym - całą ekipę podzieliliśmy na dwie grupy. Duże, ponad 20-osobowe, ale przecież właśnie w takich grupach Patrolowcy działają na Przystanku Woodstock.
Jedna grupa - wsiadła na kajaki i ruszyła ze spływem w dół Liwy, a druga - dosiadła rowerów i ruszyła w dłuuugą trasę wokół Szadowa i Brachlewa. Wszyscy byli tak, jak wysiedli z pociągu a później z autokaru. To znaczy "w pełnym rynsztunku", ze plecakami, ze wszystkimi rzeczami przy sobie.
Liwa okazała się rzeką niesamowicie zaskakującą. Wąska, nie głęboka, ale dla kajaka - pełna przeszkód, najróżniejszych utrudnień i taki spływ okazał się nie lada sztuką. Za to widoki, jakie rozciągały się wokół - kilka miejsc budziło szczery zachwyt. Klimat mocno już wiosenny, przyroda ożywająca i napawająca wszystkich optymizmem. Jednym słowem - przygoda wspaniała, i tylko wybryki Liwy przeszkadzały w pełnym podziwianiu tego, co przyroda roztoczyła wokół nas.
Zresztą grupa "rowerowa" wcale nie była tutaj pokrzywdzona. Trasa biegła polnymi drogami i także tutaj można było podziwiać budzące się do życia leśne tereny wokół Szadowa.
Istotą szkolenia ma być przypomnienie wiadomości z pierwszej pomocy przedmedycznej. Stąd najważniejszymi zadaniami na trasie rowerzystów były pozoracje. Przygotowane oczywiście przez ekipę PCK z Bielska - Białej. W jednym przypadku Patrolowcy musieli ratować spadochroniarza, który zawisł na gałęzi wysoko nad ziemią, inna ekipa próbowała pomóc poszkodowanemu, który utkwił w płytkiej studzience. Niezwykle ciekawie wyszedł punkt, gdzie trzeba było przygotować i przeprowadzić przeprawę dwóch poszkodowanych nad głębokim rowem - bo o ile przy pierwszym zadaniu chaos i zamieszanie mocno psuło efekt pracy, o tyle przy drugim - już zafunkcjonował podział ról i ekipa dość sprawnie wszystko przeprowadziła.
Zajęcia skończyły się bardzo późnym wieczorem spotkaniem na polance nad Liwą obu grup. Tutaj szybki posiłek i już wszyscy razem udali się do Brachlewa, do znanej nam już z poprzednich szkoleń Zielonej Szkoły, gdzie... Dzień zakończył się egzaminem PCK. Tym samym, który wszyscy zdali kończąc pierwszy stopień szkolenia Patrolu. Znowu zaskoczenie, i choć zmęczenie wielkie ogarniało już wszystkich (włącznie z instruktorami), to jednak nie ma zmiłuj, test odbyć się musiał. Omówienie jego wyników to początek dzisiejszego dnia, który dopiero teraz dopasował wizję szkolenia do marzeń o sali wykładowej i godzinach zajęć „przypominkowych”. Ale o tym w następnej nowince... :-)
Gorąco Was pozdrawiam!
(Milkee)
29.03.2003 19:26
Służba porządkowa
Dzisiejszy ranek to początek zajęć teoretycznych. Na pierwsze dziś spotkanie ze szkolonymi Patrolowcami odważyli się PCK-owcy, którzy podsumowali wyniki wczorajszego testu oraz omówili kilka dodatkowych zagadnień odnośnie całego materiału pierwszej pomocy przedmedycznej.
Ale prawie całe przedpołudnie zajęło nam spotkanie z... No właśnie. Pierwotnie zajęcia, które dotyczyć miały roli służb porządkowych na imprezach masowych, miały być prowadzone przez Policję. Postanowiliśmy jednak nieco koncepcję odmienić i na szkolenie zaprosiliśmy specjalistów z firmy profesjonalnie szkolącej, zgodnie z zapisami nowej ustawy o imprezach masowych, służby porządkowe.
I cieszy nas bardzo, że Patrolowcy przywitani zostali przez dobrze znanych nam już panów w niebieskich koszulkach z napisem PATROL. Bo duża część zajęć dotycząca zagadnień samoobrony, prowadzona była właśnie przez tych, którzy od lat pracują jako zawodowa ochrona na Przystanku Woodstock.
Ale ich zajęcia poprzedzał wykład, który omawiał prawne strony pracy Pokojowego Patrolu na Przystanku Woodstock. Czyli obowiązki i uprawnienia, a także wymagane kwalifikacje służb porządkowych.
Bo wstęp do wykładu od razu wyjaśnił jedno - możecie nazywać się, niejako "wewnętrznie", Pokojowym Patrolem. W świetle ustawy - jesteście służbą porządkową na imprezie masowej.
29.03.2003 19:30
Wieczorne zajęcia w Szadowie
Szadowo, zaraz po obiedzie, zaczerwieniło się od koszulek Patrolowców. Zajęcia surwivalowe, które tym razem wszystkie zebrane były w bliskich okolicach młyna, miały przećwiczyć integrację i współpracę w grupach, tym razem mniejszych, bo całość kursantów podzielona została na cztery zespoły.
Wyglądało to coś a la małpi gaj, bo każda z grup musiała przejść po kolei wszystkie zadania - najpierw się wspiąć, przejść gdzieś na linie, potem zjechać, ponownie pokonać most linowy, następnie wykonać zadania zręcznościowe na rowerze (co było dosyć efektowne, kiedy rowerzysta, trzymając wiosło kajakowe niby kopię rycerską, pchał przed sobą plastikową beczkę), pokonać kajakiem trasę przeszkód, a na końcu - zdobyć młyn, czyli wspiąć się po ścianie do najwyższego okna, wejść do środka i już wewnątrz - zjechać po linie na dół. Oczywiście, wszystko na czas, wszystko po presją, a grupa stanowić już ma integralny zespół pracujący na zasadzie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. I efekt szkolenia widać bardzo dobrze, bo faktycznie, zespołowość odczuwało się przy każdym zadaniu.
Choć to jeszcze nie ostatnie próba dzisiaj...
31.03.2003 10:37
Młyn płonie
Późna wieczorowa pora zrobiła się, kiedy wszystkie patrolowe grupy zawitały do każdego punktu przygotowanego przez instruktorów Pokojowego Patrolu. Zmęczenie i głód nie oszczędziły nikogo, nawet nas. Także zaplanowany po wszystkich zajęciach wieczór przy ognisku i kolacja był wyczekiwany przez wszystkich z niecierpliwością.
Patrolowcy, którzy powoli schodzili na brzeg Liwy, gdzie ognisko przygotowaliśmy, marzyli tylko o posiłku i odrobinie ciepła, noc koszmarnie zimna była, więc i ogień, i gorąca herbata to był dla wielu po prostu koncert życzeń. I kiedy już wszyscy usiedliśmy, zaczęło się gaworzenie, dowcipkowanie, opowiadanie wrażeń i dzielenie emocjami - wydawało się, że szkolenie dobiegło końca.
Ale nie. Jeszcze nie. Uwagę wszystkich oderwał potężny huk, który usłyszeliśmy z kierunku Młyna. Za moment drugi. I bijąca stamtąd łuna światła...
Coś musiało się stać! Potrzebna Pomoc! Pokojowy Patrol, to nie są ćwiczenia! Do dzieła!
Dość mizernie trwało odrywanie się od ogniska i wygód. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Po momencie już grupa pięćdziesięciu osób wbiegała na teren Młyna, który ukazał się naszym oczom otoczony dymem i płomieniami. Na górze ktoś wychylał się z okna i wzywał pomocy. Na szczęście, już słyszeliśmy sygnał syreny, po chwili na teren wjechał wóz bojowy Straży Pożarnej. Strażacy rozpoczęli błyskawiczną akcję, momentalnie pojawiły się węże, pod oknem stanęła wielka poduszka, na którą przez okno wyskoczyć mogli ludzie uwięzieni we młynie przez płomienie. Dowódca sekcji straży dowodził całą akcją, on też prosił o pomoc Pokojowy Patrol. Trzeba zabezpieczyć teren i udzielić pomocy poszkodowanym ewakuowanym z budynku. A te, jedna po drugiej, zaczęły wyskakiwać z płonącego budynku. Na dole każdą z nich od razu przejmował Patrol, przenosił w bezpieczne miejsce i udzielał pierwszej pomocy. Z najwyższego okna nie dało się skoczyć, poszkodowanego w ciężkim stanie trzeba było ewakuować po linie. Kilka osób strażacy wyprowadzili drzwiami, także kiedy na płonący budynek spadły strumienie wody, cały placyk przed zalegali poszkodowani a wokół nich - mrowie czerwonych koszulek pomagających im Patrolowców.
Zaskoczyła mnie i chyba wszystkich obserwujących akcję, sprawność z jaką działała grupa. Jakże inne to było od tej akcji, którą trzy tygodnie wcześniej obserwowaliśmy na szkoleniu I stopnia. Ale... No właśnie, to szkolenie to był II stopień. I bardzo, bardzo było widać różnicę i efekt, jaki szkolenia przynoszą.
Akcję podsumował Szef Sekcji Straży Pożarnej z Kwidzyna, który dowodził akcją, a także szef Bielsko-Bialskiej grupy PCK, który był obserwatorem wszystkich wydarzeń. Patrolowcy wysłuchali mnóstwa pozytywnych uwag pod swoim adresem, w pełni zasłużenie, bo faktycznie, wykazali się pełnym profesjonalizmem.
Wielkie, wielkie podziękowania kierujemy w stronę wszystkich, dzięki którym ta akcja mogła się odbyć. Czyli Straży Pożarnej z Kwidzyna, która już drugi raz uczestniczyła w szkoleniu Pokojowego Patrolu i która w dowód wdzięczności dostała od nas prezent - nosze podbierające. Wielkie dzięki również dla Straży Pożarnej z Malborka, bo to dzięki nim właśnie pod budynkiem stanęła ta wielka poduszka do ewakuacji.
No i oczywiście - wielkie podziękowania dla Grupy Ratownictwa PCK z Bielska - Białej! Oni przygotowali pozorantów, a później obserwowali i ocenili umiejętności Patrolu, które też przecież są efektem ich pracy. Wielkie, wielkie dzięki!!!
Po "uratowaniu" wszystkich poszkodowanych i ugaszeniu płonącego Młyna, wróciliśmy do naszego ogniska, i teraz już bez spięcia zasiedliśmy, włożyliśmy w ogień nadziane na kije kiełbaski, Remek przyniósł gitarę... Było bardzo sympatycznie. Aż tu nagle...
:-) Nie, już się nic nie wydarzyło. No oczywiście poza tym, że po jakimś czasie pojawienie się autokaru oznajmiło zakończenie miłego wieczoru. Patrolowcy udali się do Barcic, gdzie nocowali. Przed nimi jeszcze tylko emocje związane z egzaminem pracowników służb porządkowych. Ale... To dopiero jutro...
(Milkee)
31.03.2003 11:14
Zakończenie szkolenia
Ale zanim się pożegnaliśmy, to jeszcze tylko jeden mały egzamin wszyscy musieli zaliczyć. Szkolenie na pracowników służb porządkowych na imprezach masowych przeprowadziła Firma KBG, organizatorem całości był Robert Kulczycki, a wykłady poprowadził i wszystkich przeegzaminował Edmund Basałyga. I wielkie, wielkie dla nich podziękowania, bo efektem ich udziału w szkoleniu Pokojowego Patrolu jest pierwsza grupa wykwalifikowanych (w świetle aktualnej ustawy o zabezpieczeniu imprez masowych) pracowników służb porządkowych noszących koszulki z napisem Pokojowy Patrol.
Egzamin zdali wszyscy, choć kilka osób musiało zdawać ustny egzamin poprawkowy. A po egzaminie - już tradycyjne podziękowanie, wręczenie certyfikatów ukończenia szkolenia II stopnia i pożegnanie słowami "do zobaczenia", bo przecież Przystanek Woodstock już tak niedługo...
Wesoły autobus opuszczał Brachlewo przed południem w niedzielę. A dziś już czytałem maile od naszych wyszkolonych Patrolowców ze słowami "wielkie dzięki". To dla Was, kochani, wielkie dzięki, bo stworzyliście na pierwszym szkoleniu II stopnia po Przystanku Woodstock, naprawdę wspaniały i rodzinny klimat. Także - z niecierpliwością wyczekuję kolejnego spotkania. Na pewno - na Przystanku Woodstock...
(Milkee) |
19. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Brachlewo 7-9.03.2003 r.
08.03.2003 17:15
Witajcie z Brachlewa - po raz drugi
Kochani!!!
Od wczoraj trwa nasze kolejne szkolenie Patrolu. Po raz drugi spotykamy się w
więcej »
08.03.2003 17:15
Witajcie z Brachlewa - po raz drugi
Kochani!!!
Od wczoraj trwa nasze kolejne szkolenie Patrolu. Po raz drugi spotykamy się w Brachlewie niedaleko Kwidzyna. Wczoraj - dzień medyczny. Nasi kursanci przez cały czas słuchali wykładu prowadzonego - a jakże - przez naszych Przyjaciół z PCK z Bielska - Białej.
Dzisiaj natomiast - połowa dnia to zajęcia w terenie.
Pogoda trafiła nam się fantastyczna - grzejące słońce ale i leżący jeszcze wszędzie dookoła śnieg. No i niesamowita grupa Patrolowców, których już pozwalam sobie tym słowem nazywać, choć jeszcze do końca szkolenia czasu trochę pozostało.
Tym razem ze wszystkimi zajęciami skupiliśmy się wokół Szadowa. To takie tajemnicze miejsce, o którym nieco więcej napiszę przy innej okazji. Wszyscy kursanci podzieleni zostali na cztery grupy i tymi czterema ekipami podejść musieli do każdego przygotowanego przez instruktorów Patrolu zadań. I nie będę opisywał szczegółów tych zadań, ale jedno w sposób szczególny mi zapadł w pamięci. Zjazd na linach, dobrze z wysokości kilku metrów i długości kilkunastu. Kiedy stanąłem nad urwiskiem, wszystko się wokół zakręciło, tak było wysoko. No i opowieść o niesamowitej determinacji i walce z samym sobą - mówię o Magdzie, która z wielkim trudem szukała w sobie odwagi na to, aby podejść do lin, ale później, wspierana bardzo aktywnie przez grupę i instruktora prowadzącego punkt, podeszła, pochyliła się i... skoczyła... Niesamowicie dumny z niej byłem, bo to jest tak, jak już kiedyś pisałem - najważniejsze to znaleźć w sobie wiarę i siłę, broń Boże nie rezygnować, a wszystko nagle staje w zasięgu ręki. I nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, nieprawdaż?
Generalnie - 5 punktów wokół wspomnianego Szadowa, a ostatni wrył mnie w ziemię. Słuchajcie, przy pomocy Straży Pożarnej z Kwidzyna udało nam się zorganizować niezwykle efektowną pozorację wypadku samochodowego. Dymiące auto wbite w jakiś budynek i 4 (5) osób poszkodowanych. Patrol, który do punktu doszedł, nagle rzucił się do akcji ratowniczej. I choć błędów medycznych masa (oni się dopiero uczą!), i choć akcja w straszliwym chaosie, kiedy wszyscy chcą ratować wszystkich (co zostało celowo przez nas tak sprowokowane), to jednak cała akcja pokazała, jak zachować się może kilkadziesiąt osób chcących uratować życie pasażerów. Bez przywódcy, bez lidera...
Za pomoc nieopisaną dziękujemy Straży Pożarnej z Kwidzyna.
A teraz wszyscy już są w ośrodku w Brachlewie, po obiedzie, i trwają zajęcia - ćwiczenia PCK. Wieczorem - egzamin i marsz nocny, ale o tym - w kolejnych nowinkach...
10.03.2003 11:21
Noc w Brachlewie
Całe sobotnie popołudnie to, jak już zresztą zawsze na szkoleniach Patrolu, czas przeznaczony na kurs pierwszej pomocy. I jest to bardzo ważna część, dlatego że te kilka godzin (całkiem sporo nawet, dlatego, że koniec tych zajęć to baaardzo późna wieczorna pora) to czas ćwiczeń i praktyki w udzielaniu pierwszej pomocy. Nie dało się podejść do egzaminu teoretycznego bez zaliczenia wszystkich etapów ćwiczeń, punkt po punkcie i osoba po osobie. I kiedy już (dawno po kolacji) nasi kursanci usiedli do kartek z pytaniami egzaminacyjnymi - no nie udawało im się ukryć zmęczenia. A przecież jeszcze zajęcia nocne przed nimi...
Egzamin - ja to nie raz pisałem, że jest to chyba najcichszy moment na szkoleniu. Pełne skupienie i wysiłek umysłowy, kilkadziesiąt pytań i surowa ocena instruktorów PCK. I nie ma przebacz, kto nie osiągnął dostatecznego minimum odpowiedzi - kursu nie zaliczył. Ano i były takie przypadki...
Ale o tym, kto tak, a kto nie, Patrolowcy dowiedzieć się mieli dopiero dnia następnego. Teraz przed nimi - marsz nocny. Pogoda zaczęła robić jakieś uniki jeszcze za dnia, zaczynało się robić szaro i nieprzyjemnie. Kiedy wyszliśmy przed ośrodek - nie powiem, żeby ktoś narzekał na zimno, później jednak, już po kilku godzinach spędzonych na powietrzu, mało kto nie szukał możliwości choć malutkiego ogrzania rąk.
Marsz miał nieco nietypowy przebieg. Do pierwszego punktu cała szkoleniowa grupa miała dojść razem. Tutaj przywitał dopiero nas wszystkich Jurek i Jacek, który objaśnił zasady marszu. Każda grupa dostała mapę, ale... Wszystkie miały tę samą drogę i te same punkty do zaliczenia. Zadania były jednak tak ułożone, że nie było jakichś bardzo długich przestojów i poczekalni. Róża wiatrów, wyścig na belkach, pajęczyna, oczywiście - nocna pozoracja (i wiecie, od razu widać było efekt ćwiczeń, bo choć jeszcze w chaosie i zamieszaniu, to jednak pomoc udzielona była dużo bardziej fachowo) czy niezwykle absorbujące zadanie poszukiwania zwierzątek po lesie (a ze swojej strony, wszystkie te "zwierzątka" gorąco pozdrawiam!) - wszystko to dawało grupie kolejną możliwość współdziałania na rzecz sukcesu całej paczki. I nie ważne, czy ktoś się z mapą pomylił, czy nie, czy poprowadził dobrze, czy nie - ważne jest podejście jednego do wszystkich i wszystkich do jednego. Ważne jest, żeby nie myśleć kategoriami "ja", tylko kategoriami "my". Ważne jest, żeby słuchać i szanować każdą jedną osobę ze swojej grupy, nie zważając na jej wygląd czy światopogląd. Takie podejście wróżyło grupie sukces, co zresztą Armatki (pozdrooooofka gorące!!!) nam najbardziej na szkoleniu udowodniły.
Do ośrodka dotarliśmy dość późno. Czekało na nas ognisko oraz coś, co na kiju można było w ogień włożyć. Zmęczeni, ale szczęśliwi, bo w końcu - udało nam się. Jutro dowiemy się, kto jest najlepszy, ale wiemy, że wszyscy dotarliśmy, nikt nie spękał, nikt się nie wycofał.
Ogniskowe spotkanie nie trwało długo. Zostało nam przecież tylko kilka godzin snu, a rano jeszcze ogłoszenie wyników i pożegnanie. Pozostawało więc sobie powiedzieć jedno - dobranoc...
10.03.2003 16:41
Pożegnanie z Brachlewem
To szkolenie cały czas trwa! - to była odpowiedź na dziwnie zaskoczone spojrzenia kursantów, którzy nie bardzo mogli sobie poradzić z tak wczesną godziną pobudki jak 7 rano...
Po śniadaniu, pod ośrodkiem - Zieloną Szkołą w Brachlewie, zebraliśmy się wszyscy - kursanci, instruktorzy, oczywiście Jurek i ekipa telewizyjnej KRĘCIOŁY, aby podsumować ostatnie trzy dni.
Nie wszystkim udało się otrzymać certyfikat ukończenia kursu pierwszej pomocy przedmedycznej. I aby pojawić się na Przystanku, osoby te będą musiały do egzaminu podejść jeszcze raz. Ale za to z nieopisaną radością wręczyliśmy nagrody dla dwójki dziewczyn, które wyróżnić chcieliśmy za bardzo dobre wyniki testu.
Najlepszą grupa okazały się "Armatki", które fantastycznym okrzykiem przybiły swój sukces.
Wielkie podziękowania kierowaliśmy do wszystkich, którzy pomogli w zorganizowaniu tego spotkania. Dla Zielonej Szkoły - za niesamowicie rodzinną atmosferę. Naprawdę, czas spędzony tam to chyba dla wszystkich - wielka przyjemność.
Dla ekipy PCK - słuchajcie, oni regularnie co dwa tygodnie przejeżdżają pół Polski by spotkać się z Pokojowym Patrolem, by nauczyć ich pierwszej pomocy. I są w tym najlepsi!
Dla instruktorów Patrolu - za zaangażowanie i bardzo profesjonalne podejście do swojej pracy.
Dla ośrodka w Barcicach, gdzie Patrol nocował i gdzie także przyjęty został bardzo ciepło i rodzinnie.
Kochani Patrolowcy!!! Widzimy się na Przystanku Woodstock.
Z pełnym radości sercem mówię więc - do zobaczenia!!!
(Milkee) |
18. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Brachlewo 14-16.02.2003 r.
14.02.2003 17:09
Szkolenie w Brachlewie
Brachlewo - to jest miejscowość, gdzie w Zielonej Szkole spotkała się kolejna grupa osób, które niedługo znajdą
więcej »
14.02.2003 17:09
Szkolenie w Brachlewie
Brachlewo - to jest miejscowość, gdzie w Zielonej Szkole spotkała się kolejna grupa osób, które niedługo znajdą się w gronie Pokojowego Patrolu. Niedługo - to znaczy, zaraz po przejściu w całości naszego szkolenia, które właśnie od wczoraj trwa i przebiega bardzo intensywnie.
Kojarzy Wam się z czymś nazwa tej miejscowości? Ano zgadza się, już raz tutaj byliśmy. Wtedy prowadziliśmy zajęcia dla młodzieży z niedalekiego Kwidzyna, było to pierwsze szkolenie w ramach Uniwersytetu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Tym razem spotykamy się już na pełnym szkoleniu Patrolu, czyli za moimi plecami, w sąsiedniej sali, odbywają się zajęcia PCK, a przedtem kursanci musieli przebyć zadania na powietrzu, w wyniku których mocno zmienił się wygląd boiska obok Zielonej Szkoły, stanął bowiem na nim mur broniący dostępu do twierdzy, a obok machina oblężnicza, co to ma twierdzę dziś wieczorem zdobyć.
Zapytacie, skąd taki pomysł na to szkolenie? Ano bardzo niedaleko znajduje się Malbork, dawna stolica Państwa Zakonu Krzyżackiego. My nawiązujemy do tego zamieniając na moment Patrolowców w bohaterskich rycerzy.
Zima i śnieg - po raz pierwszy spotykamy się w rzeczywistości przykrytej białym puchem. I nie macie pojęcia, jak bardzo dużo frajdy w tym dla nas i dla szkolonego Patrolu. A spędziliśmy dziś na powietrzu ładnych kilka godzin, najpierw kończąc budowę twierdzy (bo część powstała wczoraj, w przerwie między zajęciami PCK), potem zaś przyszedł czas na zadania - 5 punktów na których można było zdobyć materiały niezbędne do zrealizowania kolejnego wyzwania, jakim niewątpliwie było wybudowanie wielkiej machiny oblężniczej. Wieczorem, przy świetle ognisk i pochodni, odbędzie się szturm na twierdzę, próba zdobycia jej przy pomocy wykonanego pojazdu, atakujący i broniący stoczą wielką śnieżną bitwę która rozstrzygnie losy jednej z budowli.
Pozdrawiam gorąco!!!
(Milkee)
15.02.2003 20:39
Medyczny wieczór w Brachlewie...
Zgadza się! Od obiadu do teraz i jeszcze przez najbliższe dwie godziny cała szkoleniowa grupa zajęta jest ćwiczeniami w udzielaniu pierwszej pomocy przedmedycznej. Resuscytacja, opatrywanie ran, układanie poszkodowanego w pozycji bezpiecznej - to są elementy, które każdy z Patrolowców musi opanować i nauczyć się perfekcyjnego i szybkiego ich wykonywania. I dopiero kiedy każdy z ponad 40 osób wyćwiczy te wszystkie niezwykle ważne czynności - odbędzie się egzamin z teorii udzielania pierwszej pomocy. I ten egzamin tak naprawdę będzie zakończeniem szkolenia medycznego, a przed całą grupą jeszcze tylko najważniejszy sprawdzian - marsz nocny.
Kochani, jak zawsze - wielkie podziękowania i ukłony niskie dla Grupy Ratownictwa Drogowego z Bielska - Białej. Zobaczcie, jaki kawał drogi musieli w tej zimie pokonać, żeby przyjechać do nas na szkolenie! :-)
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
16.02.2003 01:17
Mroźna noc...
Sobotni wieczór to dla wszystkich uczestników szkolenia Patrolu chwila prawdy. Chodzi oczywiście o test z zasad udzielania pierwszej pomocy, który pokazuje, jak wiele zostało w głowie z 16 godzin bardzo intensywnych zajęć. Test prowadzili oczywiście ratownicy PCK z Bielska - Białej, a kiedy tylko ostatnie arkusze z odpowiedziami zostały oddane, momentalnie zabrali się do liczenia punktów i analizowania wyników.
Tymczasem kursanci mieli przed sobą jeszcze jedną próbę - marsz nocny.
-16 stopni. Taką temperaturę pokazywał termometr w samochodzie Fundacji, który krążył wokół terenu na którym odbywały się nocne zajęcia. Jak widzicie - jeszcze nigdy szkolenie nie odbywało się w tak ekstremalnych warunkach. I zimno dawało nam w kość niesamowicie, mimo tego, że instruktorzy - opiekunowie każdej z grup zwracali baczną uwagę, aby wszyscy mieli nałożone czapki, rękawiczki czy aby mieli suche buty.
Trasa dystansowo wcale nie bohaterska, ale w tych warunkach - każdy kilometr to ogromny wysiłek. No i punkty z zadaniami - takimi, które doskonale sprawdziły efekty dwóch dni integracji. Grupy musiały podejmować decyzje, dokonywać wyborów, rozwiązywać problemy... W warunkach, kiedy każda minuta spędzona na dyskusjach to coraz większy mróz, coraz bardziej męczący i trudniejszy do pokonania. Ale i nie na darmo poszły nasza zajęcia z dwóch dni - grupy umiały dość skutecznie radzić sobie na punktach.
A nam tylko to odebrało mnóstwo humoru, że sprzęt nasz alpinistyczny okazał się mniej wytrzymały niż patrolowi kursanci i niestety - mrozu nie przetrwał. Przez co musieliśmy zrezygnować z niezwykle ciekawego punktu, ale pomysł jest, więc na pewno go jeszcze zobaczycie.
Kiedy już wszystkie zadania były wykonane, grupy wróciły od ośrodka, gdzie czekał na nie gorący poczęstunek. Kiedy więc Patrolowcy najedli się do syta i wypili gorącą herbatę, wyobraźcie sobie ich minę, kiedy do sali wszedł Jurek i zaprosił wszystkich, którzy mają ochotę, z powrotem na dwór, aby przeprowadzić atak na mur - twierdzę. No i cóż, wprawdzie zaskoczeni, ale ochoczo ogromna ilość kursantów skierowała się do wyjścia.
Sam szturm, w świetle ognisk, reflektorów fundacyjnych aut i pochodni trzymanych przez "atakujący" Patrol okazał się pomysłem super. Także po krótkiej ale bardzo radosnej wymianie "śnieżnego" ognia, z ogromną ilością uśmiechu, wróciliśmy od ośrodka. Tym razem już definitywnie, bo stąd tylko za chwilę zabrał nas (już ogrzewany!) autokar do miejscowości Barcice, gdzie wszyscy nocowaliśmy.
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
17.02.2003 01:22
Koniec szkolenia
No i dotarliśmy niedzielnym rankiem do dość trudnego momentu, kiedy trzeba szkolenie zakończyć. Spotkaliśmy się ze wszystkimi na placyku przed ośrodkiem w Brachlewie, Jurek podsumował szkolenie, rozdaliśmy nasze certyfikaty, swoje ważne, unijne certyfikaty rozdał PCK.
Jeszcze tylko najróżniejsze podziękowania wszystkim, którzy pomagali nam przy organizacji szkolenia i...
Do zobaczenia na Przystanku Woodstock!!!
(Milkee) |
Letnia Zadyma w Środku Zimy - czyli 11 Finał WOŚP 12.01.2003
KILKA SŁÓW O LETNIEJ ZADYMIE W ŚRODKU ZIMY - CZYLI 11 FINAŁ WIELKIEJ ORKIESTRY ŚWIATECZNEJ POMOCY
Opowieść Jolanty Mensfeld:
Rok temu
więcej »
KILKA SŁÓW O LETNIEJ ZADYMIE W ŚRODKU ZIMY - CZYLI 11 FINAŁ WIELKIEJ ORKIESTRY ŚWIATECZNEJ POMOCY
Opowieść Jolanty Mensfeld:
Rok temu Fundacja świętowała dziesięciolecie swojego istnienia i działania w naszej polskiej zwariowanej rzeczywistości, a w tym roku mamy już za sobą 11 finał, ale niezmiennie, kolorowo, wesoło, z humorem i z uśmiechem, jak również niezmiennie solidnie, pracowicie, rzetelnie i konsekwentnie.
12 stycznia, jak zwykle w drugi weekend tego miesiąca, odbyła się w całej Polsce akcja charytatywna Jerzego Owsiaka. W tym roku jej tematem jest zakup sprzętu medycznego dla oddziałów niemowlęcych i dzieci młodszych. W Finale też brała udział około 100 osobowa grupa Pokojowego Patrolu - młodych ludzi, którzy poświęcają wolny czas, chcąc ofiarować swoje ręce do pracy i którzy za zupełna darmochę chcą pomóc - a wraz z nimi i ja.
Do Warszawy dojechałam w przeddzień Finału w sobotę 11 stycznia i od 8:00 zaczęłam z resztą wolontariuszy ostatnie przygotowania, organizowanie identyfikatorów dla osób w studiu, rozdzielanie ostatnich partii puszek i czerwonych, tak dobrze już znanych nam wszystkim, serduszek dla ludzi zbierających pieniążki w stolicy i reszcie miast polskich. Dzień bardzo ciężki, z niesamowitym natłokiem pracy, ale wszystko to w niezwykle gorącej, serdecznej i sympatycznej atmosferze wzajemnej wspólnoty, współpracy i zrozumienia. Wszyscy skrupulatnie wypełnialiśmy swoje obowiązki, ale każdy z nas znalazł chwilkę by przesłać komuś uśmiech lub pozdrowienie. W powietrzu czuło się „dobre latające anioły”, ale każdy zdawał sobie sprawę, że najcięższy dzień dopiero przed nami.
Pokojowy Patrol musiał przestrzegać takich samych zasad jak na Przystanku Woodstock - od momentu gdy zaczynała się praca mieliśmy na sobie czerwone patrolowe koszulki i rzecz jasna obowiązywała nas prohibicja! Nie było zmiłowania!
Dla nas wszystkich 11 Finał zaczął się od wczesnych godzin porannych. Podzieleni na grupy o godzinie 9:00 trafiliśmy do naszych miejsc pracy. Ja dostałam się do sklepiku fundacyjnego z pięcioma innymi wolontariuszami na Placu Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki, gdzie do godziny 21:00 sprzedawaliśmy „orkiestrowe” gadżety; które cieszyły się niesamowitym powodzeniem i rozchodziły z „prędkością światła”. Około 18:00 rozeszły się ostatnie koszulki z nadrukami fundacyjnymi. Jednym z najciekawszych gadżetów, które dobrze się sprzedawały, była limitowana seria egzemplarzy 2-złotówek z dziurką.
Zmarzliśmy niemiłosiernie - ale radosne uśmiechy ludzi, którzy przychodzili do sklepiku rozgrzewały nas do czerwoności! Po zakończeniu „światełka do nieba” cały Patrol znalazł się już w studiu nr.5 Telewizji Polskiej, gdzie pilnowaliśmy tłumu i staraliśmy się utrzymać porządek tak ażeby Prezes Zarządu Fundacji, Jurek Owsiak, mógł swobodnie przemieszczać się w studiu pełnym ludzi, z którego co kilkadziesiąt minut szły relacje na żywo i gdzie łączyliśmy się ze sztabami z całej Polski i z zagranicy. Cały czas spoceni pracowaliśmy emanując „pozytywnymi wibracjami” i mimo ogromu zajęć wszyscy byliśmy zadowoleni i usatysfakcjonowani, że możemy dać z siebie wszystko. Byliśmy z Jurkiem Owsiakiem do końca Finału przy licytacji złotej karty, złotego serduszka...
Dla nas praca w studiu zakończyła się około 3 nad ranem 13 stycznia. Zmęczeni, ale szczęśliwi rozjeżdżaliśmy się do domów z hasłem: „Do zobaczenia za rok!”
I tak zakończył się 11 Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która w tym roku zebrała rekordową ilość funduszy. Ile??? Musimy poczekać na ostateczny wynik jeszcze kilka tygodni, aż napłyną do Fundacji pieniądze z wszystkich sztabów i licytacji internetowych.
Kiedy ja pracowałam w stolicy, moi rówieśnicy ze Strzegomia również ciężko kwestowali. Moja szkoła - Zespół Szkół Ogólnokształcących, zorganizowała dyskotekę, z której całkowity dochód 195 zł został przeznaczony, rzecz jasna, na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. A za rok miejmy nadzieję Orkiestra pobije ten rekord ofiarności ludzkich serc - każdego z nas kto przekaże choćby symboliczną. złotówkę na chore dzieciaczki . Jedno jest pewne - wolontariusze, oraz Pokojowy Patrol, z pomocą „dobrych aniołów” będą grali z Wielką Orkiestrą – „Do końca świata i o jeden dzień dłużej!!!”
Jolanta Mensfeld
Uczennica Zespołu Szkół Ogólnokształcących
|
17. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Szklarska Huta 15-17.11.2002 r.
16.11.2002 17:27
Huta Szklana - zaczynamy kolejne szkolenie Patrolu
Dotarliśmy tutaj, do miejscowości Huta Szklana w Górach Świętokrzyskich, wczoraj późnym wieczorem. Ale
więcej »
16.11.2002 17:27
Huta Szklana - zaczynamy kolejne szkolenie Patrolu
Dotarliśmy tutaj, do miejscowości Huta Szklana w Górach Świętokrzyskich, wczoraj późnym wieczorem. Ale od rana odbywały się tu zajęcia w ramach kolejnego szkolenia Pokojowego Patrolu. Młodzież, która do nas przyjechała, cały wczorajszy dzień (no, może poza krótkim przerywnikiem w trakcie) poświęciła na zdobywanie umiejętności i wiedzy medycznej. Dziś więc nadszedł czas na nowe emocje, nowe wrażenia.
Oj, brakowało tych wrażeń dziś przy śniadaniu. Zresztą po całym dniu pod czujnym okiem ekipy PCK z Bielska - Białej i o jakichś dużych emocjach mowy być nie mogło. I ktoś tam próbował zagaić temat i przypomnieć wczorajszy wypad na Święty Krzyż (to ten przerywnik), ale generalnie - wszyscy czekali.
Po śniadaniu zebraliśmy się pod naszym ośrodkiem, krótkie „słowo do narodu” czyli przywitanie grupy przez Remka oraz wyjaśnienie wszystkich zasad zabawy przez Jacka. Ja już przy grupie, którą mam się na tym szkoleniu opiekować, słuchamy wszyscy instruktorów i kiedy usłyszeliśmy hasło start - ruszyliśmy po mapę.
Po jaką mapę? Ano teraz, podobnie jak na poprzednim szkoleniu Patrolu w Rowach, punkty i zadania ułożone były w gwiazdę wokół ośrodka, a miejscu centralnym trzeba było pobrać mapę z zaznaczoną drogą na jeden punkt, potem wrócić i mapę zamienić na inną itd. I po tę właśnie mapę udała się grupa 1 (bo taki właśnie był jej numerek).
A, zapomniałem o jajkach. Każda grupa ma ze sobą dwa jajka, którymi się musi opiekować i nie dopuścić, by stała im się na szkoleniu krzywda. A jajka musza patrzeć na świat i muszą brać udział w każdej wykonywanej przez grupę czynności. Zadania nie były umiejscowione jakoś bardzo daleko ośrodka, wiec po chwili już byliśmy na pierwszym naszym punkcie.
Przywitała nas Owca, jedna z naszych instruktorek. Przed nami leżało wiadro otoczone kręgiem z biało - czerwonej taśmy i wystawało z niego sporo sznurków. Zaraz, zaraz... Nie, nie jedno a dwa wiadra czekały, jedno duże i umocowane w ziemi na stałe, a w środku dużego jedno małe i to do niego właśnie były przymocowane te wszystkie sznurki. Owca tłumaczy zadanie - trzeba za pomocą małego wiadra napełnić duże wodą z pobliskiego oczka, a że do wiadra jest przymocowana rurka plastikowa i odprowadzona na bok, a wewnątrz jest piłeczka pingpongowa, to napełniając to wszystko wodą trzeba sprawić, by piłeczka wypłynęła. No a dla utrudnienia - do dużego wiadra nie można się zbliżać a małe należy trzymać tylko i wyłącznie za pomocą tych przywiązanych lin.
Wszystko było jasne, grupa dość sprawnie ustaliła, w jaki sposób postara się zadanie wykonać i do dzieła. Oj, te pierwsze próby były bardzo chaotyczne. Dużo jeszcze krzyku, momentów, kiedy kilka osób na raz chciało swoją wizję realizować, ale po chwili wszystko się unormowało, no a kiedy pierwsza porcja wody znalazła się na docelowym miejscu - współpraca już układała się bardzo dobrze.
Zadanie wykonane, piłeczka w dłoni, jeszcze tylko fota z instruktorką - i wracamy. Kolejny punkt, kolejna mapa.
Tutaj przywitał nas Szósty, który zafundował taką pigułkę kilku zadań w jednym. Najpierw trzeba było wdrapać się na wysoki i śliski słup, aby dostać zamocowane na samej górze balony. Potem trzeba było popisać się precyzyjnym okiem i trafić 6 strzałami w dwie tarcze strzelając oczywiście z łuku. Kiedy to się udało, należało jeszcze przetransportować poszkodowanego na noszach przez taki mały tor przeszkód (było wysoko i dość trudno, jako że na torze nie można było dotknąć np. rozpiętych w poprzek sznurków). Kiedy poszkodowany znalazł się na miejscu - zadanie zaliczyliśmy i szybko udaliśmy się po następną mapę.
Ta zaprowadziła nas na punkt Marynarza i Gołębia. Zadanie pół grupowe - pół indywidualnie. Grupa musiała jedną osobę spośród siebie wciągnąć na linie na wysokie drzewo, tam na górze Patrolowiec był przez Marynarza wpinany w specjalny linowy most i teraz sedno - należy odbić się nogami od drzewa i skoczyć. Stres i poziom adrenaliny były wysokie, bo poprzez pierwsze ułamki sekund bardziej przypominało to swobodne spadanie niż zjazd, później dopiero liny wychwytywały i sprowadzały śmiałka łagodnie i bezpiecznie na stały grunt. W ciągu pół godziny prawie cała grupa taki skok zaliczyła. I dla wszystkich było to przeżycie niesamowicie oddziaływujące na duszę. Echże, jak ja im zazdroszczę...
Koniec końców, po jakimś czasie podążaliśmy już z nową mapą na nowy punkt. Przywitał nas dość ciekawy most linowy, może i nie zbyt wysoki, może nie ekstremalny, ale prosty także nie. Punkt prowadził Dziesiąty, który raz dwa tłumaczył - należy iść po linie dolnej a trzymać się można tylko zwisających z górnej liny pętli, niczego innego. Mostem wiec za chwilę dygowało, bujało, ale jedna po drugiej w kilkanaście minut wszyscy to zadanie przeszli. Nadszedł czas na mały odpoczynek, kubek gorącej herbaty i... Czas dalej.
Na kolejnym punkcie powitał nas Jacek. No i zadanie tu bardzo woodstockowe - należało pozbierać śmieci. Teren do posprzątania wyznaczony, cała grupa podzielona na dwie części, w każdej osoby związane ze sobą no i ponad połowa miała zawiązane oczy. No i zadanie - pozbierać z ziemi śmieci do worka na śmieci, woreczki ze sprzętem do specjalnego worka patrolowego, a także w trawie ukryty był dla każdej grupy skarb. Osoby bez opasek na oczach sprzątać nie mogły, musiały jedynie podpowiadać tym nie widzącym, gdzie co można z ziemi podnieść. Sprawność z jaką sobie "Jedynka" z zadaniem poradziła po prostu mnie zszokowała, bardzo pozytywnie, no może poza chwilą, kiedy problem był z odnalezieniem skarbów. Ale kiedy i to się udało - Jacek wpadł na szatański plan i jeden z worków ze skarbem - wysypał. A tam setki starych monet. No i oczywiście - kto więcej uzbiera. Oj, zabawy, krzyku i emocji było masa. Wiec nic i dziwnego, ze kiedy opuszczaliśmy punkt, wszyscy byli bardzo zadowoleni.
Po chwili znowu krótki odpoczynek - i w drogę do zadania ostatniego. No i dla mnie ten punkt to niesamowita rzecz. Mission Imposible - osoba podwieszona na linie tak skonstruowanej, że reszta grupy ukryta za pomarańczowym, foliowym parawanem, ciągnąc za sznurki różnych kolorów mogła śmiałka poruszać góra - dół i przód - tył. No i zadanie - w linii tej konstrukcji stała balia z wodą i rura ze... uwaga! Piłeczką pingpongową. Domyślacie się jakie było zadanie? Napełnić rurę wodą i wydobyć piłeczkę. Grupa kierowana przez lidera nie widziała ani rury, ani balii, ani delikwenta na linie, lider musiał porozumieć się z "wiszącym", odpowiednio pokierować grupą, czyli kto i za jaką linkę ma ciągnąć aby zadanie wykonać. Być inaczej nie mogło! Grupa pierwsza zakończyła to zadanie pełnym sukcesem i po przejściu wszystkich sześciu punktów wróciła jako dosłownie pierwsza do ośrodka.
Radość, wielka satysfakcja i nieco zmęczenie - to efekt tych dzisiejszych zabaw. Choć daleko było do końca, bo jeszcze znaleźliśmy czas na wysłuchanie powitania Jurka i przygotowania sobie paleniska.
Po co? Bo tematem dzisiejszych nocnych zajęć będzie wielkie żarcie. Każda grupa będzie musiała na nocnych punktach zdobywać produkty spożywcze a na koniec wszyscy razem będą musieli ugotować kolację. Ta kolacja w nocy zakończy ten zwariowany dzień. A na przygotowanym palenisku właśnie będziemy sobie to wielkie żarcie gotowali.
Teraz trwają zajęcia PCK, ćwiczenia praktyczne w ratowaniu życia ludzkiego, więc biegnę do naszych kursantów.
(Milkee)
19.11.2002 09:09
Wielkie Żarcie w Hucie Szklanej
Resztę sobotniego popołudnia zajęły naszym kursantom na szkoleniu Pokojowego Patrolu w Hucie Szklanej ćwiczenia z pierwszej pomocy przedmedycznej. Instruktorzy PCK z Bielska - Białej zorganizowali cztery punkty i na każdym ćwiczyło się inną rzecz - bandażowanie i zabezpieczanie ran, pozycja tzw. "bezpieczna", pierwsza pomoc w wypadku motocyklowym no i oczywiście - resuscytacja. W międzyczasie krótka przerwa na kolację, po czym kolejny blok zajęć no i zakończenie całego kursu, czyli egzamin. I muszę Wam powiedzieć, że w historii szkoleń na tym w Hucie Szklanej wyniki egzaminu były najlepsze, wręcz zaskakująco dobre. Ucieszyło to nas wszystkich, ale też i nie raz powtarzaliśmy kursantom - to jeszcze nie oznacza, że jesteście dobrymi ratownikami. Macie natomiast świetny start do dalszej nauki i tak naprawdę - bardzo jej przed Wami dużo. No i pozostała jeszcze tylko chwila na wyjaśnienie pytań i wątpliwości, moment dla wszystkich na przygotowanie się do wyjścia na zajęcia nocne, po czym...
Pół godziny po ogłoszeniu wyników egzaminu PCK wszyscy spotkaliśmy się pod ośrodkiem aby rozpocząć zajęcia podsumowujące szkolenie. Marsz nocny już nie jako klasyczny marsz, tylko zorganizowany bardziej na podobieństwo zajęć integracyjnych w dzień - punkty na zasadzie gwiazdy rozmieszczone wokół ośrodka i każda grupa po wykonaniu zadania musiała wrócić do centrum, pobrać mapę dojścia do następnego punktu i tam się udać.
O ile w dzień zadania miały na celu integrację grup wewnątrz, o tyle teraz ideą całej nocnej zabawy było zintegrowanie grup ze sobą. Dlatego wszystkie zabawy miały swój ogólny cel - Patrolowcy na szkoleniu mieli ugotować olbrzymi gar zupy na kolację. I to zadanie mieli wykonać wszyscy kursanci, a każda grupa na poszczególnych punktach musiała zdobyć produkty niezbędne do realizacji postawionego celu. Każda z grup musiała więc współpracować z pozostałymi.
Wszystko zaczęło się około godziny 22 na spotkaniu, gdzie Jurek, Remek i Jacek wyjaśnili wszystkim cel i zasady całej nocnej części szkolenia. I na początek każda z grup dostała nietypowe zadanie - odszukać skarb. Instruktor - opiekun przekazał grupie współrzędne, busolę - i zaczęło się liczenie kroków, wyznaczanie kierunków i szukanie tajemniczego miejsca ukrycia owego skarbu. A w nocy zadanie takie proste nie jest, bo opierać się tylko można było na świetle latarek i jasnego tej nocy księżyca, ale w kilkanaście osób potrzeba tylko czasu - więc po dłuższej chwili wracaliśmy z grupą dumni z odnalezienia skarbu - ciężkiego worka monet. Po co? Nikt nie miał jeszcze zielonego pojęcia.
Wszystko stało się jasne na pierwszym punkcie z zadaniem. Oczywiście zasada była taka sama jak w trakcie zajęć w dzień, czyli punkt centralny z którego pobierało się mapę z dojściem do konkretnego punktu i później trzeba było ją wymienić na inną. Dotarliśmy więc na pierwsze z wyznaczonych miejsc, a tam dwójka instruktorów omówiła zadanie - należało przejść most linowy, czyli kilkanaście metrów pomiędzy kilkoma drzewami, ale w taki sposób, że cała grupa w jednym momencie musiała znaleźć się na linowej konstrukcji i jeden za drugim gęsiego trzeba było przeszkodę pokonać.
Grupa zadanie wykonała, a instruktor na punkcie zaskoczył wszystkich stwierdzeniem - teraz możecie zakupić produkty do wykonania Waszego zadania. Zakupić? Ano tak, a wykorzystać możecie skarb, który znaleźliście. No więc za połowę worka monet grupa uzyskała wodę do zupy. Oj, drogo było...
I w ten sposób było na każdym punkcie. A były to jeszcze trzy zadania surwiwalowe. Na jednym grupa musiała wciągnąć jedną osobę za pomocą linowej windy po zawieszony wysoko worek z kolejnym produktem do gotowanej zupy. Na innym należało przejść przez sieć, ale w taki sposób, by każda osoba przeszła przez inne oczko tej sieci i nikt jej nie dotknął, kolejne to most z podwieszonymi belkami i po tym moście także przejść musiała cała grupa, tym razem jednak po jednej osobie.
No i oczywiście był punkt pierwszej pomocy - pozoracja przygotowana przez instruktorów PCK z Bielska - Białej. Grupa dochodząc do tego punktu zastała na gałęzi wisielca i drugiego poszkodowanego rannego. Należało udzielić pierwszej pomocy i szybko przetransportować na noszach jednego z poszkodowanych. To zadanie to zawsze jest taki moment ostatniego sprawdzaniu efektów dwudniowego kursu i bardzo często jest to zderzenie Patrolowców zaraz po kursie, przekonanych o tym, jak świetnie teraz będą dawali sobie radę, z rzeczywistością, gdzie pierwsza pomoc jest zagadnieniem niezwykle trudnym i odpowiedzialnym.
Koniec końców mogliśmy wszyscy zasiąść do drewnianych stołów i skosztować ugotowanego przez wszystkich żurka. Mmmm... Pyszny był. Smakował całym trudem, zaangażowaniem i całą pracą, okraszony był kawałkami satysfakcji i radości ze wspólnego dzieła, ale najbardziej chyba czuło się w nim smak wielkiego braterstwa i wielkiej przyjaźni jego twórców. Takiej zupy nie jadłem jeszcze nigdy w życiu...
19.11.2002 09:30
Gorące pożegnanie
Z jednej strony - wielki smutek, a z drugiej - wielka radość. Tak pokrótce można opisać pożegnanie z Patrolowcami na naszym ostatnim szkoleniu w Hucie Szklanej.
Smutek - bo nieubłaganie dobiegł końca czas naszego spotkania i wszyscy mają świadomość, ze za moment wsiądą w autobus i każdy pojedzie w swoją stronę, zostawiając w całej Polsce pięćdziesiątkę bliskich Przyjaciół, z którymi przeżyło się niezapomniane chwile. Ale to one właśnie są powodem tej niesamowitej radości, te momenty, które długo jeszcze będą ciepłem rozlewały się po sercu i duszy na każde wspomnienie miejscowości Huta Szklana.
Podziękowaliśmy wszystkim, którzy szkolenie przygotowali i tym, którzy brali w nim udział. Rozdaliśmy certyfikat ukończenia kursu, nasz patrolowy no i oczywiście unijny certyfikat PCK.
Pożegnaliśmy się słowami "do zobaczenia". Mamy nadzieję, że to spotkanie nastąpi szybko - za moment odbędzie się Koncert Bożonarodzeniowy, potem Finał, a potem wielkimi krokami zbliżać się będzie Przystanek Woodstock. Nie wiem, jak Wy, ale ja do Was, Patrolowcy ze szkolenia w Hucie Szklanej, bardzo tęsknię.
(Milkee) |
16. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Rowy 25-27.10.2002 r.
25.10.2002 23:57
Szkolenie Patrolu w Rowach
Witam Was z kolejnego szkolenia Pokojowego Patrolu. Szkolenia ważnego, bo pierwszego po ostatnim Przystanku Woodstock. Czyli
więcej »
25.10.2002 23:57
Szkolenie Patrolu w Rowach
Witam Was z kolejnego szkolenia Pokojowego Patrolu. Szkolenia ważnego, bo pierwszego po ostatnim Przystanku Woodstock. Czyli takiego, od którego zaczynamy przygotowania Patrolu do kolejnego spotkania w Żarach w roku 2003.
Rowy, wczasowa miejscowość niedaleko Słupska. Do morza - dwa kroki, jak wytęży się słuch to wydaje się, że słychać gdzieś w oddali szum fal. W takiej scenerii już dawno nie spotykaliśmy się z Pokojowym Patrolem, ostatnie takie szkolenie to chyba II stopień w Sielpii. W każdym razie to tutaj właśnie dziś rano dojechały 54 osoby, które odbyć mają szkolenie I stopnia, po którym staną się częścią patrolowej rodziny.
Piątek to wg planu dzień medyczny. Najważniejszą częścią szkolenia jest kurs pierwszej pomocy przedmedycznej, prowadzony oczywiście przez naszych Przyjaciół z PCK z Bielska Białej. I dzisiejszy dzień to prawie w całości wykłady, ćwiczenia i nauka pierwszej pomocy. Po 16 godzinach takiego kursu odbędzie się egzamin a kto go zda - otrzyma specjalny certyfikat świadczący o zdobytych umiejętnościach, dokument o tyle ważny, że honorowany i uznawany we wszystkich krajach Unii Europejskiej.
I na tych zajęciach niemalże w całości minął dzisiejszy dzień. Ja tymczasem miałem okazję poobserwować naszych "świeżych" kursantów. Grupa szczególna, bo wiele z tych osób już było w Patrolu na tegorocznym Przystanku Woodstock. Czyli są to ludzie z bardzo konkretnym doświadczeniem i mocno ze sobą zintegrowani. Wiele, ale nie wszyscy, więc jest to poważny sprawdzian dla Patrolu - otworzyć się i przyjąć w swoje grono kogoś nowego. I z tych kilku godzin obserwacji wynika, że z tym nie będzie najmniejszego problemu, ale...
Ale tak naprawdę pokaże to jutro. Bo na jutro właśnie zaplanowane są zajęcia surwiwalowe, pojawi się zmęczenie, zimno, emocje i konieczność współpracy w trudnych warunkach. Dzisiaj jeszcze w gronie instruktorów spotkaliśmy się, aby podsumować przygotowania i uściślić ostatnie szczegóły dotyczące jutra - ja będę od rana towarzyszył jednej z grup szkoleniowych i postaram się zapisać, podejrzeć to, co ten dzień przyniesie. Dzień i noc także, bo jutro odbędzie się też marsz nocny, który dopiero tak naprawdę sprawdzi, co w tych 54 duszach wydarzyło się podczas tego weekendu. A Wy - możecie to poobserwować, zapraszam na nasze strony, zapraszam do nowinek.
Serdecznie pozdrawiam!!!
(Milkee)
26.10.2002 18:42
Budujemy nowy dom!!!
Nestorówka - tak nazywać się miała, jak oznajmił dziś rano instruktor Gołąb, chatka, którą wybudować miała cała ekipa Patrolu ze szkolenia w Rowach, korzystając z materiałów i narzędzi wcześniej zdobytych na 6 punktach - zadaniach przygotowanych przez instruktorów. Był dość wczesny ranek (sic!), wszyscy byli już po śniadaniu i z niepewnością oczekiwali na to, co przyniesie ten zaczynający się dzień. Pogoda - nie najgorsza, nawet trochę słońca, no i bardzo dobre nastroje wszystkich dookoła. Gołąb wprowadza, obok niego Remek, szef Patrolu i powoli odkrywają tajemnice przygotowanej zabawy. No więc właśnie trzeba zbudować Nestorówkę, Patrol podzielony na cztery grupy przechodzi przez 6 zadań, na każdym zdobywa coś, co przyda się później do budowy, a następnie wszystkie grupy razem zabierają się do budowy i w powstałej w efekcie tego wszystkiego budowli zmieścić się muszą wszyscy (także patrolowi instruktorzy).
Ja, w charakterze opiekuna - obserwatora dołączam do jednej z grup i towarzyszyć będę im już do końca tego szkolenia. A oni tymczasem po krótkiej naradzie podchodzą do "centrum" budowy, gdzie czeka na nich mapa z zaznaczonym punktem, z którą wyruszają na trasę.
Pogoda - jeszcze całkiem znośna, chociaż wiatr mocno daje się we znaki, ale odczuć to mieliśmy dopiero później, kiedy znaleźliśmy się na plaży. Póki co - wszyscy uśmiechnięci i lekko "niecierpliwi", żądni działania i sukcesów. Więc podchodzimy do miejsca zaznaczonego na mapie i od razu lekkie zdziwienie, bo między drzewami wisi rozpięta lina, leżą jakieś worki i nikogo, żywej duszy, nie ma przy tym wszystkim. Obowiązek poprowadzenia zadania spoczywał na mnie, więc po chwili wytłumaczyłem co i jak - cała grupa musiała po prostu przejść po tym prowizorycznym moście. Zadanie z pozoru łatwe, wymagało jednak niemało wysiłku, ale cóż to dla Patrolowców, po jakimś więc czasie wszyscy znaleźli się po drugiej stronie. Grupa odebrała narzędzia - sznurki i liny, po czym wróciła do placu budowy, gdzie już czekała następna mapa z następnym zaznaczonym zadaniem.
Teraz musieliśmy znaleźć miejsce, gdzie między drzewami rozpięty wisiał... kolejny most, tym razem jednak z dwóch związanych desek, przez który grupa musiała przejść, przenosząc także napełnione wodą balony. I znowu krótkie zastanowienie, ale grupa bardzo dobrze radzi sobie z etapem "opracowania koncepcji" przy podchodzeniu do zadania, jest już lider, który kieruje, prowadzi, organizuje pracę. Więc jedna osoba po drugiej, ale przy wsparciu pozostałych, przechodzi z zawiniętym lub gdzieś tam umocowanym balonikiem. 13 osób, ale zajmuje to chwilę i za moment już wyciągamy kolejną mapę i szukamy kolejnego zadania, a w miejscu gdzie składujemy zebrane materiały, leży 8 świeżo przytarganych desek.
Tym razem kłaniają nam się szkolenia medyczne, bo kolejne zadanie to transport rannego na specjalnych noszach, które miały pod spodem zamocowane koło, więc można było nimi jeździć, nie trzeba było dźwigać ciężaru poszkodowanego. I bardzo dobrze, bo przejść dość długi odcinek nie było łatwo. Tym bardziej, że zdecydowana jego większość to marsz po piasku plaży, a pogoda w między czasie zmieniła się diametralnie, więc zimny wiatr i zacinający deszcz dość skutecznie utrudniają grupie wykonanie zadania. Więc marsz po plaży, potem wspinaczka z noszami na wydmę, potem zejście z powrotem na plażę i znowu marsz w wietrze i deszczu, potem znów wspinaczka i w końcu wróciliśmy do punktu wyjścia. W porządku, zadanie zaliczone, więc szybki powrót i kolejna mapa, kolejne zadanie.
Cóż to? Ano niezwykły widoczek, bo na kolejnym punkcie cała grupa, oczywiście przy pomocy instruktorów, zawisła w powietrzu, podczepiona do specjalnie rozpiętej sieci z lin. Zadanie nazywa się "stanem nieważkości", a polega na tym, że każda osoba otrzymuje fragment rurociągu, który trzeba tak połączyć w powietrzu, aby szyszka wrzucona z jednej strony przewędrowała przez wszystkie "ogniwa" i znalazła się na ziemi, w specjalnie zamocowanym kubeczku. Pracą grupy kieruje lider, przez grupę wyznaczony i tylko on ma prawo głosu, wszyscy pozostali - milczą! Że trudne? Możliwe... Że czasochłonne? Możliwe... Ale nasi Patrolowcy poradzili sobie sprawnie i z wykorzystaniem 29 z 30 przewidzianych na zadanie minut udało się wszystko sukcesem zakończyć.
Tymczasem pogoda coraz gorsza, czujemy już zmęczenie, czujemy coraz bardziej wilgoć i zimno. Na razie jednak jeszcze jesteśmy oddaleni od plaży, schowani za wydmami i między drzewami. Wracamy, znowu sięgamy po następną mapę i znowu udajemy się na wyznaczony punkt. Tutaj z kolei przygotowany jest na ziemi, zawinięty w spiralę, tor, po którym grupa musi przeciągnąć deskę, trzymając tylko za linki zawiązane u jej góry i spodu. Ile osób w grupie, tyle linek, no i oczywiście lider, który linki nie posiada, ale ma kierować grupą, aby zadanie to wykonała jak najsprawniej. Ale żeby za łatwo nie było, to część osób ma zawiązane oczy i uszy zasłonięte specjalnymi słuchawkami tłumiącymi wszystkie odgłosy z zewnątrz. Myślicie, że sobie rady nie dali? To się mylicie grubo, bo po jakimś czasie deska znalazła się poza spiralą a my wracaliśmy z kolejnymi "fantami" po ostatnią mapę i po ostatnie nasze zadanie.
No i teraz się dopiero zaczęło - wychodzimy na plażę. A tutaj już pogoda bezlitosna, wiatr i lejący się z nieba deszcz. Wiatr tak silny i tak uciążliwy, jak to tylko nad morzem może się zdarzyć. A grupa przedziera się po piasku i podchodzi do stojącej wieży, na którą z pobliskiej wydmy przerzucony jest most (strasznie "mostowe" szkolenie...) złożony z liny u góry i drabinki linowej u dołu. No a z wieży ku plaży skierowane inne dwie liny - zadanie polega na tym, że trzeba przejść z wydmy na wieżę po czym trzeba z wieży zjechać na dół i to zadanie wykonać musi cała grupa. I powiedzieć Wam muszę, że wszystko byłoby piękne, żeby nie ta przeklęta pogoda, która w międzyczasie, kiedy Patrolowcy zakładali uprzęże, sprawiła, że każdy chyba miał już przemoczone spodnie, kurkę, koszulkę... Ale nic to, jest to już ostatnie zadanie i zbliża się pora obiadu. W związku z tym - każdy zacisnął zęby i znowu z wykorzystaniem 30 minut udało się wszystko wszystkim przejść. Więc radość ogromna, zabieramy ostatnie fanty i wracamy na plac budowy.
Przychodzimy ostatni, wszystkie inne grupy już zaczęły prace budowlane i oczom naszym ukazała się już dość zaawansowana konstrukcja naszej Nestorówki. A o tyle trudniej było się w tym wszystkim odnaleźć, że teraz pracowali już wszyscy razem, wszystkie 54 osoby. I teraz - kto z liderów poszczególnych grup zostanie liderem i kierownikiem całej budowy? Taka osoba się jednak znalazła, więc dość sprawnie zaczęła się praca układać i budowla coraz piękniej i coraz okazalej prezentowała się na tle lasu i wydm. Nie zapomniano nawet o przyozdobieniu „chatki” tablicą z nazwą i flagami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I kiedy Remek, już jako ostatni wchodził do środka i pytał zebranych tam już Patrolowców, czy są z siebie dumni, z 54 gardeł wyrwało się gromkie "TAAAK!!!", bo po takim dniu i po takich trudach udało się w pełni wykonać to, co sobie zamierzyliśmy rano. Cztery świetnie już zintegrowane i znające się grupy dzięki współdziałaniu i współpracy stworzyły coś, co nikomu indywidualnie ani nie rozumiejącej się ekipie by się w życiu tak szybko nie udało.
Pora na zdjęcia, śmiechy i radości, pora na zabawy i figle (można było np. związać i przywiązać swojego instruktora - opiekuna do drzewa, dzięki czemu mógł się on poczuć bardziej "związany" ze swoją grupą), ale że brzuchy coraz bardziej domagały się napełnienia - ochoczo cała szkoleniowa brygada udała się na obiad. I teraz, kiedy piszę te słowa, trwają właśnie zajęcia praktyczne z pierwszej pomocy, niedługo kolacja, a po niej - test medyczny. Potem chwila oddechu i wychodzimy wszyscy na ostatni wielki sprawdzian, czyli marsz nocny. Skończymy... któż wie kiedy, może już będzie widno... A na pewno będzie już niedziela.
Więc pozwólcie, że nie zanudzam więcej, pod spodem kilka fotek i ja biegnę sprawdzić, jak tam idzie reanimowanie i czy być może któryś w fantomów nie ożył.
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
27.10.2002 14:35
Deszczowa noc
Nasi kursanci na kolację schodzili już ze świadomością, że zaraz po niej odbędzie się egzamin. Test ze znajomości zasad pierwszej pomocy przedmedycznej, podsumowujący 16 godzin zajęć, wykładów i ćwiczeń. I muszę Wam powiedzieć, że głośne i mocno buńczuczne zachowanie Patrolowców zdradzało, że napięcie jest wysokie i każdy stara się nadrabiać miną jak może. Więc zaraz po kolacji salę opanowała ekipa PCK z Bielska Białej, ich instruktorzy odpowiednio rozsadzili Patrol, każdy otrzymał kartę egzaminacyjną i próba generalna się rozpoczęła. I to jest ten moment na szkoleniach, kiedy chyba jedyny raz w sali, gdzie zebrana jest cała szkoleniowa grupa, panuje idealna niemal cisza. Każdy skupiony, każdy zamyślony i skoncentrowany na jakimś pytaniu. I możliwe odpowiedzi - A czy B czy może C... Po ostatnim pytaniu jeszcze krótka kontrola całości, oddanie karty egzaminacyjnej i można opuścić salę. Jutro pokaże, kto ile zapamiętał, kto się ile nauczył. A dziś czeka nas jeszcze marsz nocny.
Wraz z grupą, której towarzyszyłem od początku szkolenia, opuściłem ośrodek dobrze około godziny 23. I tak jak przed egzaminem PCK, teraz też głośność i poza zachowania grupy zdradzała napięcie i oczekiwanie na to, co ta noc przyniesie. Otrzymaliśmy mapę i żwawym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Wiedzieliśmy, że trasa jest długa, wiedzieliśmy, że duża jej część biegnie nadmorską plażą, ale wierzyliśmy mocno w swoje siły. No nic, trzeba jak najszybciej dostać się na pierwszy punkt.
I kiedy już tam się znaleźliśmy, przywitała nas ekipa PCK. Tak, ten punkt i to zadanie to jeszcze jedno ćwiczenie i sprawdzenie świeżo zdobytych umiejętności. I jednocześnie punkt wyczynowy, próba ratownictwa w stylu GOPR. Otóż trzeba było rannego opatrzyć (a rany ciężkie i skomplikowane bardzo były), umieścić go na noszach, przymocować nosze do linowego mostu i przetransportować je nad bagnem z pomostu, na którym rannego znaleźliśmy. Już samo spojrzenie na zamocowany most linowy budziło respekt, ale nie ma wyjścia, trzeba pracą się podzielić i do zadania przystąpić. I z podziałem, zorganizowanie pracy tym razem pojawiły się problemy. Wprawdzie dość sprawnie znalazł się zespół, który opatrywał poszkodowanego, ale długo było czekać, aż pojawi się ekipa przygotowująca samą przeprawę. Kiedy jednak już to się stało, to muszę Wam powiedzieć, że wszystko poszło już mocno sprawnie. Nosze znalazły się na linach, dwie osoby prowadziły przeprawę i po drugiej stronie już czekało kilka osób, które przedostały się wcześniej, a które miały nosze odebrać. I kiedy już poszkodowany znalazł się na twardym gruncie a wszyscy pozostali też przedostali się na drugą stronę - tylko krótkie podsumowanie PCK (czyli ile razy poszkodowany został zabity i dlaczego) - i dalej w drogę.
No i tu było przed nami ładnych parę kilometrów. Także godzina marszu upłynęła nam na rozmowach, wzajemnym poznawaniu się i generalnie - czuło się już spadek tego napięcia, które towarzyszyło nam przy wyjściu. Ktoś tam z tyłu zaintonował jakąś piosenkę, odwracam się - no tak, umuzykalnione Zabrze - i po chwili staliśmy się już grupą wesołą, śpiewającą, radującą sie nocnym spacerem po lesie.
Ładny mi spacer!!! Pogoda bardzo w kratkę, raz piękny i jasno świecący księżyc, po chwili ciemność, wiatr i deszcz, a za moment - znowu towarzyszyło nam srebrne światło księżyca... No i zadania - na następnym czekała nas znowu "wyczynówka", czyli przeprawa po moście z liny i rozpiętej drabinki linowej. Tutaj już nie wszyscy mogli wziąć udział, grupa musiała wyznaczyć kilka osób, które punkt za grupę zaliczały. Więc chwila, potem krótki moment na łyk gorącej herbaty (bo wiatr i zimno coraz bardziej odczuwaliśmy), i w dalszą drogę.
Teraz już mniejsze odległości, więc nie trzeba było bardzo długo maszerować aby dojść do kolejnego zadania.
Tutaj prosta, ale szybka zabawa - wyścigi rydwanów. Wyścigi to złe słowo, bo rydwan był jeden (z tego powodu, że intensywne sportowe emocje i zapał poprzednich grup przyniósł jeden efekt - sprawdzana na wszelkie możliwe konstrukcja nie wytrzymała, jeden z rydwanów został trwale uszkodzony), a miał postać deski z przywiązanymi sznurkami, i jedna osoba usadawiała się na niej, a pozostałe ciągnęły taki pojazd po drodze wskazanej przez instruktora. A zabawy przy tym mnóstwo, bo to albo rydwan zgubił swojego pasażera, albo grupa nie mogła sobie poradzić z progiem wjazdowym na mostek, albo rydwan stawał w starciu z kolejną kępą jakich traw... Kółeczko, powrót na miejsce startu, zamiana grupy „obsługującej” aby każdy mógł zabawię zaliczyć i po momencie - przebijaliśmy się na następny punkt.
A ten znaleźliśmy już przy zejściu na plażę. I kiedy wdrapaliśmy się na wydmę, pierwszy raz zderzyliśmy się z rzeczywistością „pogodową” czyli w nasze twarze uderzył zimny, ostry, silny wiatr i co jakiś czas - piekące krople deszczu. Bo pogoda, jak wspominałem, była bardzo niezdecydowana. Zadanie polegało na tym, że część grupy musiała przetransportować nosze z poszkodowanym z wydmy na plażę, przy możliwie silnym „utrudnianiu” przez resztę grupy, nie „fizycznym”, ale czysto słownym. Krzyki, złe informacje, próby zdekoncentrowania dość mocno wystawiły na próbę zgranie ekipy. Jednak ta nie dała się zwieźć, więc po jakimś czasie nosze z poszkodowanym znalazły się na plaży. Tu zamiana i z powrotem, czyli pod górę, musiała się grupa z noszami wdrapać. Po wszystkim wszyscy zmęczeni ruszyli plażą w kierunku Rowów.
Ktoś po całej zabawie powiedział mi, że ten marsz to najgorsze momenty w jego życiu. Bo istotnie, na początku jeszcze słyszałem gdzieś obok śpiew, próby zachowania dość „lekkiego” klimatu marszu, ale w obliczu tego wiatru, który wiał nam prosto „w czoło”, momentami spowalniając potężnie tempo, w obliczu co i raz zacinającego deszczu, wszyscy coraz bardziej koncentrowali się na własnym trudzie, własnej słabości i coraz bardziej bezwzględnej walce o każdy metr, o każdy krok naprzód. Ależ niesamowicie huczała wichura, ależ niesamowicie szumiało morze, a światła miejscowości Rowy daleko, daleko przed nami i mimo dziesiątek minut tej mordęgi - ta odległość wydawała się ciągle niebotycznie wielka. Obserwuję grupę, w sytuacji ekstremalnego już zmęczenia, komuś puszczają nerwy, ktoś wyrywa do przodu nie oglądając się na resztę, ktoś inny znowu, nie mając sił, coraz bardziej traci kontakt z czołem marszu. Więc postój, czekamy aż wszyscy zbiorą się w miarę zwartą grupę i znowu do przodu. W połowie - okazja na łyk gorącej herbaty, ale powiem szczerze, że jej efekt trwał nie wiem, czy kilka minut. Potem znowu trud, ból, walka i powolne posuwanie się naprzód. Pod koniec już mocno konkretny deszczy odebrał nam resztki wiary w poprawę warunków i niemal do końca już pogoda była najpotężniejszym przeciwnikiem. Niemal, bo ostatni krótki odcinek pokonaliśmy już jako pasażerowie samochodów Instruktorów.
Dostaliśmy się na ostatni punkt, tutaj już tylko dwie osoby musiały przeprawić się po tzw. leniwcu, i już schowani między budynkami Rowów udaliśmy się do Ośrodka, gdzie czekał na nas ciepły posiłek, gorąca herbata i przede wszystkim - ciepłe posłanie. Z tym, że snu pozostało nam niewiele, bo kiedy wchodziliśmy od Ośrodka, świtało. A noc trwała przecież godzinę dłużej, jako że właśnie dziś nastąpiła zmiana czasu. No tak, nawet to uwzględniono przy planowaniu szkolenie...
I tak to się skończyła ta deszczowa noc. A co przyniosło jutro? O tym za chwilę...
27.10.2002 14:50
Wracamy z Rowów...
54 osoby stanęły dziś pod zbudowaną poprzedniego dnia Nestorówką, aby pożegnać się ze sobą i zakończyć kolejne szkolenie Pokojowego Patrolu. Część z nich już była na Przystanku Woodstock, część dopiero pierwszy raz zetknęła się z Patrolem, ale tego podziału ani w trakcie całego szkolenia, ani teraz, widać nie było. Więc stanęli oni wszyscy pod Nestorówką, Jurek rozpoczął podsumowanie i rozdał fundacyjne certyfikaty ukończenia szkolenia. Po nim głos zabrał Janusz Głaz, szef Grupy PCK z Bielska Białej, opowiedział o efektach szkolenia z zasad pierwszej pomocy i rozdał certyfikaty ukończenia tego kursu. O tyle ważne, że są to międzynarodowe certyfikaty, honorowane we wszystkich krajach Unii Europejskiej.
No i pozostał tylko czas na pożegnalne foty, ostatnie spotkanie z grupą, wymianę namiarów, potem szybkie pakowanie, a po kilkunastu minutach wesoły autobus pełny śmiejących się, śpiewających i radosnych ludzi opuścił Ośrodek Wypoczynkowy "Bankowiec" w miejscowości Rowy niedaleko Słupska. Skąd ta radość na pozegnanie? Bo każdy z tych młodych ludzi zyskał sobie w trakcie tego weekendu 53 bliskich przyjaciół, każdy stał się członkiem rodziny Pokojowego Patrolu i każdy poniósł w świat opowieść o tych wyjątkowych chwilach, które stały się ich udziałem.
Serdecznie, bardzo serdecznie dziękujemy Feliksowi Kaczanowskiemu, Dyrektorowi Słowińskiego Parku Narodowego, za pomoc i ogromne wsparcie podczas szkolenia. Dzięki także Norbertowi Pokorskiemu, także ze Słowińskiego PN, za zaangażowanie i pomoc podczas tej ciężkiej, deszczowej nocy.
Wielkie i ogromne dzięki dla Grupy Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska-Białej, która po raz kolejny pokonała setki kilometrów aby kolejną patrolową, ekipę nauczyć, jak pomóc poszkodowanemu w najróżniejszych wypadkach, które przecież gdzieś tam obok każdego z nas zdarzyć się mogą.
Wielkie dzięki dla Gołębia i Fisia, instruktorów z firmy ADVENTURA, którzy pomagali naszym instruktorom w zaplanowaniu i przygotowaniu szkolenia.
I na koniec - wielkie, ogromne dzięki dla wszystkich instruktorów Pokojowego Patrolu, którzy przybyli na ten weekend do Rowów, by do naszej patrolowej rodziny wprowadzić kolejną grupę osób.
Kochani!!! Widzimy się na szkoleniach II stopnia a potem... Abyśmy się spotkali na kolejnym Przystanku Woodstock Żary 2003.
Z drogi z Rowów do Warszawy pozdrawia Was...
(Milkee) |
15. Szkolenie Pokojowego Patrolu - IV szkolenie II stopnia Załęcze Wielkie 28-30.06.2002 r.
29.06.2002 15:41
Szkolenie "na wodzie"...
"Czy takim starym autobusem będziemy jechali do ośrodka?" Takie oto pytanie usłyszałem, kiedy podjechaliśmy na dworzec PKP
więcej »
29.06.2002 15:41
Szkolenie "na wodzie"...
"Czy takim starym autobusem będziemy jechali do ośrodka?" Takie oto pytanie usłyszałem, kiedy podjechaliśmy na dworzec PKP w Działoszynie po ekipę Patrolu, która przyjechała na ostatnie przed Przystankiem Woodstock szkolenie II stopnia, do znanej nam już z dwukrotnego spotkania miejscowości - do Załęcza Wielkiego.
Przed dworcem stał autobus, taki stary gruchot, jaki jeszcze czasem pojawia się w PKS-ach w okolicach oddalonych od dużych miejscowości. I tego pojazdu dotyczyło pytanie, które rozbawiło mnie o tyle, że wiedziałem, co w tym dniu jeszcze czeka całą tę brygadę. A na początek wszyscy musieli się zebrać i z buta ruszyć do Działoszyna (dworzec był zupełnie na obrzeżu miasteczka), na wielki most nad Wartą. Odległość do Załęcza to dobrze ze 25 kilometrów. I każdy się zastanawiał, jak tę odległość pokona. A wszystko stało się jasne właśnie za mostem w Działoszynie, gdzie na Patrolowców czekało pierwsze zadanie - budujemy tratwy, wodujemy je, potem pakujemy na nie wszystkie bagaże, no i oczywiście siebie, i ruszamy w dół Warty, do Załęcza właśnie. Z czego te tratwy? Przygotowane były beczki, liny, drewniane żerdzie i ogromne dętki, które napompowaliśmy dzięki uprzejmości miejscowego gospodarza. No i wszyscy dzielnie przystąpili do budowy i po dwóch godzinach na wodzie stanęło 5 takich tratw - każda z masztem na którym powiewała flaga z orkiestrowym serduchem. I tak oto po raz pierwszy na szkoleniu zamiast marszu, odbył się wielki spływ. Rzecz jasna, przerywany kolejnymi zadaniami, czyli co kawałek trzeba było tratwę zatrzymać, rozwiązać napotkany problem i płynąć dalej. Nie było tym razem rywalizacji, wszystkie ekipy płynęły razem, tylko na jednym z punktów zadanie polegało na tym, że odbył się krótki wyścig tratw. Potem wszystkie załogi miały znowu zebrać się do kupy i już razem pokonywać trasę spływu. Większość ludzi miała za sobą nocną podróż a od rana nasze zadania, więc ostatnim posiłkiem, jaki jedli, to kolacja dzień wcześniej. Stąd na trasie spływu nagrodami za zaliczone zadania na punktach było jedzenie. Mijaliśmy dwa mosty na Warcie, na każdy trzeba było wspiąć się i odebrać część nagrody. Tyle tylko, że na pierwszy grupa musiała wciągnąć wybranego spośród siebie ochotnika, a na drugi trzeba było wspiąć się po drabince linowej po jednej stronie i zjechać po linie po drugiej stronie, oczywiście na swoją tratwę.
Natomiast dla mnie najciekawszym zadaniem było zejście do... Jaskini Draba. Otóż zadanie polegało na tym, że po przybiciu do brzegu każda z grup dzieliła się na dwie części i każda musiała znaleźć inną jaskinię, gdzie ukryte były "skarby", dzięki którym po powrocie wszyscy zjedli ciepły posiłek. Ja poszedłem właśnie do Jaskini Draba. I kiedy zszedłem na dół, między wilgotnymi ścianami, kiedy zrobiło się tak wąsko, że ledwo ledwo się przecisnąłem, kiedy dotknąłem drabinki schodzącej w szczelinę w skale, po czym zszedłem w tę szczelinę... No przeżycie naprawdę podnoszące poziom adrenaliny we krwi. I ta satysfakcja, kiedy stanąłem już na dole... No i potem trzeba było wyjść na górę - zadanie chyba trudniejsze, chociaż z drugiej strony - szło się już raz pokonaną trasą... Fantastyczne przeżycie. Wyszedłem na powierzchnię umorusany koszmarnie... Ale jak kiedyś będę miał okazję powtórzyć wyczyn, to nie ma możliwości żebym nie spróbował. I wam też polecam...
No a drugi taki moment, to kiedy płynęliśmy już w nocy i za nami na pontonie był Jurek i Witek - jeden z operatorów Kręcioły. No i pomimo ostrzeżeń ponton ten trzymał się za blisko prawego brzegu, gdzie w wodzie leżało jakieś przewalone drzewo. Było ciemno, więc to drzewo wyłaniało się tuż przed tobą. I tak się stało, że jak zauważyliśmy czarny kształt, to było za późno na manewr i ucieczkę, i doszło do kolizji. Ponton się przewrócił, załoga - w wodzie, sprzęt - mokry. Szybka akcja ratunkowa i nic nikomu się nie stało, choć... Przeżycie i przygoda niezapomniana będzie długo...
Do Załęcza dotarliśmy dobrze po godzinie 1 w nocy. I wszyscy niemal od razu poszli spać. Dzisiaj już od rana trwają zajęcia z PCK, zaraz zacznie się spotkanie z Policją, a wieczorem... Ano jutro Wam opiszę.
Pozdrooofka!!!
(Milkee)
30.06.2002 16:13
Wracamy już z Załęcza
Bo nie więcej jak przed godziną zakończyło się 19. szkolenie Pokojowego Patrolu. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi kursantami, rozdaliśmy certyfikaty ukończenia naszego kursu, podsumowaliśmy wczorajsze zajęcia medyczne.
Bo jak to zawsze na kursach II stopnia, drugi dzień był dniem medycznym. Od rana trwały wykłady prowadzone przez naszych Przyjaciół z PCK z Bielska Białej. A po obiedzie podzieliliśmy Patrolowców na pięć grup i wszystkie przeszły serię pozoracji najróżniejszych wypadków. A po południu odbyło się spotkanie z Policją, czyli tłumaczyliśmy sobie, na czym od strony prawnej wygląda nasza praca, jakie mamy prawa i obowiązki, ale też mówiliśmy sobie o narkotykach, czym grozi ich posiadanie, handlowanie nimi itd. Te informacje być może wykorzystamy na tegorocznym Przystanku...
Wieczorem jeszcze ostatnia, największa pozoracja. Wypadek masowy, dużo rannych, poważna próba dla całej szkolonej grupy. Ale ta właśnie próba ze wszystkich na tym szkoleniu przebiegła najlepiej.
No i to był koniec zajęć na 19 szkoleniu Pokojowego Patrolu. Teraz już przyjemności, czyli pożegnalne ognisko, które... Kończyło się dobrze po świcie.
Godzinę temu, jak wspomniałem, żegnaliśmy się ze wszystkimi pod ośrodkiem w Załęczu Wielkim. Nasi kursanci tym razem wsiedli już do autobusu i wyjechali do domu. A że Przystanek już niedługo, to i pożegnanie nie było ciężkie. W końcu zobaczymy się ze ciut ponad miesiąc...
Wielkie dzięki dla Grupy Ratownictwa PCK z Bielska Białej, dla Policji, dla Instruktorów Pokojowego Patrolu oraz dla ośrodka Nadwarciański Gród w Załęczu Wielkim. Dzięki Wam odbyło się to niezapomniane szkolenie...
Pozdrawiam!!!
(Milkee) |
14. Szkolenie Pokojowego Patrolu - III szkolenie II stopnia Uroczysko-Waszeta 7-9.06.2002 r.
08.06.2002 10:41
A teraz już szkolimy Patrol pod Olsztynkiem
Ano jak już napisałem, wyjazdowo - szkoleniowy weekend nam się trafił. Wczoraj rozpoczęło
więcej »
08.06.2002 10:41
A teraz już szkolimy Patrol pod Olsztynkiem
Ano jak już napisałem, wyjazdowo - szkoleniowy weekend nam się trafił. Wczoraj rozpoczęło się kolejne szkolenie II stopnia Pokojowego Patrolu. Ponad 50 osób z najróżniejszych okolic Polski przyjechało do miejscowości Uroczysko - Waszeta, niedaleko Olsztynka, aby przypomnieć sobie wiadomości dotyczące pierwszej pomocy przedmedycznej oraz przejść zajęcia surviwalowe. Większość to ludzie, którzy są już w Patrolu co najmniej od ostatniego Przystanku Woodstock, więc doskonale wiedzą na czym polegać będzie ich praca, to szkolenie ma jednak tę wiedzę przypomnieć, wywołać z zakamarków zapomnienia, a także dołożyć do tego coś nowego, wspominając tutaj o wykładzie Policji, który odbędzie się dziś wieczorem.
Dzień wczorajszy to jeden długi marsz z przeszkodami. Tak jak to już się stało tradycją na szkoleniach II stopnia, nasi Patrolowcy przyjechali około godziny 10 do Olsztynka, skąd zabrał ich autobus i przewiózł... No właśnie, nikt nie wiedział gdzie. Bo wygodna wycieczka zakończyła się nagle gdzieś na szosie w środku lasu, wszyscy wysiedli, zabrali bagaże i... Dalej droga piechotą. Ale żeby nie było za prosto, to od razu podzieliliśmy się na grupy, każda dostała mapę i określoną trasę dojścia do ośrodka. No i oczywiście kilka punktów do zaliczenia po drodze... No i żeby nie było za prosto, to miejsce gdzie się znajdowaliśmy było poza zasięgiem posiadanej mapy, więc trzeba było się zorientować po tym, co widzimy wokoło siebie, gdzie się jest i w którą stronę należy się udać.
I tak to się wszystko zaczęło. Marsz był niezwykle ciekawy, bo i teren po którym szliśmy był przepiękny - dużo lasów, jeziora, stawy i mokradła wokół nich, wszystko to tworzyło nadzwyczajny krajobraz. No, cóż się dziwić, toć to Warmia i Mazury. Ale i zadania przygotowane przez instruktorów Pokojowego Patrolu - ciekawe i przede wszystkim - doskonale integrujące grupy. Kilka z nich oczywiście odbywało się nad wodą, a tej w okolicy nie brakuje. A że pogoda dopisała przez cały ten dzień, to nie było siły i nie było przebacz, żeby się nie zmoczyć i tym żywiołem nie powalczyć. Mieliśmy więc leniwca, mieliśmy hydraulika, mieliśmy przeprawę na pontonach zbudowanych z olbrzymich opon, a także stałe punkty programu, czyli pozoracje czy też mecz piłkarski z zawiązanymi oczami, czy też strzelanie z łuku.
O czym jeszcze mogę wspomnieć? Na jednym z punktów Ochotnicza Straż Pożarna z Dąbrówna przygotowała bardzo atrakcyjne zadanie. Każdy z nas mógł przez chwilę poczuć się strażakiem i popróbować swych sił w walce z wyimaginowanym pożarem. Strażacy przygotowali sprzęt gaśniczy który trzeba było rozłożyć, połączyć z samochodem, dwie tzw. roty, czyli dwuosobowe zespoły które są "na końcu" węża i bezpośrednio gaszą ogień, musiały zając stanowiska i... Ruszyła pompa, a z węży trysnął mocny strumień wody. Widziałem jak Patrolowcy walczyli bardziej z tymi wężami niż z udawanym pożarem, bo okazało się że utrzymanie ich przy tak dużym ciśnieniu wody wcale nie jest takie proste, nawet dla dwóch osób. No a sam miałem okazję założyć maskę podłączoną do butli powietrznych, co ma umożliwić oddychanie w zadymionym i gorącym pomieszczeniu. Bardzo dziwne uczucie i wcale nie najprzyjemniejsze. Cóż, strażakom nie ma co zazdrościć, ciężki kawałek chleba... Dla Ochotniczej Straży Pożarnej z Dąbrówna - wielkie, wielkie dzięki!!!
Wczoraj po powrocie odbyły się jeszcze zajęcia dotyczące zachowań tłumu na imprezach masowych, prowadzili je niezmordowani bracia Kubły z Ostrołęki. A dziś od rana Patrolowców przejęli PCK-owcy z Bielska - Białej i trwa właśnie szkolenie z pierwszej pomocy. Na które i ja zmierzam, by opowiedzieć Wam o jego przebiegu, więc jedynie pozostaje mi pozdrowić Was gorąco i zaprosić do odwiedzania stron internetowych Pokojowego Patrolu - wkrótce dalszy ciąg opowieści o szkoleniu pod Olsztynkiem.
Pozdrawiam!!!
(Milkee)
10.06.2002 07:47
Po szkoleniu Patrolu w Uroczysku - Waszeta
Szkolenie Pokojowego Patrolu II stopnia w Uroczysku - Waszeta niedaleko Olsztynka, zakończyło się wczoraj przed południem tradycyjnym spotkaniem podsumowującym trzy dni zajęć. Rozdane zostały certyfikaty ukończenia szkolenia, po czym już niewiele czasu zostało na dopakowanie rzeczy i pożegnanie się ze wszystkimi przyjaciółmi.
Ale po kolei. Sobota zakończyła się spotkaniem z Policją, czyli zgodnie z utrwaloną już tradycją, mówiliśmy o prawnej stronie pracy Pokojowego Patrolu na Przystanku Woodstock. Zresztą jeszcze tego dnia do tematu wróciliśmy, bo na sam koniec odbyły się zajęcia, które pokazać miały jak zachowuje się tłum młodzieży na koncercie i podpowiedzieć, co należy zrobić, by w tym tłumie wykonać swoje zadanie. Zajęcia poprowadzili bracia Mariusz i Krzysiek Kubłowie z Ostrołęki.
Niedziela zaplanowana była jako "dzień medyczny" szkolenia. Od rana rozpoczęły się zajęcia z Grupą Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska - Białej, czyli szkolenie które przypomnieć miało wiadomości z kursu 16-godzinnego jaki ukończył każdy z obecnych Patrolowców, ale i jak najwięcej przećwiczyć konkretne zachowania w konkretnych sytuacjach. Co oznaczało, że po kilku godzinach wykładów resztę dnia poświęciliśmy pozoracjom wypadków, z której największa miała miejsce już późnym wieczorem. Wyszliśmy z ośrodka na marsz, o którym nikt nic nie wiedział, czyli gdzie idziemy, co nas spotka po drodze i kiedy planowany jest powrót. Wyszliśmy na drogę w kierunku Olsztyna i całą szkoleniową grupą blisko 55 osób, uformowaną w kolumnę czwórkową, ruszyliśmy przed siebie. I musze Wam powiedzieć, że humory dopisywały, ktoś coś zaczął śpiewać, kilka innych osób podchwyciło i z boku wyglądało to, jakby szła sobie lasem bardzo wesoła brygada. Tę sielankę przerwał głośny wybuch tuż przed nami, po chwili usłyszeliśmy drugi, potem jeszcze jeden, wśród drzew stał rozbity samochód, wewnątrz widzieliśmy czterech pasażerów, a z lasu doszły do nas czyjeś krzyki. A że cały czas coś wybuchało i coraz to nowy hałas przerywał ciszę nocy, to nikt nie odważył się wejść w las. Szybka decyzja - wzywamy pomoc. Zgłoszenie odebrała OSP z Dąbrówna informując nas, że wyrusza do nas wóz ratowniczy. Po chwili usłyszeliśmy wycie syren, na miejsce dojechał wóz strażacki oraz ekipa PCK, do rozbitego samochodu doskoczyli strażacy, nawet nie zauważyłem, kiedy nad miejscem wypadku zapaliła się lampa, pojawiły się hudrauliczne nożyce do cięcia samochodu, Pokojowy Patrol wszedł do lasu aby pomoc leżącym tam poszkodowanym. Strażacy rozcięli w tym czasie samochód, zerwali dach i Patrolowcy mieli już swobodny dostęp do tej dwójki w samochodzie. Kiedy Ci zostali wyciągnięci z auta, do akcji po raz kolejny wkroczyli strażacy gasząc samochód który w tym czasie zaczął płonąć. Kiedy pożar został ugaszony i wszystkim poszkodowanym udzielona pomoc, akcja się zakończyła. Nadszedł czas na podsumowanie, wytknięcie popełnionych błędów i wskazanie rzeczy zrobionych poprawnie.
Wszyscy po tej akcji doszli do jednego wspólnego wniosku - ratowanie życia nie jest rzeczą łatwą i ten kurs, który wszyscy przeszliśmy, nie sprawił, że wiemy już wszystko i nie ma od nas lepszych w ratowaniu. I o tym trzeba pamiętać, przystępując do udzielania pierwszej pomocy, że nade wszystko należy pomyśleć i cały czas być bardzo skoncentrowanym i uważnym by wbrew olbrzymim chęciom bardziej nie zaszkodzić niż pomóc. No i takie też ogólne przesłanie płynąć miało z tego szkolenia. Jak już napisałem, w niedzielę odbyło się zakończenie szkolenia i wszyscy pojechali do domu. My też, po 5 dniach zajęć, bo przecież od środy byliśmy najpierw w Kwidzynie, a potem pod Olsztynkiem.
Z wszystkimi Patrolowcami spotkamy się na Przystanku Woodstock. A przed nami jeszcze jedno szkolenie, ale o tym już w kolejnej nowince.
Pozdrawiam Was!!!
(Milkee) |
13. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Załęcze Wielkie 10-12.05.2002 r.
11.05.2002 18:14
XIV szkolenie Pokojowego Patrolu w Załęczu Wielkim...
...trwa od wczoraj. To ostatnie przed Przystankiem Woodstock szkolenie I stopnia, czyli przyjechali
więcej »
11.05.2002 18:14
XIV szkolenie Pokojowego Patrolu w Załęczu Wielkim...
...trwa od wczoraj. To ostatnie przed Przystankiem Woodstock szkolenie I stopnia, czyli przyjechali tu ludzie, z których zdecydowanej większości nie było nigdy na Przystanku Woodstock. Zadaliśmy takie pytanie na samym początku, podniosło się do góry 5, może 6 rąk. Także sporo pracy przed naszymi instruktorami...
O godzinie 9 nasi kursanci spotkali się w Dzietrznikach - małej miejscowości niedaleko Załęcza. Tak naprawdę to dotarcie tam było już pierwszym zadaniem dla Patrolu. Dotarli wszyscy i jak tylko znaleźli się w ośrodku w Załęczu - zaczęły się zajęcia.
Dzień wczorajszy należał do ekipy PCK z Bielska - Białej, co oznaczało cały dzień wykładów, ćwiczeń, pytań i odpowiedzi z zakresu pierwszej pomocy przedmedycznej. Ja jak zawsze ze zdumieniem obserwuję tych młodych ludzi, którzy mimo zmęczenia podróżą uważnie śledzą, obserwują, notują, czyli jak zwykle starają się maksymalnie dużo zapamiętać. I tak przez wiele godzin, z przerwą tylko na posiłki. Po kolacji zaczęły się już zabawy przygotowane przez ekipę Piotra Hartona, czyli moment, kiedy wszyscy mogli się wzajemnie poznać, zintegrować z resztą grupy. Kiedy ogłosiliśmy koniec zajęć, a było to dość późno, ponad 50 osób bardzo zmęczonych ale szczęśliwych, uśmiechniętych i opowiadających sobie wrażenia całego dnia, udało się na spoczynek.
A dziś od samego rana podział, czyli tradycyjnie połowa kursantów bawi się i uczy na zajęciach surviwalowych w terenie, a połowa kontynuuje naukę pierwszej pomocy. Po obiedzie ma nastąpić zamiana, tak, aby każdy mógł spróbować swych sił na każdym z punktów.
Na trasie marszu zobaczyliśmy zadania, które znacie już z poprzednich szkoleń. Była siatka, przez którą trzeba było przeprawić ciężką beczkę, był "stan nieważkości", czyli zadanie polegające na połączeniu rurowej konstrukcji przez osoby wiszące na linach, był spływ pontonem wzdłuż Warty, który najpierw należało przygotować do tego zadania, był rozciągnięty nad rzeką most linowy i kolejka, był most zaufania, kiedy dwie osoby poruszały się po linach trzymając się tylko i wyłącznie siebie nawzajem, oraz była przeprawa z piłeczką pingpongową po podwieszonej belce. Dla naszych nowych kursantów każde z tych zadań to kolejna okazja by poznać się nawzajem, zorganizować pracę zespołu by jak najlepiej pokonać punkt, oraz, co bardzo ważne, by pokonać swój strach, swoje bariery i przeżyć emocjonującą przygodę.
W tym samym czasie - druga połowa kursantów uczyła się pierwszej pomocy. Po kilku godzinach zajęć i ćwiczeń odbył się już egzamin, ale wyniki dopiero juro. Póki co, a sam obserwowałem zajęcia dość uważnie, opinie o młodzieży która przyjechała tu dzisiaj są bardzo dobre. Wszystko okaże się dziś podczas marszu nocnego, ale to za dobrą godzinę, bo teraz trwa jeszcze wykład Policji.
Tak pokrótce wyglądały te dwa dni. Pogoda dopisywała nam prawie przez cały czas, ale teraz już jest gorzej, mamy lekki deszcz no i zrobiło się wyraźnie zimniej. Co oznacza, moi drodzy, że marsz nocny wcale nie będzie spacerkiem pod gwiazdami ale dość poważną próba dla nas wszystkich. I bardzo dobrze... TO NIE SĄ ĆWICZENIA!!!
To cóż, ja biegnę na dalszą część zajęć, bardzo serdecznie Was pozdrawiam, a jakby ktoś miał ochotę jeszcze taki kurs przejść - po Przystanku, po wakacjach, kolejne szkolenia, kolejni Patrolowcy i kolejne nasze spotkania. Także czekam na Wasze maile...
Jutro jedenaste szkolenie zostanie zakończone i kolejna grupa Pokojowego Patrolu z niecierpliwością będzie oczekiwała VIII Przystanku Woodstock Żary 2002!
Trzymajcie się, do jutra!
(Milkee)
13.05.2002 11:52
Marsz nocny w Załęczu
Oj, to był naprawdę ciężki marsz. Dawno takiego nie było na szkoleniu I stopnia.
Wyruszyliśmy spod ośrodka około godziny 22, czyli już w zupełnych ciemnościach. Zaraz po spotkaniu z Policją - tym razem odwiedził nas ponownie Policjant z Ośrodka Szkolenia Policji w Gdańsku - poznaliśmy go już kilka tygodni wcześniej na szkoleniu w Ulinii. Ale była też, w charakterze obserwatorów, ekipa z ośrodka szkoleniowego w Łodzi, filii w Sieradzu. Zaraz po tym spotkaniu zebraliśmy się pod ośrodkiem, każda grupa dostała swojego instruktora - opiekuna, mapę i wytyczne co dalszej drogi. Jeszcze tylko tradycyjne pytanie - czy ktoś chce zrezygnować? No i tradycyjnie nikt takiej chęci nie wyraża... No ciekaw jestem, czy nikt nie pożałuje decyzji...
Ruszamy z ośrodka. Idę z jedną z grup, jako opiekun. Odchodzimy kawałek drogą, ale zaraz widzimy, że trzeba zejść w bok, nad Wartę. A kolejne zadanie już po drugiej stronie, wiec pewnie trzeba będzie się jakoś przez wodę przeprawić...
Rzeczywiście, dochodzimy nad rzekę i widzimy dwie liny rozpięte od brzegu do brzegu. Ale nie jedna nad druga, tylko obok siebie i to dość oddalone. Zadanie wydaje się oczywiste - po tych linach należy się przeciągnąć na drugi brzeg. Tyle, że... Kiedy pierwsza osoba rozpoczęła wędrówkę, to zaraz za brzegiem lina ugięła się tak, że osoba ta wylądowała w wodzie... Szok! Efekt przeprawy to kompletnie przemoczone buty, spodnie, koszula... Widząc to reszta grupy zdjęła część ubrań i zwinęła w pakunki, które ponad wodą przeniosła na drugi brzeg. No jakieś wyjście to było, ale... Po tym pierwszym zadaniu widziałem w oczach przemoczonych Patrolowców lekkie przerażenie. Cóż, TO NIE SĄ ĆWICZENIA! Więc szybko ubieramy się i wyruszamy w dalszą drogę.
Teren jest przepiękny. W dzień mieliśmy trochę deszczu, ale teraz już niebo jaśniało tysiącami gwiazd, wokół nas roznosiły się odgłosy lasu... No i ten zapach, wiosenny zapach lasu...
Doszliśmy do zadania drugiego. Teraz czas na wiadomości z pierwszej pomocy, czyli pozoracja wypadku. Poszkodowany, który spadł z drzewa, a którego trzeba zbadać, ułożyć na noszach i przetransportować na drugi brzeg małego potoku. Zadanie okazało się wcale nie takie łatwe, co sam odczułem jako pozorant - lekko mnie przeraził moment, kiedy nosze zawisły nad wodą pod kątem 45 stopni... Ale koniec końców udało się, znaleźliśmy się wszyscy na drugim brzegu.
Ruszyliśmy zaraz dalej, ale w grupie wyczuwało się cały czas napięcie, którego pozbyliśmy się dopiero przy kolejnym zadaniu. Tutaj należało zbudować z przygotowanych materiałów łuk, z którego później należało przestrzelić balon. Żeby nie było za prosto, strzelec miał zawiązane oczy i musiał korzystać z podpowiedzi reszty grupy. No i zadziwiło mnie poświęcenie Agnieszki, która stanęła za balonem, by go podświetlić latarką. Już nie pamiętam, ile strzał trafiło w nią, zanim wreszcie usłyszeliśmy huk przebitego balonu. Szybko dalej! Teraz czeka nas druga dziś przeprawa. Rozglądam się wokół, i widzę, jak niepewni robią się Patrolowcy pamiętając pierwsze tej nocy spotkanie z Wartą. Kiedy wreszcie, po dość długich próbach, odnaleźliśmy miejsce przeprawy, ulga zagościła na wszystkich twarzach, bo tym razem przeciągaliśmy się siedząc w pontonie. Szybko jednak okazało się, że tutaj też nie uda się bez zamoczenia nóg, bo ani pontonu nie podciągniemy na sam brzeg, ani nie damy rady od razu popłynąć - było po prostu za płytko. Efekt taki, ze znowu wszyscy przemoczyli buty i spodnie. A silny nurt zrobił nam później jeszcze kilka niespodzianek, więc wychodziliśmy na drugi brzeg z ulgą, że to już ostatnie spotkanie z tą rzeką.
Dość łatwo odnaleźliśmy drogę do następnego punktu, ale zmyliły nas już niemalże u celu światła latarek innej grupy, która akurat szukała przeprawy po drugiej stronie Warty. Po chwili wreszcie odnaleźliśmy kolejny punkt - dość proste zadanie. Grupa musiała wciągnąć jedną osobę na wysokie drzewo, a na górze podwieszony był gwizdek, w który trzeba było dmuchnąć z całych sił. I tak każda osoba z grupy musiała spróbować sił...
Potem szybko do punktu kolejnego, a tu znajomy widok - wielkie narty dla całej grupy i odcinek do przejścia. Tyle że... Nie po plażowym piasku, jak to miało miejsce na poprzednich szkoleniach, tylko po mokradłach. Wiecie, jak trudno podnieść taką deskę, kiedy zapadnie się kilkanaście centymetrów w błoto? Oj, jak na koniec marszu to zadanie było bardzo, bardzo trudne. A tymczasem zaczęło świtać - nawet się nie zorientowaliśmy, ale na marszu upłynęła nam cała noc. Jak najszybciej więc ruszyliśmy w dalszą trasę na poszukiwanie ostatniego już zadania. No i po jakimś czasie natknęliśmy się na samochód PCK z Bielska - Białej, czyli ostatnie zadanie to druga tej nocy pozoracja. Teraz wypadek motocyklowy, dużo krwi i wszystko zawodowo przygotowane.
Po tym zadaniu doszliśmy od ośrodka, gdzie czekało na nas ognisko, kiełbasa i mnóstwo pozytywnych wibracji. Kiedy mijaliśmy bramę ośrodka, było już zupełnie widno, a zza drzew wychylało się słońce. Marsz nocny dobiegł końca. Doszliśmy zmęczeni, przemoczeni, troszkę zziębnięci, ale tym bardziej szczęśliwi i pełni emocji. Było ciężko, ale udało nam się, przeszliśmy całą trasę i wszystkie punkty. Dla każdego z nas to był wielki sukces.
Wyniki marszu jutro, czy właściwie dzisiaj za kilka godzinek. Z tego czasu małą część spędziliśmy przy ognisku, a większość to sen, które bardzo potrzebowaliśmy wszyscy.
Marsz nocny w Załęczu dobiegł końca.
|
11. Szkolenie Pokojowego Patrolu w Morsku, 12-14.04.2002 r.
14.04.2002 10:42
Zaczynamy szkolenie w Morsku
Dla mnie - długo pozostanie niezapomniane. Dlaczego? Ano nie wiedziałem tego jeszcze, kiedy dziś rano przekraczaliśmy
więcej »
14.04.2002 10:42
Zaczynamy szkolenie w Morsku
Dla mnie - długo pozostanie niezapomniane. Dlaczego? Ano nie wiedziałem tego jeszcze, kiedy dziś rano przekraczaliśmy bramę Ośrodka i dojeżdżaliśmy do całej grupy, która już od wczoraj uczyła się, jak udzielać pierwszej pomocy i ratować życie w przypadkach, gdy jest ono bezpośrednio zagrożone. Oczywiście, pod czujnym okiem instruktorów z Grupy Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska-Białej. Rzecz jasna, już wczoraj odbył się podział na grupy, te musiały wybrać spośród siebie liderów. No i jeszcze dziś rano w tych grupach kończyła się pierwsza część zajęć z PCK, a kiedy dojechaliśmy i Jurek wszystkich przywitał, to już tradycyjnie część kursantów wyszła w teren na zajęcia surviwalowe (jak zwykle - profesjonalnie przygotowane i prowadzone przez ekipę Hartona przy pomocy instruktorów Pokojowego Patrolu), a część została na nauce pierwszej pomocy.
To na tych zajęciach surviwalowych nasze grupy mają okazję poznać wzajemnie swoje imiona, bliżej się zaprzyjaźnić i zintegrować - w końcu od tego zależy powodzenie na każdym z punktów. Już pierwsze zadanie - należało przejść po linowej konstrukcji i przetransportować ciężką beczkę, trzymając ją jedynie za przywiązaną linę. Najpierw beczka, potem cała grupa, a czasu niewiele - pół godziny. Potem szybki marsz i kolejny punkt, czyli most linowy, ale taki nietypowy, z podwiązanymi pętlami - nie macie pojęcia jakie to utrudnienie! Zasada jest jedna - tu też mamy tylko pół godziny, więc nie każdy może zdążyć zmierzyć się z przeszkodą. Więc pierwszeństwo mają Panie - no mnie chyba nie przestanie dziwić jak dziewczyny sprytnie radzą sobie z tymi, wydawało by się męskimi konkurencjami. No więc sprawnie cała grupa przedostała się na drugą stronę i podeszliśmy wszyscy razem na punkt kolejny. I tu - moi drodzy - moje największe emocje. Ale o tym - w następnej nowince.
(Milkee)
14.04.2002 10:52
Zamek "Bąkowiec" w Morsku
Morsko jest miejscowością na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej, bardzo niedaleko Zawiercia. Okolice wokół - przepiękne. Skałki, wzniesienia, zachwycające krajobrazy. No a zupełnie niedaleko mocno imponująca wielkością skała, na której znajdują się ruiny zamku. Słuchajcie, fantastyczny kawałek historii. Zamek nazywa się Bąkowiec, jest to jedno z "Orlich Gniazd". Wybudowany został około XIV wieku, potem przebudowywany, ale w swoim zamyśle była to naprawdę niezdobyta forteca obronna. Wysoko, na stromej skale, straszy do dziś każdego kto zechce sforsować te mury. No a ja... Spróbowałem. Bo na tym właśnie polegał kolejny punkt - należało wspiąć się po skale, potem po murze i po drugiej stronie zjechać po linie. Słuchajcie, to może nie brzmi jakoś skomplikowanie, ale jak Wam powiem, że wysokość tego to około 30 metrów - to teraz wyobraźcie sobie taką wspinaczkę. Jak dla mnie - trudna sztuka. Ale się udało... Emocje, adrenalina, chwile rezygnacji i zwątpienia - to wszystko stało się moim udziałem. Wstyd się przyznać, ale o ile byłem już na wielu szkoleniach, to obowiązki wynikające z tego, aby udokumentować i opowiedzieć Wam o tych wydarzeniach nie pozwalały mi na spróbowanie swoich sił na tego typu przeszkodzie. Teraz się udało - no i nie żałuję, choć ból w rękach czuję jeszcze kiedy piszę te słowa.
No i zjazd - najbardziej przerażający moment, kiedy lina opadała ze skalnej półki i znikała opora pod nogami. I ta wysokość - z góry stojący u podnóża skały ludzie wyglądali jak mrówki, czerwone rzecz jasna :-).
No i tak to było. Był jeszcze jeden punkt - kolejka, też wyglądająca imponująco, bo rozciągnięta wszerz dość sporego stoku, więc osoba zjeżdżająca po tej linie osiągała dość duże prędkości. Potem szarpnięcie hamulca i powolne opuszczenie i odpięcie przez Instruktora - fantastyczna przygoda. Zresztą ja widziałem w oczach tych, co przeszkodę pokonali, że i tu nie obeszło się bez emocji. Ktoś się boi? No to musi strach pokonać. TO NIE SĄ ĆWICZENIA, Moi drodzy!!!
W międzyczasie - trwały zajęcia z PCK i odbyło się spotkanie z Policją. Już powoli stały się tradycją te policyjne spotkania - i super, bo pierwszy raz było głośno powiedziane, że wg prawa, jako służba porządkowa na koncercie mamy prawo kogoś wylegitymować czy sprawdzić, co wnosi w plecaku. Rzecz jasna - w uzasadnionych i podejrzanych przypadkach, ale prawo mamy. No i właśnie na tym polegają te policyjne szkolenia - a ja tylko pamiętam, jak przez tyle Przystanków zastanawialiśmy się z Patrolowcami nad tymi właśnie sprawami i zadawaliśmy pytania, na które dopiero podczas tych zajęć uzyskujemy odpowiedź. Super, że taki właśnie element znalazł się na naszych szkoleniach.
W tym momencie właśnie trwa egzamin - test z udzielania pierwszej pomocy. Ale w zachowaniu wszystkich już czuć narastające napięcie, bo po egzaminie - marsz nocny. A tam będzie okazja sprawdzić wszystkie nabyte dziś umiejętności. Ale z tych wydarzeń opowieść dopiero jutro.
Serdecznie pozdrowienia z Morska!!!
(Milkee)
14.04.2002 10:57
Rock and rollowy SCOT w Morsku
Bardzo miłym przerywnikiem w zajęciach podczas szkolenia Pokojowego Patrolu w Morsku było uroczyste wręczenie orkiestrowego certyfikatu właścicielowi SCOTA, wojskowego, pancernego pojazdu podarowanego przez Agencję Mienia Wojskowego i licytowanego podczas X Finału. Pojazd ten kupił właściciel ośrodka, który właśnie gości Pokojowy Patrol. Maszyna nie ma już nic wspólnego z ciężkim, wojskowym klimatem. Pomalowana jest w jaskrawe kolory, oklejona naszymi serduszkami i w bardzo finałowym, zwariowanym klimacie. No i jeździ - wiem, bo mieliśmy okazję z prawie cała szkoloną grupą odbyć pojazdem tym małą przejażdżkę. Bez trudu poradziła sobie i z ciężarem kilkudziesięciu osób, i ze wszystkimi wzniesieniami i przeciwnościami terenu. No i podjechała w miejsce, gdzie Jurek wręczył certyfikat właścicielowi maszyny.
Przeżycie - super. Także wielkie, wielkie dzięki.
Pozdr!
(Milkee)
14.04.2002 11:04
Marsz nocny w Morsku
Dobrze po godzinie 22 wyszliśmy na marsz nocny. Już po egzaminie z udzielania pierwszej pomocy, po wszystkich zajęciach, wszyscy pełni entuzjazmu, ale też i niepewni, co ta noc przyniesie.
Ja tradycyjnie wyszedłem z pierwszą grupą. Po krótkiej odprawie, wręczeniu map z zaznaczoną trasą i kompasów, opuściliśmy gościnny ośrodek Morsko aby zmierzyć się z własnymi słabościami i aby sprawdzić, jak dobrze opanowaliśmy to, czego uczyliśmy się przez te dwa dni.
Oczywiście, była wielka pozoracja - wypadek masowy, wybuch, ciężko ranni. Były zadania zręcznościowe i integracyjne, ale chyba najmilej wspominam zejście do jaskini Głębokiej. To znowu, pierwsze dla mnie takie doświadczenie. Podeszliśmy do skały, pod którą znajdowało się wejście. No a wewnątrz - wilgoć, zimno, dodatkowym utrudnieniem był dym, który wypełniał wnętrze i nie dość, że mocno ograniczał widoczność, to jeszcze gryzł w gardło - oddychało się zimnym, gryzącym powietrzem. Ale wrażenie niesamowite, kiedy poczuło się świadomość, ze nad sobą mamy tyle ton skały... No i piękne ściany wewnątrz...
Podczas marszu każda grupa zbierała fragmenty listu opisującego miejsce ukrycia skarbu. Na samym końcu należało ten skarb odnaleźć i już do ośrodka. Ostatnie grupy dotarły gdzieś po czwartej nad ranem. Było pożegnalne ognisko, z którego schodziłem do ośrodka kiedy już było zupełnie jasno. Marsz nocny dobiegł końca - wszyscy dotarli na miejsce. Także, Moi Drodzy, wielkie gratulacje!!!
(Milkee)
14.04.2002 11:12
Zakończyło się 14 szkolenie Patrolu...
...tradycyjnie, wręczeniem certyfikatów PCK i Wielkiej Orkiestry. To tak naprawdę teraz dopiero nasi kursanci mogą powiedzieć o sobie, że są członkami Pokojowego Patrolu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wszyscy zdali test z pierwszej pomocy. Ale uderzające było, że te pięćdziesiąt osób, które jeszcze trzy dni temu nic o sobie nie wiedziało, ludzie ze wszystkich okolic Polski, wszyscy oni stali teraz i stanowili dobrze zgraną paczkę przyjaciół. Potem pożegnanie, każdy zbiera namiary najbliższych sobie osób, gdzieś obok widzę łzy w oczach dziewczyny - "Czemu to trwało tak krótko?" - pyta. Ano tak to już jest. Ale spokojnie, spotkamy się, mam nadzieję, wszyscy w sierpniu, na Przystanku Woodstock. A to już bardzo, bardzo niedługo...
Do zobaczenia, Kochani!
(Milkee) |
10. Szkolenie Pokojowego Patrolu - I szkolenie II stopnia Ulinia 22-24.03.2002 r.
I Szkolenie II stopnia Pokojowego Patrolu w Ulinii, 22-24.03.2002
22.03.2002 22:59
Szkolenie II stopnia w Ulinii - trwa!
No to Kochani, nasze pierwsze
więcej »
I Szkolenie II stopnia Pokojowego Patrolu w Ulinii, 22-24.03.2002
22.03.2002 22:59
Szkolenie II stopnia w Ulinii - trwa!
No to Kochani, nasze pierwsze szkolenie Pokojowego Patrolu II stopnia trwa od dnia dzisiejszego w Ulinii. Dojechaliśmy do Ośrodka Wypoczynkowego "Mazowsze" w okolicach południa, i od razu zaczęła się ostra jazda. Kiedy piszę te słowa, zmęczenie zamyka mi oczy, lada moment północ, a my zupełnie niedawno dotarliśmy do ośrodka ponownie. Dlaczego?
Dlatego, że w chwilę od przyjazdu na miejsce już staliśmy pod ośrodkiem gotowi do wyjścia na marsz. Szybka odprawa, podział na grupy, mapy - słowem klasycznie jak przed marszem nocnym na normalnym szkoleniu. Tyle tylko, że... Jest dzień! Lekkie zdziwko, ale... No, zobaczymy.
Słuchajcie, dostaliśmy dziś po prostu porządnie w dupę i tyle. Marsz liczył około 25 kilosów, tak szacujemy sobie teraz kiedy już jesteśmy w Ośrodku, ale... No nie wiem. Jakby nie patrzył - olbrzymi kawał drogi po mokradłach, polach, drogach, nad morzem. Pogoda - totalnie wykańczająca. Kiedy nad morzem trafiliśmy na ostry, bardzo zimny wiatr i zacinający mały grad smagający nasze twarze, to były momenty, że droga zamieniała się w bolesny koszmar. No i punkty z zadaniami - pokrótce, mieliśmy linową przeprawę przez jakąś rzeczkę, zabawę nad morzem z przenoszeniem wody, Toudi spróbował skoku zaufania i... No dotarliśmy sporo po 22 do końca. Tak totalnie wykończeni, że nikt nie marzył o niczym więcej jak o kolacji, prysznicu i ciepłym łóżeczku. A tutaj... Niespodzianka.
Moi drodzy, to nie są ćwiczenia!!! Zapraszamy wszystkich na test z pierwszej pomocy przedmedycznej, taki podsumowujący kurs 16-godzinny, który już przecież wszyscy przeszliśmy. Cóż, kiedy teraz pytam o wrażenie, to miny niezbyt wyraźne i generalnie - czekamy na wyniki. A to wszystko było na kursie...
Teraz siedzimy zmęczeni, jutro bardzo wczesna pobudka, więc jeszcze chwilka i idziemy spać. Ech, kochani. Jutro jeszcze parę słów, a teraz kilka fot z Ulinii.
Z tego czerwonego od patrolowych koszulek miasteczka nad samym morzem pozdrawia...
(Milkee)
24.03.2002 00:17
Szkolenie w Ulinii - dzień drugi
Wszystko bolało. Dziś rano, kiedy dotarły do mnie pierwsze dźwięki i otworzyłem oczy - pierwsza rzecz, jaką poczułem, to że wszystko mnie boli. Efekt uboczny wczorajszej zabawy na punktach podczas marszu.
Śniadanie. Patrzę na twarze - nie jestem sam, wszyscy wyglądają na lekko zmęczonych, ale każdy się uśmiecha, ktoś żartuje, gdzieś stolik wybucha śmiechem. Radosny gwar, mimo że mamy za sobą ten pierwszy, jakże ciężki dzień szkolenia.
Zaraz po śniadaniu - początek zajęć z PCK. Omówienie wczorajszego testu, który... No właśnie, pokazał, że przepada z kretesem ten, co myśli, że po 16-godzinnym kursie wie wszystko. Marne szanse ma ten, co myśli że wie dużo. Bo ten test, a później pozoracje pokazały, że od kursu do praktyki i faktycznego zachowania na miejscu jakiegoś wypadku - daleko. Jakże trzeba uważać, jakże trzeba być ostrożnym, a przede wszystkim - jakże ważne jest zachowanie zimnej krwi, aby nie "uśmiercić" naszego poszkodowanego.
Po raz drugi na szkoleniu Patrolu pojawił się Policjant. Nawet dwóch, bo jeden z nich opowiedział nam o prawnej stronie pracy Patrolu na Przystanku, czyli co nam wolno a czego nie, a drugi zaprezentował kilka podstawowych zagadnień z samoobrony. Obaj przyjechali z Ośrodka Szkolenia Policji w Gdańsku.
Reszta dnia to zajęcia z PCK, obfitujące przede wszystkim w liczne pozoracje. Aż do wieczora, kiedy po krótkiej przerwie wyjechaliśmy na finał szkolenia - zabawa z nartami z desek oraz ostatnia pozoracja - wypadek masowy, 10 osób poszkodowanych, cała szkolona grupa musiała się zorganizować i udzielić pierwszej pomocy. Po wszystkim ognisko i... nocka, przed jutrzejszym zakończeniem szkolenia.
Piszę o rzeczach, które w sumie znam tylko z relacji, bo... Po wczorajszej walce z wiatrem i wodą moje zdrówko doznało lekkiego szwanku i większość dzisiejszego dnia spędziłem w ośrodku. Cóż, tak też czasem bywa...
Serdecznie Was pozdrawiam!
(Milkee)
24.03.2002 11:02
Szkolenie w Ulinii zakończone
Siedzimy właśnie w samochodzie jadąc do Warszawy z kolejnego szkolenia Patrolu. Szkolenia bardzo specyficznego, bo było to pierwsze szkolenie II stopnia dla Patrolowców, którzy już wcześniej ukończyli pierwszy kurs.
Po co w ogóle takie szkolenie? Za kilka miesięcy Przystanek - zależało nam, aby powtórzyć i odświeżyć wiadomości zwłaszcza dotyczące pierwszej pomocy przedmedycznej. Od pierwszego szkolenia w Mielnie upłynęło półtora roku, przez ten czas wiele z wiadomości nabytych tam - uciekło. Doskonale pokazały to pozoracje przygotowane - jak zwykle - przez ekipę PCK z Bielska - Białej. No i test, który... Zaliczyła tylko jedna osoba. Moi drodzy, sporo nauki czeka Was przed kolejnym Przystankiem, oj sporo...
Rzecz jasna, były też zajęcia surviwalowe. Przygotowywała je ekipa Hartona i nasi instruktorzy z Patrolu. Piątek był dniem, który wszyscy spędzili na marszu. Zaczął się on - i tu zaskoczenie dla wszystkich - w porze obiadowej, od razu po przyjeździe całej grupy na miejsce, a zakończył późno w nocy.
Dziś odbyło się uroczyste wręczenie certyfikatów ukończenia kursu i zakończenie szkolenia. Łezka się w oku kręci, bo spędziłem kilka dni wśród Przyjaciół, z którymi już niejedno przeszedłem na poprzednich szkoleniach i rzecz jasna, na Przystankach, a następna okazja zobaczyć się będzie dopiero w sierpniu w Żarach. Czekam z niecierpliwością.
(Milkee) |
9. Szkolenie Pokojowego Patrolu Załęcze Wielkie, 8-10.03.2002 r.
Ano już kilka dni minęło od ostatniego szkolenia w Załęczu Wielkim. Udało mi się trochę odpocząć, ale wspomnienia przeogromnie miłe,
więcej »
Ano już kilka dni minęło od ostatniego szkolenia w Załęczu Wielkim. Udało mi się trochę odpocząć, ale wspomnienia przeogromnie miłe, zresztą cały czas odświeżane przez Wasze maile, wpisy na Księdze Gości, telefony...
Przypominam sobie moment, kiedy dojechaliśmy do Załęcza, z niewielkim trudem odnaleźliśmy Harcerski Ośrodek Wypoczynkowo - Szkoleniowy "Nadwarciański Gród". Przywitała nas olbrzymia, pięknie zbudowana brama i w oddali budynki samego ośrodka. No i nerwówka, bo czekamy na autobus z kursantami, a tu ani widu, ani słychu. Spokojnie zdążyliśmy się rozpakować, zainstalować, a ludzi nie ma. Wszyscy w stresie, bo mocno przeciągnął się ten moment, aż w pewnym momencie... Zobaczyliśmy, jak duża grupa młodych ludzi idzie do nas... piechotą. Okazało się, że autokar dojechał tylko do małego mostka, przez który nie mógł już do nas dojechać. Więc wszyscy wysiedli i z buta doszli już do ośrodka, mieli no jakieś 3 kilometry. Tak na dobry początek.
Doszli, przywitał ich Jurek, zostali od razu rozdzieleni na pokoje i szybko, bo za chwilę rozpocząć się miało szkolenie PCK, poszli zrzucić bagaże. Po chwili już zebrali się w sali wykładowej i rozpoczęła się "zabawa".
Mnie za każdym razem zadziwia, że te wykłady, które np. tego dnia trwały do bardzo późna, są tak spokojnie odbierane przez młodzież. Chociaż sam, na swoim szkoleniu, siedziałem kompletnie pochłonięty, to teraz patrzę w te skupione twarze, notatniki, długopisy - normalnie szok. Ale tutaj zasługa bardzo duża naszych PCK-owców z Bielska, no nikt nie przeprowadzi tak tego kursu jak oni. Bardzo "kontaktowe" podejście, bardzo dużo zaangażowania, a to z kolei procentuje dużym zainteresowaniem ze strony słuchaczy. To już kilkanaście szkoleń mamy za sobą, od listopada roku 2000 PCK z Bielska-Białej regularnie przyjeżdża szkolić Patrolowców, ale, kiedy przysłuchiwałem się tym zajęciom, to pierwsze spostrzeżenie, że poziom i ten bardzo dobry sposób prowadzenia wykładów nie zmienił się ani trochę, nie czuć w tym ani źdźbła rutyny. No po prostu - wielkie dzięki dla Was, PCK-owcy i to nie żadne puste słowa, tylko taka moja bardzo szczera, choć pewnie subiektywna opinia.
Zostawmy na razie naszych zasłuchanych Patrolowców i podążmy za ekipą instruktorów, która wybrała się na rekonesans terenu przed planowanym marszem nocnym. Wyjechaliśmy z ośrodka i staraliśmy się dokładnie sprawdzić całą trasę, jaką z mapą w ręku zaplanowaliśmy wcześniej. Droga dla naszego autka nie była łaskawa, ale za to jakież piękne tereny zobaczyliśmy w okolicach Załęcza - to jest nie do opisania. Nie bez powodu ziemie te mają status Parku Krajobrazowego - piękne łączki, lasy, wszystko to przecina Warta, wokół niej małe miejscowości... Kto nie widział - to na nic moje pisanie. Po prostu wybierzcie się na weekend do Załęczańskiego Parku Krajobrazowego - nie pożałujecie.
Po przemęczeniu samochodu o pokonaniu kilkunastu kilometrów niezwykle dziwnymi drogami wróciliśmy od ośrodka mając w głowie już mocno dokładnie zaplanowaną trasę marszu. Największym problemem było znalezienie miejsca dogodnego do zorganizowania przeprawy przez rzekę, ale i to udało nam się zaraz następnego ranka rozwikłać, także kiedy Patrol wyruszył na trasę marszu - wszystko było gotowe i oczekiwało na kolejne grupy. Ale do tego jeszcze wrócimy. Teraz jest piątek wieczór, kończą się szkolenia pierwszej pomocy, a my w ośrodku mamy małe spotkanko i dogadujemy szczegóły kolejnego dnia.
Sobota to pierwszy moment, kiedy dzielimy naszych Patrolowców na dwie grupy. Jedna od rana będzie pod opieką PCK i przejdzie dalszy ciąg szkolenia, a druga - podzielona na jeszcze kilka mniejszych podgrup - przejdzie przez kilka punktów z zadaniami surviwalowym, które będą miały na celu integrację grupy, wyłonienia lidera i ogólnie - naukę współpracy w grupie nieznanych sobie ludzi, bo tylko współpracując będzie można pokonać napotkane trudności.
Tak też pomyślane były te zadania. Od razu obok wejścia do ośrodka pierwszy punkt. Stoją dwa wysokie trójnogi zbudowane z drewnianych belek, wysokie na dobre trzy metry no i w odległości kilkunastu metrów od siebie. Zadanie polega na tym, że grupa musi wspiąć się na jeden z trójnogów, zarzucić linę z "hakiem ekologicznym" (czyli kawałkiem konara w kształcie takiego właśnie haka), następnie trzeba było przejść po tej linie z jednego trójnoga na drugi, oczywiście całą grupą. Co Wam powiem, to to, że miała tam miejsce bardzo fajna historia. Otóż pierwsza przybyła na punkt grupa bez problemów wspięła się na trójnóg, z małymi kłopotami zarzuciła hak, po czym przyszło przejść po linie. Pierwsza ruszyła Ewa - bardzo drobna dziewczyna. Panowie, aby ułatwić jej drogę, wpadli na pomysł, aby zrobić jej coś na kształt uprzęży z paska. Ewa z trudem i zaciśniętymi zębami przeszła na drugą stronę, wspięła się na ten drugi trójnóg i kiedy wreszcie znalazła się na górze - na twarzy pojawił się uśmiech i tak niesamowita duma z tego, że udało jej się to przejść, że przemiło było na to patrzeć. Ale to jeszcze nie koniec, bo po Ewie czas przyszedł na resztę grupy. No więc Panowie, wszyscy ubrani bardzo... hmm... "surviwalowo". Oczywiście po co babrać się ułatwieniami jak ten pasek w roli uprzęży, kiedy w nas siła i te parę metrów po linie - co to dla nas. I jaki efekt? Do Ewy dołączył jeszcze tylko jeden chłopak, resztę... pożarły krokodyle. Fantastyczny przykład na to, że w takich momentach nie siła mięśni, a intelektu decyduje o końcowym sukcesie. Taka piękna nauka od razu na pierwszym punkcie surviwalowym. Razem z zaprzyjaźnioną grupą udaję się dalej - przy kolejnym zadaniu wita nas Gołąb. Na ziemi leży deska, obok kilka drewnianych kołków. I teraz tak - grupa musi te deskę przesunąć jakieś kilkanaście metrów ale może w żaden sposób dotknąć ziemi. Więc te 5 - 8 osób wchodzi na tę deskę, ułożoną już na kołkach, no i zaczyna się kombinowanie. Ktoś tam kołkiem próbuje się odpychać, ktoś tam szuka innego pomysłu, debata i wymiana poglądów. Czasem ta dyskusja doprowadzała do tego, że czas na pokonacie zadania skurczył się z pół godziny do kilku minut. To druga ważna nauka - trzeba umieć wyczuć moment, kiedy już dość gadania, tylko czas na rozpoczęcie działań. Zresztą z tym problemem dość często grupy borykały się później, właśnie podczas marszu nocnego.
Zrobiłem kilka fot i już zostawiam grupę na desce, biegnąc do kolejnego zadania. Tutaj już z daleka słyszę krzyki, a kiedy podchodzę bliżej - widok dość ciekawy. Grupa młodych ludzi trzyma w pionie ogromną, zbudowaną z drewnianych pali, konstrukcję w kształcie litery A, ale utrzymując ją tylko za pomocą przywiązanych lin. Żeby było ciekawiej - na samej konstrukcji stoi jedna z dziewczyn, która musi pokierować pracą wszystkich. wszystkich A i grupa musi uważać, aby A się nie wywróciło, bo przecież ich koleżanka stoi na konstrukcji. A całość trzeba przesunąć kilkanaście metrów - słuchajcie, zabawy co niemiara, ale i wysiłku do włożenia dużo. No i najważniejsza rzecz, to pomysł, jak i kiedy za którą linkę trzeba pociągnąć, aby całości przesunąć bez wywrócenia. Zadanie pierwsza klasa, ale ja mam jeszcze jeden punkt przed sobą, więc po dłuższej chwili biegnę do następnego punktu.
Tutaj z pozoru podobna sprawa. Tym razem też wysoki drewniany pal, też kilka linek przywiązanych, a na ziemni wytyczona biało-czerwoną taśmą wąska ścieżka. No i zadanie - za pomocą lin trzeba przeciągnąć ten pal po tej ścieżce (z zakrętami, pagórkami itd.) utrzymując go cały czas w pionie. Nie można wypaść z trasy i zerwać taśmy. No i największe utrudnienie - grupa w trakcie wykonywania zadania nie może dyskutować, mówić może lider, którego wcześniej grupa musiała wyznaczyć, i to on musiał pokierować całą pracą. I znowu - i zabawy, i wysiłku dużo. Cały czas trzeba bardzo uważać, bo chwila nieuwagi, któraś z lin nie dopilnowana - i palik leży na ziemi. A to oznacza porażkę, trzeba wszystko zacząć od nowa. Na całość - pół godziny. Potem instruktor podsumowuje działanie grupy i pokazuje, gdzie, kto i jakie błędy popełnił. I to jest często taki moment, kiedy człowiek sobie mówi, że najciemniej pod latarnią, bo pojawiało się mnóstwo pomysłów, sposobów, podejść, ale na te najprostsze po prostu nikt nie wpadł. A można było łatwiej, sprawniej, szybciej...
Cóż. Zdarza się...
Po tych czterech punktach Hartonowcy (bo to oni prowadzili te zadania) przygotowali coś dla ludzi o mocnych nerwach. Otóż schodzimy nad Wartę, tuż obok naszego ośrodka, a... tam między drzewami na obu brzegach rzeki rozpięty most linowy. Patrzę na to i dreszcz przechodzi mi po plecach, bo jest to wszystko jak najbardziej bezpieczne, asekurowane i pilnowane przez instruktorów, ale... Mimo wszystko przejść po tym to ciężka sprawa, trzeba pokonać swój strach, ale i zmierzyć się ze swoimi siłami - jak już znalazłeś się na środku rzeki, to nie masz wyjścia, nie możesz powiedzieć - nie mam siły, rezygnuję. A za tobą dwie jeszcze osoby już po linie się przeprawiają na drugi brzeg, więc po prostu zaciskasz zęby i brniesz dalej. Po drugiej stronie schodzisz z drzewa i jak już staniesz na ziemi, patrzysz wstecz na most - niesamowite uczucie. Że to się udało przejść... Jakby mi ktoś to przewidział miesiąc temu, to bym się tylko w głowę postukał - o czym mówisz. A tymczasem...
Całość zabawy trwała do obiadu. A po obiedzie - zamiana. Ta część, która miała zajęcia PCK, udaje się na zadania surviwalowe, a druga połowa - udaje się na wykłady pierwszej pomocy. I tak aż do kolacji, która dziś mocno późno, po niej jeszcze egzamin PCK-owski, a po nim - nocny marsz.
W międzyczasie miało miejsce jeszcze jedno ciekawe i niezwykle ważne wydarzenie. Pierwszy raz na naszym szkoleniu pojawiła się Policja. Jest to efekt starań Jurka, aby włączyć do zajęć Patrolu wykład prowadzony przez Policję, uświadamiający naszych Patrolowców o prawnych kulisach ich pracy na Przystanku. Co grozi nam i uczestnikom koncertu za posiadanie i używanie narkotyków? Co może zrobić Patrolowiec, kiedy jest świadkiem przestępstwa? Jak powinien Patrolowiec współpracować z ochroną i Policją właśnie na Przystanku. No i jakie mamy prawa i obowiązki, jeśli już jesteśmy świadkami przestępstwa i dostajemy później wezwanie do złożenia zeznań na Policji? O tym wszystkim opowiedział Komisarz Mirosław Mojsa z Ośrodka Szkolenia Policji w Łodzi z siedzibą w Sieradzu. Poprowadził krótki, ale ważny merytorycznie i ciekawy wykład. Po nim dopiero zamiana grup i dalszy ciąg szkolenia wg schematu z ranka.
Marsz nocny, to taki moment, kiedy efekt dwóch dni nauki i pracy zostaje poddany próbie. Wszyscy jeszcze po kolacji zebrali się w sali wykładowej na egzamin, później kilkanaście minut na przygotowanie i bardzo późnym wieczorem kilkudziesięciu młodych ludzi wyległo przed ośrodek w Załęczu Wielkim. Ciemne stroje, latarki, zacięte miny, wszyscy mocno skupieni. Ktoś tam stara się żartować, ale wyczuwa się tę niepewność i oczekiwanie. Jurek wita wszystkich na marszu nocnym, tłumaczy na czym zabawa polega, po czym Bartek dzieli całą ekipę na zupełnie nowe grupy i ustala kolejność wymarszu. Każda grupa dostaje mapę, oczywiście od razu zaczyna się jej studiowanie, przepatrywanie, a pierwsza grupa już w tym momencie opuszcza ośrodek, za 10 minut następna, i tak dalej, aż na trasie znajdą się wszystkie. Przed nimi kilka kilometrów, dość intensywny marsz i 7 punktów z zadaniami.
Ja wychodzę z grupą trzecią. Od razu szybkie tempo, bo grupa która najszybciej pokona trasę, otrzyma jutro nagrody niespodzianki od Fundacji. Więc doginamy, dochodzimy do mostka i rozwidlenia dróg. Teraz jak, w prawo czy w lewo? Chwila zastanowienia... I decyzja - w lewo. Czyli nie przez most, tylko wzdłuż rzeki. Pędzimy więc dalej, aż zupełnie nagle słyszymy wybuch, krzyk, ktoś nas woła - Pomocy!!! Wypadek, pomocy!!! Grupa rusza biegiem i po chwili już widzimy, co się wydarzyło. Jakiś wybuch, dwie osoby poszkodowane. Sporo krwi, krzyku, zamieszania, część osób przystępuje do udzielania pomocy, ale kilka biega i jest lekko zagubionych. Ktoś wzywa pomoc, zaraz ktoś inny próbuje robić to samo, tymczasem poszkodowany w szoku wyrywa się ratownikom i ucieka w las. Oj, ostro było. Cała interwencja trwała kilka, może kilkanaście minut. Jedna osoba opatrzona, ale grupa dostała reprymendę za złe zorganizowanie się podczas akcji ratowniczej. Tak, moi drodzy, najważniejsze to dobrze podzielić się pracą. No i musi być ktoś, kto całością pokieruje.
Po chwili ruszamy dalej. Gonią nas już światła latarek następnej grupy - to dopiero była motywacja dla nas, wyciągaliśmy nogi naprawdę mocno. Ale wcale dużo nie uszliśmy, kiedy znowu ktoś wzywa nas na pomoc. Tym razem koleś spadł z drzewa, złamał nogę, a pomoc znajdziemy dopiero na wzgórzu, więc trzeba rannego tam zanieść. Oczywiście na noszach, które trzeba przygotować. Zaczyna się szukanie jakichś konarów, potem ich wiązanie, układanie kurtek - po krótkim czasy nasz poszkodowany zostaje ułożony na tych prowizorycznych noszach. Potem krótki marsz pod górę i zadanie zostaje ukończone.
Odbieramy uwagi od instruktorów - i szybko marsz w dalszą drogę. Grupa idzie dość zwarcie, nie rozciąga się mimo mocnego tempa. Co kawałek zatrzymujemy się, odnosimy do mapy - i maszerujemy dalej. Na szczęście nie mamy problemów z odnalezieniem drogi, więc po chwili dochodzimy do kolejnego punktu. A tutaj - zjazd linowy biegnący z wysokiej skarpy aż do naszej drogi. Czasu jest mało, więc tylko trzy osoby mogą spróbować zmierzyć się z tą przygodą - grupa ma je wybrać spośród siebie. No więc po chwili nasze trzy dziewczyny, jedna po drugiej zjeżdżają po tych linach, i już ruszamy dalej.
Teraz już nie drogą tylko przez pole i las, w kierunku Warty. Dochodzimy do rzeki - witają nas instruktorzy z następnym zadaniem. Czeka nas pontonowa przeprawa przez rzekę. Dwa kursy po cztery osoby, ponton przywiązany do liny rozpiętej od brzegu do brzegu - najciekawiej było na samym środku rzeki, kiedy wartki nurt nieco pokręcił naszym pontonem. Ale wszystko było doskonale zabezpieczone, wiec już po chwili wydostaliśmy się na drugi brzeg i szybkim marszem dalej. Mieliśmy po drodze jeszcze trzy punkty - zadanie sprawnościowe ze skakanką, skok zaufania (lider grupy z zawiązanymi oczami skacze na jej ręce - musi jej zaufać i pokonać swój strach) oraz ostatnią pozorację - złamanie ręki, ostatni poszkodowany spadł z drzewa na którym zbierał szyszki. Podobno płaca po 6 złotych za kilo... Tylko po co to piwko było, proszę Pana, a teraz ręka boli...
Na każdym punkcie otrzymaliśmy kartkę z fragmentem listu wskazującego miejsce ukrycia skarbu. Więc teraz pozostało nam już tylko złożyć te kartki w całość, odczytać i odszukać skarb. Odnalezienie samej okolicy jego ukrycia nie było trudne, ale potem poszukiwania trwały niesamowicie długo. Ale koniec końców - spod jednego drzewa ktoś wyciągnął worek pełen błyszczących monet. Skarb odnaleziony, a my szybko do ośrodka. Pod bramą Wita nas jeden z instruktorów, zapisuje czas zakończenia marszu - i pozostaje nam już tylko ognisko. Ufff... udało się. Przeszliśmy wszystko, nogi bolą, świt lada moment, a my siedzimy zmęczeni. Wcale niedługo, bo jednak zmęczenie bierze górę, więc po chwili idziemy do ośrodka.
Następnego dnia ciężko było wstać, ale śniadanie jest wystarczającą motywacją, więc spotykamy się wszyscy na stołówce, pełni wrażeń z nocnej przygody. Co stolik to inna opowieść, historia, przeżycia i wrażenia. A zaraz po śniadaniu zbieramy się przed ośrodkiem, po raz ostatni, na oficjalnym zakończeniu szkolenia. Rozdajemy certyfikaty Pokojowego Patrolu i certyfikaty ukończenia kursu pierwszej pomocy przedmedycznej PCK.
Moi drodzy, jesteśmy bardzo szczęśliwi, bo okazało się, że wszyscy zdali ten kurs, wszyscy bez wyjątku. Marsz nocny wygrywa grupa 3. Krzyk radości i wręczenie naszych nagród niespodzianek. I jeszcze jedna miła chwila - PCK z Bielska Białej, z okazji 10-lecia istnienia Grupy, wręcza Wielkiej Orkiestrze specjalny, okolicznościowy medal.
Dla naszych PCK-owców - jeszcze raz, wielkie dzięki! Bez nich cały program szkoleń Pokojowego Patrolu po prostu nigdy nie miałby szansy na taki efekt, jaki udało nam się wypracować - ponad 700 przeszkolonych osób w ciągu półtora roku regularnych spotkań. Osiągnięcie, jaki nie może poszczycić się żadna inna organizacja w Polsce.
Wielkie dzięki także dla ekipy firmy HARTON-MAKARUK. Oni przygotowali i poprowadzili przy pomocy instruktorów Patrolu wszystkie zadania surviwalowe. Także to dzięki nim właśnie ta dostaliście w kość, drodzy Patrolowcy.
Cały czas jesteśmy jeszcze przed ośrodkiem, gdzie mamy czas na pożegnania, podziękowania, wymianę namiarów. Za chwilę przyjedzie autobus (do którego i tak trzeba dojść jeszcze kilka kilometrów). Więc po chwili wszyscy z plecakami i całym bagażem, z uśmiechem na ustach, przeszli przez bramę ośrodka po raz ostatni.
Zakończyło się szkolenie Patrolu w Załęczu Wielkim, w marcu roku 2002.
A ja tam byłem, miód i wino piłem, a co widziałem i słyszałem, Wam tu opowiedziałem...
Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia na następnym szkoleniu!!!
(Milkee) |
8. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Pokrzywna, 22-24.02.2002 r.
Na miejsce szkolenia dotarłem w piątek około 3 nad ranem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka w ten weekend
więcej »
Na miejsce szkolenia dotarłem w piątek około 3 nad ranem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka w ten weekend i jak bardzo mi będzie brakowało ludzi, których tam poznałem...
Pierwszych przyszłych Patrolowców ujrzałem schodząc dość liberalnie na śniadanie. Liberalnie bo było już zdrowo po jedenastej :) No co, człowiek nie jest taki, pospać lubi. Grupa prawie pięćdziesięciu osób dotarła wtedy na miejsce, do malowniczo położonego ośrodka w Pokrzywnej. Przyglądając się jak Bartek z Agą rozdziela pokoje przełknąłem pierwszy kęs, lecz nie pytajcie czego, bo kurde nie pamiętam com wtedy na śniadanie jadł:) O godzinie dwunastej rozpoczęły się wykłady z zasad udzielania pierwszej pomocy, które poprowadzili ratownicy z Bielskiej grupy PCK. Rozmyślając nad tym, jak to przetrwać, a rozmyślałem tak, gdyż moje wcześniejsze doświadczenia z tą materią, znaczy się z ratownictwem, które jak kamień w pamięci tkwiły, były nienajlepsze. Myślałem - znów nudne wykłady a tu takie miłe zaskoczenie. No ja nie mogę, wiedza jak ratować ludzkie życie tak wspaniale prezentowana, tak dynamicznie, z humorem a zarazem tak rzetelna i bogata w wiedzę praktyczną. Z otwartą gębą wysłuchałem wszystkiego i nim się zorientowałem już była kolacja... Po tym wydarzeniu, znaczy się po kolacji rozpoczęły się zajęcia z ludźmi Hartona. Wpierw przedstawialiśmy się wszystkim, lecz nie tak zwyczajnie... Poza imieniem trzeba było podać tytuł ulubionego utworu muzycznego... Wiec każdy z osobna podał jak go nazwali rodzice i tytuł piosenki. A po co? No to sobie połączcie swoje imię, owy tytuł i tekst "pod moją kołderką"... Wszystko to wyznajcie w grupie ludzi, którzy dopiero co zdążyli się sobie dobrze przyjrzeć, a gwarantuję, że będzie śmiesznie. Tomek, który trzyma Whiski pod swoją kołderką... Ja tam trzymam w lodówce, ale co kto lubi:)) Ci co ze mną tam byli wiedzą co ja mam pod swoja pierzynką... Następnie kolejna zabawa, która miała nas ze sobą "oswoić" . Spacerujemy we dwoje połączeni... No właśnie, wyobraźcie sobie dwóch wyrośniętych chłopa zetkniętych nosami, pląsających zgrabnie po parkiecie:) No ale nie tylko z facetami mi było dane potańczyć tego wieczora... Ta zabawa pozwoliła mi poznać ludzi ze swej grupy, porozmawiać a przy tym pośmiać się niemal do bólu. Z dawką tej pozytywnej energii padłem do łóżka...
Świat ponownie ujrzałem o 7:30 rano, szybkie śniadanie i do lasu. No tak, Harton jeszcze z nami nie skończył:) Około pół kilometra od ośrodka, w którym odbywało się szkolenie, wyznaczono nam zadanie. Mieliśmy zbudować mosty linowe, lecz nie tak zwyczajnie... Aby całe zadanie zaliczyć musieliśmy wybrać w swej grupie lidera, osobę, która będzie kontaktować się z liderami pozostałych grup. A po co to? A no po to, że aby zbudować nasz most, lider musiał zdobyć potrzebny nam sprzęt i tak skoordynować działania abyśmy nie poplątali się w linach. Dodatkowo zadanie i sprzęt był tak podzielony, że tylko dzięki współpracy między grupami było możliwe osiągnięcie celu. No bo jak naciągnąć liny w czterech punktach, jeśli naciągarki były tylko dwie i jak przejść po czterech przeprawach linowych, jeśli nie było by między nimi połączeń... Widzicie, współpraca między ludźmi to podstawa w Patrolu, zwłaszcza podczas Przystanku Woodstock. Zresztą ta wiedza, jaką zdobyliśmy podczas tego zadania, przyda nam się w codziennym życiu, w to możecie mi wierzyć. No dobra, wykonaliśmy nasz most i to jako pierwsi, a wszystko to dzięki umiejętnościom wspinaczki Michała i naszej charyzmatycznej liderce Joannie. Niesamowita dziewczyna... Po wykonaniu tychże mostów nadszedł czas na ich przetestowanie.
Tak więc spacerowałem sobie pięć metrów nad ziemią wraz z grupą swoich przyjaciół. To był naprawdę spacer, bo mimo znacznej wysokości jaką się oglądało pod stopami, to bezpieczniej było tam niż stojąc na ziemi pod własnym domem. Harton wraz z Fundacyjną załogą wpierw sprawdził wszystkie konstrukcje a następnie zadbał o zabezpieczenie naszych wyczynów. Tak więc tak zabezpieczony szalałem do woli... To nic, że mało majtek nie zgubiłem podczas zjazdu po linie, ale o tym wiedzieli wszyscy w promieniu dwóch kilometrów, tak się darłem:) Było super, musicie tego spróbować. No nie do opisania... Zaraz po obiedzie kolejna tura wykładów z ratownictwa. Materiału bardzo dużo, lecz podany w taki sposób, że samo wchodziło to do głowy. Kolacja i... Egzamin, zdaliśmy wszyscy. Lecz nie było czasu na świętowanie, za pięć minut zbiórka! Nocny marsz... Już wcześniej o tym słyszałem i nie robiło to na mnie wrażenia. Sam takich eskapad przeszedłem tak wiele, że ciężko zliczyć. Lecz ten marsz był wyjątkowy... No bo jak często na nocnym spacerze musicie zrobić nosze z tego co macie pod ręką... Opatrzyć rannego w głowę, lub zająć się trzema ofiarami wypadku samochodowego... Lecz najbardziej zaskakujący był zjazd na linie z wiaduktu kolejowego. Tego nie da się opisać, prawie dwadzieścia metrów pod stopami, przenikliwe zimno... Właśnie o tym zimnie bym zapomniał... Idziemy sobie przez las, gaworząc słodko o tym, co na co dzień robimy, co nas interesuje, czasem śpiewając, aż tu nagle jak nie walnie śnieg. Total, załamanie pogody jak z podręczników. Ciepły wieczór zamienił się w piekielną śnieżycę z tak silnym wiatrem, że nie szło oddychać. Szkoła życia, jakich mało... Dobra, ale do zjazdu mojego życia wracając. Niesamowite uczucie sunąć sobie tak beztrosko w dół po linie. Beztroska wynikała z tego, że całość ubezpieczał Harton ze specami i ekipą Fundacyjną. Zresztą napędziłem trochę wszystkim stracha, gdy postanowiłem zbytnio przyspieszyć zjazd. To było efektowne gdy kilka metrów zjechałem w tempie grawitacji:) Mogłem sobie na to pozwolić, bo wiedziałem, że jestem w bardzo pewnych rękach i nic mi się nie stanie. Takich zabezpieczeń nie widziałem nawet na filmach... Do ośrodka wróciliśmy około czwartej nad ranem i pomimo zmęczenia usiedliśmy wszyscy razem aby wymienić się wrażeniami i adresami.
W niedziele rano nadszedł nieuchronny koniec szkolenia. Odebraliśmy certyfikaty PCK i te Patrolowe. Jestem teraz w Pokojowym Patrolu i rozpiera mnie duma, że należę do tak wspaniałego grona ludzi.
Podczas tych niespełna trzech dni nauczyłem się jak ratować ludzkie życie i poznałem tylu wspaniałych ludzi. Teraz gdy siedzę przed swym komputerem i spisuję to co czytacie, brakuje mi tego tempa, ciągłych zadań, ale przede wszystkim przyjaciół, których poznałem w Pokrzywnej nieopodal Opola.. Bo wiele w swym życiu widziałem i wielu ludzi poznałem, lecz nic wcześniej nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak to szkolenie Pokojowego Patrolu.
Na koniec bardzo chciałbym pozdrowić wszystkich, którzy byli tam ze mną a szczególnie Martę, Celinę, Tomka, Agnieszkę, Joannę, Michała (alpinistę:), Michała (harcerza), i resztę mojej szalonej grupy.
Paweł CANIS |
Harcerski Rajd Andrzejkowy 30 listopad - 2 grudzień 2001
Harcerski Rajd Andrzejkowy organizowany przez Jacka Topolskiego
Najpierw krótka opowieść Jacka Topolskiego:
PIĄTEK godz.: 13.12
- Halo, tak tu Jacek. Cześć Efa, gdzie
więcej »
Harcerski Rajd Andrzejkowy organizowany przez Jacka Topolskiego
Najpierw krótka opowieść Jacka Topolskiego:
PIĄTEK godz.: 13.12
- Halo, tak tu Jacek. Cześć Efa, gdzie jesteś? Przy myśliborskim Urzędzie Pracy? Najlepiej idź w prawo, a później prosto i do mojego domu. A, i pozdrów ode mnie Ślonkę. No to pa.
godz.: 16.30
- Halo, cześć Witek. Jesteś w Myśliborzu? (...) i z synem ? Idźcie do szkoły, my będziemy tam za pół godziny. To do zobaczyska.
godz.: 17.10 - Tak słucham !?!. Cześć Seba! Co, jak tam na rajdzie? Seba, trochę za wcześnie żeby o to pytać, bo jeszcze się nie zaczął. ALE JEST FAJNIE! Robisz herbatę i jak ktoś z PATROLu będzie jechał stopem przez SKWIERZYNĘ to twój dom jest przy moście na wylotówce w stronę Gorzowa. Dobra Seba jesteś SUPER! No to SIEMKA.
- Dobra chłopaki, jest zimno, to rozbijcie ten namiot tu w środku, na korytarzu szkolnym. "SIE ZROBI" - to lubię, oby tak dalej harcerzu a dojdziesz daleko!
Tak to się zaczęło, Pani Redaktor. A właściwie to kilka miesięcy temu ja, Arek (Boski) i Mariusz (Gonzo) pomyśleliśmy o zrobieniu rajdu dla nas i naszych przyjaciół. Rajd otwarty na wszystkie grupy zorganizowane: ZHP, ZHR, PTTK i grupy POKOJOWEGO PATROLU. Takie były plany, ale to za dużo pracy jak dla trzech osób, więc poprosiliśmy znajomych i przyjaciół. I tak powstał pomysł punktu FILMOWEGO i Rajdowych Warsztatów Filmowych prowadzonych przez Kruczka (www.filmstudio.pl). Poprosiliśmy Rolka i Kwadrata i powstało wiele nowych pomysłów. Michał (Rambo) bez lin i sprzętu zrobił MAŁPI GAJ - to cud, że wszyscy żyją (SORRY, TO TYLKO ŻART!). Rafał zrobił dyplomy i identyfikatory. I tak powoli grupowo zbieraliśmy pomysły i powoli je realizowaliśmy. Trzy dni przed Rajdem postanowiliśmy, że z grona organizatorów powstanie nowa drużyna harcerzy starszych. Tak się stało, powstała "IGNIS".
No to kręcimy... Pierwsze minuty Rajdu i pierwszy problem - już wiemy, że GRUPY będą się zjeżdżały do późnej nocy. Myślibórz jest trochę na uboczu i trudno tu dojechać. Robimy naradę i... PATROL do roboty, trzeba improwizować. Wieczorek z cyklu "poznajmy się" poprowadzą Adaś z Filipem i Maurycym oraz olbrzymią pomocą PATROLu. WSZYSTKO NA DO GÓRY NOGAMI!!! Mamy się dowiedzieć przez 10 minut wszystko o jakiejś wylosowanej grupie rajdowej. Co można powiedzieć o grupie, która istnieje trzy dni i sama się jeszcze nie zna? Ale jest SUPER! I długa MĘCZĄCA noc, a rano na trasę. PATROL mówi, że za krótka. Trochę po mieście i okolicy. Pięknie tu, tylko bardzo zimno. Ale PUNKT MEDYCZNY - PATROL brawo, brawo "nie poznaję kolegi".
Warsztaty filmowe - to była by długa historia i to bardziej do oglądania niż pisania. Wszystko co miłe szybko się kończy i nie ważne, kto zajął które miejsce, lecz to kogo poznałeś i dla kogo znalazłeś miejsce w swoim sercu. Więc mogę tylko powiedzieć - do zobaczenia na turystycznym szlaku!!!
CIAU
JACEK TOPOLSKI
ps. JUŻ WKRÓTCE REWELACYJNE INFORMACJE O WIOSENNYCH ZABAWACH W SZUKANIE PRZYGODY.
No i jeszcze dwa słowa od Kasi Szymczak:
30 listopad - 2 grudzień 2001 r. - w tych dniach odbył się w Myśliborzu Harcerski Rajd Andrzejkowy organizowany przez Jacka Topolskiego. Zaczęło się od wieczorka zapoznawczego między grupami harcerskimi a Patrolem. W sobotę od rana rajd z mapą po lesie i mieście, gdzie poszczególne grupy zdobywały punkty przy kolejnych zadaniach. Zadania były bardzo urozmaicone, od zapalenia ogniska z niczego przy niesprzyjającym wietrze, przez nagranie scenki "z życia grupy" (Patrol, zupełnie nie przygotowany na takie zadanie, rozpisał wszystko w 20 minut przed nagraniem, i... wyszło znakomicie!!!), do przeprowadzenia małego sondażu ulicznego na temat "Skąd się wzięły wróżby andrzejkowe". Podczas wieczorku andrzejkowego dzieliliśmy się zdobytymi informacjami, no i oczywiście - przyszedł czas na wróżby.
To był bardzo pouczający wyjazd. Patrol potwierdził, że nie jest jedynie grupą ludzi "do zbierania śmieci". Potwierdziło się, że są w nim młodzi ludzie mający swoją filozofię, mądrość i umiejętność patrzenia na świat oczami otwartymi na potrzeby drugiego człowieka.
Jacku!!! Czekamy na następny rajd!!!
Pozdrawiam!!!
Kasia |
Specjalistyczne szkolenie Pokojowego Patrolu - Częstochowa, listopad 2001
Dokładnie rok temu, w listopadzie, spotkaliśmy się na pierwszym szkoleniu Pokojowego Patrolu, w Mielnie nad morzem, gdzie grupa blisko 100
więcej »
Dokładnie rok temu, w listopadzie, spotkaliśmy się na pierwszym szkoleniu Pokojowego Patrolu, w Mielnie nad morzem, gdzie grupa blisko 100 osób przeszła kurs podstawowy 16-godzinny pierwszej pomocy przedmedycznej, prowadzony przez instruktorów PCK z Bielska-Białej, oraz zajęcia surviwalowej. Wtedy ruszył cały projekt szkoleń przedwoodstockowych Patrolu, który zaowocował tym, co zobaczyć mogliście na tegorocznym Przystanku.
Potem nastąpiło odprężenie, odpoczynek, a zaraz po wakacjach zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej? Pojawił się pomysł II etapu szkolenia dla Patrolu, oraz... szkoleń specjalistycznych, doskonalących i pogłębiających wiedzę z I etapu szkolenia. I właśnie takie szkolenie odbyło się w dniach 8 - 11 listopada w Częstochowie.
W Ośrodku Salezjańskim "Sowa" spotkało się dwadzieścia kilka osób - głównie liderów Patrolu. Cały kurs poprowadzili oczywiście Instruktorzy z Polskiego Czerwonego Krzyża z Bielska Białej. Przyjechali w bardzo silnym składzie, dwoma samochodami i z bardzo "bojowym" nastawieniem. Myśmy z lekkim przerażeniem myśleli o czterech dniach zajęć od rana do wieczora, ale nie braliśmy tego mocno do siebie i bardzo czekaliśmy na początek kursu.
Zajęcia zaczynały się około 8 rano i kończyły sporo po 20 wieczorem. Obok zajęć czysto teoretycznych, wzbogaconych filmami instruktażowymi, zdjęciami itp., odbywały się także pozoracje, czyli zainscenizowane sytuacje wypadkowe, w których grupa Patrolu musiała podjąć się zadania zabezpieczenia miejsca wypadku, udzielenia poszkodowanym pierwszej pomocy i wezwania służ ratowniczych. Powiem Wam jedno - dopiero w takich momentach możemy przetestować nabyte umiejętności. I niestety - okazuje się, że potrzeba jeszcze bardzo wielu ćwiczeń i nauki, żeby nawet z taką duża dozą skromności nazwać siebie ratownikiem. Pierwsze nasze pozoracje to, będę szczery, totalne ratownicze klęski. Potem było coraz lepiej, tak, że egzamin końcowy, na który złożyły się dwie pozoracje, zdało - uwaga! - siedemnaście osób.
Właśnie, egzamin. Były dwa - pierwszy otworzył całe szkolenie, sprawdzając jak dużo zostało nam w głowach po "szesnastce". I wiecie - to było niewiele. Nawet osoby, które interesowały się bardziej tematem pierwszej pomocy i ratownictwa, popełniły więcej błędów niż dopuszczalna granica tego testu. Drugi egzamin to ten, który zakończył cały kurs. Test medyczno - ratowniczy (130 pytań), resuscytacja i dwie pozoracje. I nie było to jakoś bardzo udziwnione, takie normalne sytuacje, które możemy spotkać na codzień. Każdy musiał spróbować sprostać samodzielnie tym zadaniom, i nie każdemu się to udało. Cóż, co niektórzy będą mieli okazję podejść jeszcze raz do tego egzaminu.
A przy tym wszystkim zdarzył się nam przykry wypadek. Cholernie przykry!!! Otóż w niedzielę rano... zniknęła jedna z karetek PCK z Bielska. Został po niej tylko wyłamany zamek i gaśnica... Żeby nie było za słodko, to w samochodzie tym był sprzęt, który PCK otrzymał od Orkiestry bardzo niedawno. Specjalistyczne, drogie urządzenia służące do ratowania życia. Takie, jakie znajdują się na wyposażeniu normalnych karetek reanimacyjnych. Jeszcze dzień wcześniej instruktorzy pokazywali nam ten sprzęt, prezentowali jego możliwości, uczyli, jak się nim posługiwać. No i następnego dnia... Na samo wspomnienie pojawia się gdzieś w sercu wielki żal, że w takich okolicznościach i że w ogóle takie wydarzenie miało miejsce. Że spotkało to tak bliskich naszych Przyjaciół. Kiedy rozmawiałem z Pecekowcami, kiedy widziałem ich smutek - brak słów... Może jeszcze się znajdzie...
Wyjeżdżaliśmy w Częstochowy w minorowych nastrojach. Bardzo cieszył nas fakt ukończonego szkolenia, bardzo cieszyli się ci, którzy zdali egzamin końcowy. Ale historia z karetką mocno negatywnie wpłynęła na nasze przeżycia... Mimo to - grupa Pokojowego Patrolu ukończyła 45-godzinny kurs ratownictwa przedmedycznego prowadzony przez ratowników Polskiego Czerwonego Krzyża. Jest to pierwsze takie szkolenie, a że zakończyło się pełnym sukcesem, prawdopodobnie odbędą się następne. Kolejnych informacji poszukujcie na stronach Patrolu.
(Milkee)
Warszawa, listopad 2001 r.
45-godzinne szkolenie PCK w Częstochowie opowiada Amerykanka:
O każdym szkoleniu patrolu mówi się, że jest wyjątkowe i jest to oczywiście prawda. Jednak szkolenie w Częstochowie przejdzie do historii i zostanie w głowach jego uczestników na całe życie. Tyle, co zdarzyło się tam, nie zdarzyło się jeszcze nigdzie. Do tego było to szkolenie typowo medyczne. 45 godzin nauki i ćwiczeń z ratownictwa medycznego prowadzonych przez naszych kochanych "pecekowców" z Bielska-Białej.
Zajęcia zaczęliśmy 8 listopada, w czwartek o 9 rano. Przypominaliśmy sobie wiadomości zdobyte na kursie 16-sto godzinnym. Trzeba przyznać, że dużo nam się zapomniało, ale ludzie z PCK byli, jak zwykle, cierpliwi i omawiali wszystko jeszcze raz. W między czasie podzieliliśmy się na zupełnie przypadkowe grupy. Każda grupa dostała swoją apteczkę, którą ktoś z grupy musiał mieć przy sobie. Co jakiś czas jedna z grup wychodziła z sali na jakieś ćwiczenia praktyczne. Mieliśmy różne przypadki. Pamiętam zatrucie grzybami, wybuch bomby, człowieka porażonego prądem oraz ofiarę upadku ze schodów. Nasi pozoranci mieli wyjątkowo dużo cierpliwości, gdy robiliśmy im badania kompleksowe czy układaliśmy ich w pozycji bocznej ustalonej. Na początku bardzo często byliśmy dość "brutalni" i chwytaliśmy panów nie tam gdzie trzeba, ale przecież człowiek uczy się na błędach.
Zajęcia kończyliśmy po 22. Niektórzy byli już bardzo zmęczeni i kładli się spać, inni wspinali się na ostatnie piętro ośrodka Salezjanów, w którym mieszkaliśmy, aby pograć w bilard albo piłkarzyki, lub po prostu pogadać w kafejce, która się tam znajdowała.
W piątek kolejny dzień zajęć. Tym razem zupełnie nowy materiał. Od porodu po choroby starszych ludzi i związane z nimi niebezpieczeństwa... Do tego przyjechała ekipa "Kręcioły", która chciała nakręcić nas w akcji. Piątek był też pierwszym dniem niezbyt miłych wrażeń. Otóż telewizor i video spadły ze stołu i niestety sprzęt został zniszczony. Byliśmy załamani, bo to był dość drogi sprzęt, ale oprócz tego nie wiedzieliśmy, czy obejrzymy resztę filmów, które były częścią szkolenia. Na szczęście w tym nieszczęściu mieliśmy Patrolowców z Częstochowy, którzy użyczyli nam telewizora i videa. Ten dzień był tez poświęcony na praktykę przy wypadkach masowych. Można powiedzieć, że nie poszło nam tragicznie. Zrobiliśmy trochę zamieszania, ale uratowaliśmy poszkodowanych. Wieczorem, jak zwykle, jedni spali, a inni się integrowali.
I ani się nie obejrzeliśmy i już była sobota. Rano uczyliśmy się o katastrofach takich jak lawiny, zburzone budynki, katastrofy kolejowe, pożary... itd. Następnie ćwiczyliśmy resuscytację, wyciąganie rannego z samochodu, ściąganie kasku, pozycje boczną, badania kompleksowe i transport poszkodowane. Każdy mógł się sprawdzić. Myśleliśmy, że to już koniec, ale nie. PCK miał dla nas ostatnią niespodziankę, której nie zapomnimy. Otóż była to pozoracja wybuchu gazu. Naszym zadaniem było wczołgać się w maskach przeciwgazowych na pierwsze piętro z noszami, następnie założyć poszkodowanemu OP2 (taki "gumowy" kombinezon), wsadzić go na nosze i zczołgać się z nim na noszach z pierwszego pietra na dół. Muszę przyznać, że to było najcięższe ćwiczenie i każdy po zdjęciu maski musiał iść się wykąpać. Wieczorkiem większość osób uczyła się do nadchodzącego na drugi dzień ciężkiego egzaminu.
W niedzielę, po śniadaniu część usiadła do egzaminu pisemnego składającego się ze 130 pytań (100 pytań medycznych, 30 ratowniczych), a inni rozpoczęli od egzaminu praktycznego. Niestety nagle okazało się, że ktoś w nocy ukradł jedną z karetek, która należała do PCK w Bielsku Białej. Oprócz tego skradziona została torba ze sprzętem medycznym wartym kupę kasy, którą "pecekowcy" dostali od Fundacji. To był szok dla wszystkich. Nie mogliśmy uwierzyć, że ktoś mógł być tak okropny i ukraść sprzęt, który ratuje życie innym.
Mimo wszystko egzamin dobiegł do końca. W części praktycznej musieliśmy przeprowadzić resuscytację na człowieku dorosłym oraz niemowlaku, pomóc człowiekowi, który przedawkował narkotyki i udzielić pomocy zawałowcowi. Większość dała sobie radę z egzaminem i po ogłoszeniu wyników mieliśmy wśród nas 17-stu nowych ratowników. Zdajemy sobie jednak sprawę, że musimy się jeszcze dużo nauczyć, ale mamy już za sobą pierwszy krok.
Po południu, w niedzielę 11 listopada zakończyło się kolejne szkolenie Pokojowego Patrolu. Rozjechaliśmy się do domów i już nie możemy się doczekać następnego spotkania. Chciałabym pozdrowić wszystkich tam obecnych i podziękować Fundacji oraz ludziom z PCK za organizację tego szkolenia. Mam również nadzieję, że karetka oraz sprzęt odnajdą się!!!!
CAŁUSKI
AMERYKANKA
|
7. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Runowo, 12-14.10.2001 r.
No i przeleciało. Niesamowicie się rozwinął ten nasz program szkoleń, od kiedy spotykaliśmy się po raz pierwszy w Nestorówce, właściwie
więcej »
No i przeleciało. Niesamowicie się rozwinął ten nasz program szkoleń, od kiedy spotykaliśmy się po raz pierwszy w Nestorówce, właściwie po to, żeby nie stracić kontaktu po odwołaniu Przystanku Woodstock w Lęborku. Aby jednak urozmaicić to spotkanie i spróbować z niego wynieść coś więcej, zaproszeni tam zostali instruktorzy z Polskiego Czerwonego Krzyża z Bielska-Białej, aby nauczyć nas podstaw pierwszej pomocy. I to właśnie wtedy zrodził się fantastyczny pomysł, żeby takich spotkań i szkoleń zorganizować więcej. Potem już z górki poleciały Mielno, Włostowice.... itd., aż do ostatniego przed Przystankiem szkolenia w lipcu, w Żarach. Przystanek Woodstock udało się zorganizować przede wszystkim dlatego, że Fundacja mogła na ten koncert zwołać blisko 500 przeszkolonych Patrolowców. To wytrąciło broń z ręki wielu przeciwnikom koncertu.
Jak było na Przystanku - wielu z Was wie doskonale. Najbardziej udana organizacyjnie, najbezpieczniejsza impreza ze wszystkich, biorąc pod uwagę całe 7 lat historii koncertu. Ano dlatego, że nad wszystkim czuwał przeszkolony i dobrze zorganizowany Pokojowy Patrol.
Przystanek przeleciał. Zwariowanie, kolorowo - przeszedł do historii. Nie dotyczy to jednak Patrolu. Już we wrześniu Orkiestra zaczęła przygotowania do kolejnego szkolenia, a ich efektem było nasze ostatnie spotkanie w Runowie. Niedaleko Lęborka, gdzie rok z kawałkiem wcześniej miał odbyć się VI Przystanek Woodstock. Ech, wiele się zmieniło od czasu Nestorówki. Przede wszystkim - w charakterze instruktorów zadań surviwalowych i ekipy przygotowującej całe szkolenie występuje grupa Liderów, starszych członków Pokojowego Patrolu. No i same szkolenia nie są prowadzone pod presją kolejnego Przystanku, chociaż oczywiście, mówi się o nim dużo. Niezmiennie, 8 raz, przyjechała do nas ekipa PCK z Bielska - Białej, swoim charakterystycznym samochodem, który wielu z Was zna ze szkoleń lub z naszych zdjęć na Patrolowych stronach. Niezmienna też jest formuła, czyli dwa bloki zajęć - kurs pierwszej pomocy, oraz ćwiczenia "surviwalowe" uczące pomysłowości i współpracy w grupie.
Zupełnie wyjątkowa młodzież przyjechała na to szkolenia. Przede wszystkim - dwie grupy harcerzy, ze Szczecina i z Goleniowa. Wnieśli oni trochę tego "harcerskiego" ducha w całość spotkania, te przyśpiewki czy okrzyki, bardzo integrujące dużą grupę młodzieży. Z drugiej strony, nie stali się enklawą, zamknięta ekipą, tylko szybko wtopili się w całość grupy.
Ogromne wrażenie wywarła na mnie ta "pecekowska" część szkolenia. Raz, że przygotowana bardzo profesjonalnie, ze sprzętem typu rzutnik i przeźrocza itp., a dwa, że bardzo "intensywnie" odbierana przez kursantów. Wyglądało to trochę jak w szkółce - kajety, pisaki, mnóstwo pytań, dokładne ćwiczenia, maksymalne wchłanianie wiedzy.
Już pierwszego wieczoru odbył się wypad nad morze, do Łeby, wszyscy mogliśmy się poznać i trochę zintegrować. 6 grup, na które wszyscy zostali podzieleni, brało udział w prostych zabawach na plaży. Jeszcze przed wyjazdem każda grupa dostała pod opiekę dwa jajka. Trzeba było nadać im imiona, i dopilnować, aby jajeczka te przeszły z grupami całe szkolenie, brały udział w każdym ćwiczeniu, nie doznając żadnego uszczerbku na "zdrowiu". Pomysł, do którego wszyscy podeszli bardzo serio, pojawiły się nawet grupowe piosenki o jajkach, coś niesamowicie klimatycznego. Już na koniec szkolenia, przy pożegnaniu, okazało się, że nie wszystkie jajka przeżyły spotkanie. Te natomiast, które szczęśliwie dotrwały do końca - może przyjadą na Przystanek w roku 2002? Zobaczymy...
Bardzo pomocny był nam Kocioł, jeden z Liderów Patrolu, i jego harcerska ekipa. Przygotowali oni całość zabaw na linach - zjazd i wysoki most, który trzeba było pokonać podczas marszu nocnego. Wszystko to wyglądało naprawdę imponująco, ale i przerażająco. Reakcje młodych ludzi były najróżniejsze, ale nie było takiego, który by twierdził, że się w ogóle nie boi. Ten strach trzeba było pokonać. Wejść po skarpie i drabince linowej na drzewo, odbić się i polecieć w dół z dużą prędkością, potem poczuć miękkie szarpnięcie i zatrzymać się kilka metrów nad ziemią, skąd już powolutku jeden z instruktorów podciągnął Cię na dół i odczepił z liny. Sam nie zjeżdżałem, ale każdy kto o tym mówił, używał słów w stylu "niesamowite, fantastyczne, cudowne, niezapomniane uczucie".
Wspomniałem już o marszu nocnym. Tym razem zaplanowana naprawdę ciężka trasa. Chyba najbardziej ze wszystkich dotychczasowych szkoleń. Ponad 25 kilometrów, różnymi drogami, to lasem, to asfaltem, to jakimiś polami. Przygotowanych kilka punktów, a pierwszym był właśnie most linowy, wysoko ponad drogą, łączący dwie części starego wiadukt kolejowego, jeszcze przedwojennego, poniemieckiego. Podczas wojny został zbombardowany, stąd przetrwa właśnie nad drogą, którą pokonać musieli Patrolowcy przeprawiając się po dwóch rozpiętych linach. Nocą !!! Nieprawdopodobne...
Do 7 rano trwały nocne zajęcia, potem już te grupy, którym nie udało się znaleźć właściwej drogi, zostały zwiezione do Ośrodka samochodami. Wszyscy byli bardzo zmęczeni, zmarznięci, ale podekscytowani i szczęśliwi. Nie spotkałem żadnej narzekającej osoby, a to chyba o czymś świadczy. Żeby nie było, że to już koniec, to kilka z nich miało niechcący dyżur na korytarzu, bo ktoś z ich pokoju, kto miał klucz, był akurat w grupie, która jeszcze do ośrodka nie dotarła. Takie korytarzowe spotkania mają swój specyficzny klimat, nawet mimo zmęczenia faktu, że jednak kilka osób musiało odespać intensywną noc.
A następnego dnia, to już niedziela, pozostało tylko spotkanie końcowe i rozdanie certyfikatów PCK i naszych Fundacyjnych. Nie muszę wspominać chyba, że wszyscy przeszli szkolenie na medal i wszyscy dostali oba dyplomy. Potem była jeszcze chwila na podziękowania, pożegnanie, ostatnie foty, uściski, wymiany adresów... Około południa wszyscy wsiedli w autokar i pojechali do Lęborka, skąd każdy już w swoją stronę poniósł te emocje i tę opowieść o tych niezwykłych chwilach, jakie przeżył w Runowie. Każdy ma grupę nowych Przyjaciół, w najróżniejszych światach i klimatach, którzy jednak na hasło "Cześć, jestem z Patrolu", powitają go uśmiechem i dobrym słowem. A za czas jakiś spotkamy się wszyscy na Przystanku... Ech, nie mogę się doczekać...
Pozdrawiam i SIEMA !!!
(Milkee)
Warszawa, październik 2001 r. |
Zlot Pokojowego Patrolu - Poznań 5-7.10.2001
Opowiadają Amerykanka i Kasia Szymczak
Witam ponownie na krzysiowej stronce. Ze względu na to, że do Poznania dojechałam dopiero w Sobotę
więcej »
Opowiadają Amerykanka i Kasia Szymczak
Witam ponownie na krzysiowej stronce. Ze względu na to, że do Poznania dojechałam dopiero w Sobotę o 11.06 (niestety, wieczorowe studiowanie ma swoje minusy), to, co działo się w piątek zrekonstruuje Amerykanka. (dalej będę pisać Ja :-) ).
Witam wszystkie mordki,
Po spotkaniu Patrolu w Zielonej Górze na Winobraniu moi rodzice stwierdzili, że nareszcie zacznę rok akademicki i zakończę te wszystkie wyjazdy. Ich błąd!! Moja tęsknota za ludźmi z Patrolu była tak wielka, że musiałam cos wykombinować. I tu do akcji wstąpił Gunner (chwała mu za to!!!). Załatwił nocleg i postanowił zrobić zlot w naszym "ezoterycznym" Poznaniu.
Wszystko zaczęło się 5 października. Już około godz. 18 przyjechało kilka osób. Z bagażami, w czerwonych koszulkach czekaliśmy na poznańskim deptaku na innych. I nagle "ukazał się" naszym oczom Toudi, który w ekspresowym tempie przyjechał stopem z Krakowa. Zabraliśmy go i udaliśmy się do najbliższego pubu "Corner" przy dworcu, gdzie umówiliśmy się już wcześniej z Gunnerem, który odbierał resztę ekipy z dworca. Posiedzieliśmy chwilkę, a tu nagle szum, tłok, czerwono, plecaki, śpiwory itd. I weszło 20 patrolowców - ściskamy się, witamy, krzyczymy... Dosłownie niesamowite przeżycie. I znowu widzę Kaczuszkę, Farmaceutę, Squtera i Adagia, którego znam tylko z czata... W końcu usiedliśmy. Chłopcy skusili się na kupienie magicznego napoju od pan w obcisłych, białych kostiumach z napisem "METAXA". Napój kosztował 8 złotych i cały Patrol musiał zrobić zrzutkę. Okazało się, że jest i nagroda! Wygraliśmy jeden długopis na nas 20. Postanowiliśmy wysłać go Jurkowi.
Następnie kilka osób poszło na dworzec po Filipka i Rybę, którzy jechali tym samym pociągiem, ale się nie spotkali. Potem wszyscy (nawet Misiek i Funia się odnaleźli) idziemy do "Morgana" na koncert naszego kolegi z Patrolu - Szwajcara. No i około pierwszej w nocy łapiemy nocny autobus (po rozmowie z Policją, która się zainteresowała naszą grupą siedzącą na przystanku) i "odlatujemy" do naszej Szkoły Podstawowej, w której mieszkamy. A tam jedni śpią, inni się "integrują". Jak to Patrol - każdy robi to co lubi!
Rano znów wszyscy do autobusu (bez biletu rzecz jasna) i na stację po Kasę i ku naszemu zdziwieniu, po Towdiego.
Pozdrawiam Was moje ryjki.
Amerykanka
To teraz Ja (Kasa!!!).
Przyjazd w sobotę miał też swojego plusa. Wysiadłam z Towdim (dokładnie tak... miał akurat zajęcia w Warszawce i podjęłam za niego decyzję, że jedzie ze mną rano na zlot :-). Nie lubię samotnie podróżować;-))... Tak więc wysiedliśmy i co widzimy???? Komitet powitalny!!!!! Jakie to kurcze miłe zobaczyć te mordeczki kochane już na dworcu!!! (chyba będę już tak zawsze z opóźnieniem przyjeżdżać...). Swoją drogą, jestem pełna podziwu, że mimo "skutków ubocznych" piątkowej zabawy tak rano wstali.
Mały spacerek (my oczywiście z plecakami) i jesteśmy na poznańskiej starówce, gdzie, żeby nie było za mało, przywitały mnie trykające koziołki dokładnie o 12 (te to mają kondycję, żeby tak codziennie!!!). Małe zakupy i wysyłanie kartek... Jak dojdą, będzie to oznaka dużej wyrozumiałości i poczucia humoru pań pracujących na poczcie!!!
Przy okazji siedzenia na rynku podpatrzyliśmy na czym polega praca gości poprzebieranych za mnichów lub innych zakapturzonych osobników.... uzbiera na wino (1 butelkę), zdejmuje łaszki Robin Hooda i idzie do sklepu... Nic w tym dziwnego, tyle że ten to miał już parę kursów za sobą i gdyby nie drewniany kijek to długo by nie postał...
Co po niektórzy posilili się pysznymi (przynajmniej na takie wyglądały) naleśnikami, inni kursowali po lody z automatu (bez komentarza), jeszcze inni po kiełbasę na ognisko, którą musieli zjeść na surowo, bo z ogniska nic nie wyszło...
Po dłuższym zbieraniu się (sójki, cholera!), mała wycieczka tramwajem (heh... niektórzy mieszkający w Poznaniu pierwszy raz użyli komunikacji miejskiej....tak im się to spodobało, że planowali poświęcić jeden dzień na jazdę od jednej zajezdni do drugiej :-) )...i na Maltę.
To jest zdumiewające... Chociaż nie wiem jak paskudnie byłoby przez cały miesiąc, w dniach naszych zlotów zawsze świeci słońce!!!...bez powodu mówią "słoneczny patrol" :-)
Tak więc co robi patrol, jak mu słonko przygrzewa ? Poza tym, że wyleguje się na trawie oczywiście... Puszcza do siebie sygnały z telefonów komórkowych, jakby nie można było lekko się odwrócić do osoby siedzącej tuż obok i powiedzieć o co chodzi... Dzieci cywilizacji... :-)
Chociaż dzięki temu odkryłam zajebisty dzwonek w tel. Skutera. Jak go spotkacie to poproście o prezentację - 15 minut śmiechu gwarantowane. AdaS zakręcił Amerykankę, że to niby nie on cały czas do niej dzwoni. A Skuter dzięki uprzejmości Farmaceuty nauczył się jakiegoś arabskiego języka...
Po tej poobiedniej sjeście (jeśli ktoś zjadł ten posiłek!), część pojechała przygotowywać ognisko (ciekawa jestem, co oni tyle czasu robili, że nic z tego nie wyszło!!!). My dalej sielankowo spędzaliśmy czas na łonie natury przy dźwiękach instrumentów farmaceutowego wyrobu (patrz zdjęcia!!).
AdaS z Amerykanką poszli po niejakiego Alka... moją niespodziankę... cholerni konspiratorzy! Byłam święcie przekonana, że Alicja ze Szczecina, z którą tworzymy, no i z Aną jeszcze oczywiście, trzon wszystkich patrolowych zlotów (nawet na tym 6-o osobowym całe trzy byłyśmy!!!) nie przyjedzie... Bo tłumaczyła się angielskim, maturą... Ja załamana, że tej paskudy nie będzie, głęboko w duchu rozpaczam, a kiedy przyjechaliśmy do szkoły - kto się zza rogu wyłania?????? Głowa całego patrolowego ruchu podziemnego!!!... wszyscy kurcze wiedzieli...
Tak się teraz zastanawiam, że jeśli oni byli zdolni tak się przeciwko mnie zjednoczyć w milczeniu, to do czego Ci ludzie jeszcze są zdolni??!!!!!... Wole nie myśleć...
Jak już zebraliśmy się wszyscy w "naszej" szkole, gdzieś koło 21, zaczęła się (tzn. zaczęła się wcześniej ;-)),ale tak bardziej kulturalnie - integracja.
Farmaceuta popisywał się swoją wiedzą o winie (to po winobraniu mu zostało jeszcze ;-)). Przerobiliśmy cały śpiewniczy materiał (Funia na zdjęciu z gitarą!!!!)... potem żeśmy z Gejsoniarą i Aną kontynuowały śpiewy już bez gitarki (podolanka... cos innego...podolanka.. i tak w kółko, Funia dnia następnego głos zupełnie postradała... :-)). Reszta zakręciła Harcerkę grą w psychologa... (najprostsze rozwiązania są zawsze najtrudniejsze ;-)) Resztka "zmęczenia" umknęła z naszych ciał przy dźwiękach Woodstockowych (no co... szkolna dyskoteka!). Poza tym, urodziny Prezesa i naszej Ani kochanej, więc trzeba było jakoś.... No sami wiecie... .napisać Jurkowi laurkę ;-)
Pora snu... Dwugodzinnego dla niektórych... ale pora snu... każdy ułożył się w SWOIM śpiworku... zgasło światło. Cisza.... cisza.... cisza... (na pewno każdy zna początek IX Symfonii Beethovena :-))... No więc cisza....cisza...i dźwięk pianina!!!!! Towdi, cisza, ciemność i Beethoven... reakcję śpiącego Patrolu można już sobie wyobrazić... Nie zapomniana!!!!
"Ukołysani" do snu przez nadwornego pianistę Towdiego, odespaliśmy jakoś tę sobotę. Jedni bardziej wygodnie, inni mniej... (Alicja i Ana a miedzy nimi Towdi, Farmaceuta na ławce...). Kaloryferki grzały jednych, innym się wpijały w żebra (wybacz Adaś!).
Rano śniadanko, sprzątanie, fotka w szkolnych ławkach, żeby było o czym rodzicom mówić... Kolejne czułe rozstanie... pociąg Ryby i Filipka trochę za długo stał na tym dworcu... Nie chcieli odjechać czy jak??? Mnie i Funi jakoś się oczka zaszkliły...
Przecież niedługo znów się zobaczymy!!! Coraz bliżej Koncertu Bożonarodzeniowego... Finału... Sylwestra... To kolejny zlot w listopadzie w Wawie!!! :-))
Ściskam mordeczki z konspiracyjnego, poznaniowego zlotu i do zobaczonka już niedługo!!!!!
Pa Pa!!!
Kasa
|
6. Szkolenie Pokojowego Patrolu, Żary, Lipiec 2001 r.
Witajcie!!!
Mamy za sobą kolejne szkolenie. Szkolenie, które wpisało się w pamięć kolejnej Patrolowej sześćdziesiątce i pozostanie tam długo!
Bo było to
więcej »
Witajcie!!!
Mamy za sobą kolejne szkolenie. Szkolenie, które wpisało się w pamięć kolejnej Patrolowej sześćdziesiątce i pozostanie tam długo!
Bo było to szkolenie wyjątkowe, chyba najbardziej od czasu pamiętnej Nestorówki. I to z kilku względów! Po pierwsze - było to ostatnie nasze spotkanie przed zbliżającym się szybkimi krokami Przystankiem Woodstock. Tak, moi drodzy, to już tylko miesiąc dzieli nas od dnia, kiedy Jurek wejdzie na tę olbrzymią scenę i krzyknie po raz szósty "Witam Was na Przystanku Woodstock". Dalej - szkolenie to odbyło się właśnie w Żarach, a spaliśmy, wyobraźcie sobie, w internacie obok "przystankowego" pola - kto był tam choć raz, wie o które miejsce chodzi. Słuchajcie, słoneczniki pięknie pną się do góry, chociaż upały im trochę dokuczają. Nic to, teraz jest parę takich dni, że pewnie odetchną.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, która całkiem wyróżnia to szkolenie. Ano było to pierwsze szkolenie, gdzie organizatorami i instruktorami dla Patrolu był... Patrol. Fundacja wytypowała grupę ludzi doświadczonych, którzy już poprzednio w szkoleniach brali udział, którzy mają spore doświadczenie wyniesione czy z udziału w Przystankach, czy w ogóle - z życia. Mowa tu o survivalowej części spotkania, wszystkich zadaniach w dzień i o marszu nocnym oczywiście. Bo częścią medyczną, czyli podstawami pierwszej pomocy, zajmował się nadal PCK z Bielska Białej.
Ta praca, to w rzeczywistości duża odpowiedzialność i wysoko postawiona poprzeczka - po prostu ciężka robota. Ale efekt - no, myślę, że nikt nie ma zastrzeżeń. Sobota, drugi dzień szkolenia, kiedy to właśnie odbyły się te zajęcia "w terenie", oraz rzecz jasna, noc z soboty na niedzielę, czyli blisko 24 kilometry marszu - chyba najbardziej ciężkiego ze wszystkich szkoleń - to chwile bardzo intensywne dla wszystkich na szkoleniu. I dla szkolonych, i dla pierwszych Patrolowych instruktorów. A przecież połowę dnia zarezerwowaną miał PCK, a sami wiecie - oni nie dają taryfy ulgowej bez względu na to, jak ciężkie terminy czekają na Patrol tego dnia. Ech, na długo, długo zapamiętam ten wyjazd.
Chyba bywalców szkoleń zaskoczyłaby ilość zadań dziennych, jak i ich urozmaicenie. Wiadomo - ich celem było nauczenie współpracy w grupie, w zespole, a także wyłonienie wśród Patrolu liderów, którzy będą pomocni przy organizacji pracy Patrolu na Przystanku.
Jakie dokładnie konkurencje były do zaliczenie. No to w zupełnie przypadkowej kolejności - dwie gry w piłkę. Jedna, to kiedy piłka miała z metr średnicy, a drużyny pięcioosobowe próbowały zdobyć bramki będąc ze sobą powiązanymi linkami. Druga gra, to kiedy drużyny grały normalna piłką, ale z zawiązanymi oczami. Na każdą drużynę składała się połowa grupy, ta druga zaś musiała całością pokierować. Oj, było tam zabawy, było.
Następnie - litera T. Grupa powiązana w literę T i z zawiązanymi oczami musiała wykonać marsz przez nierówny teren, kierowana przez lidera, który, jako jedyny, miał odsłonięte oczy. A zaraz obok - wyścig rydwanów, czyli desek, na których siedziała jedna osoba (trzymając kubeczek z wodą i zatykając otwór w nim zrobiony), jedna ciągnęła ją jak na sankach, a reszta grupy - musiała postarać się o zastosowanie drewnianych wałków w roli kółek, coby można było się na tej desce poruszać po piaszczystej drodze. Dalej - już na terenie internatu - był most linowy, o wyjątkowo luźnej konstrukcji, na którym wszyscy bujali się jak małpy na drzewach. Niedaleko - wieża ze skrzynek. Taką wieżę musiała każda grupa zbudować, a że skrzynek było dostatek, to i wieże pięły się metrami w górę. Aż do momentu, kiedy po ciężarem konstruktora wszystko przewracało się na ziemię. Spokojnie, nikomu nic nie groziło, nad wszystkim czuwał Patrolowy instruktor. Po drugiej stronie ośrodka - długa rura, na dnie której była piłeczka pingpongowa, którą należało wydobyć wlewając do rury wodę. Z tym, że za pomocą dziurawych, plastikowych kubeczków. Sama rura - cóż, również wymagała uszczelnienia.
Już poza terenem internatu, ale tuż przy ogrodzeniu - rurociąg, który musiała zbudować każda grupa, a który miał przetransportować piłeczkę pingpongową i wodę między dwoma punktami na drzewie, na którym wszyscy wisieli.
W tym wszystkim znalazło się też zadanie związane ze szkoleniem medycznym, czyli nauka węzła ratowniczego, którą prowadził sam szef - Bartek.
Myślicie, że to koniec pomysłowości Patrolu??? Ej, nie zapominajcie o nocy!!! Tutaj było do pokonania blisko 23 kilometry i siedem punktów z zadaniami. Marsz, rzecz jasna, lasem, przez tereny poligonów wojskowych, biedna więc grupa, gdzie nie pomyślano o latarkach!!! No i zadania - na początek zabawa z olbrzymim, kolorowym płótnem i piłką. To tak na rozgrzewkę. Potem kilka kilometrów i przystanek - sporządzenie noszy dla poszkodowanego. Po kolejnych kilometrach - próba zbudowania szałasu dla grupy. Jeżeli to się powiodło - dalsza droga, po której punkt, gdzie sprawdzano umiejętności wiązania węzła ratowniczego. Na kolejnym punkcie - stanowisko PCK, pozoracja wypadku i udzielenie pierwszej pomocy. Następnie - ognisko w lesie, czyli zadanie zręcznościowe - wrzucenie piłeczek tenisowych do kosza z opon samochodowych. Tu dostawało się wiadomość, którą należało przekazać na następnym, ostatnim już punkcie, instruktorowi, za pomocą zbudowanego rurociągu z rur PCV. Stąd już tylko powrót do ośrodka. Ostatni Patrolowcy docierali do internatu, kiedy było już zupełnie widno. Na mecie czekało na nich ognisko, kiełbasa itd., czyli dobra zabawa (dla tych, co mieli jeszcze siły, bo noc ta była szalenie wyczerpująca).
Pogoda była letnia - upał cały dzień, a po południu i nocą, burze z ulewnym deszczem. Taka burza przydarzyła się podczas nocnego marszu, krótką chwilę lało potężnie. Cóż, takie życie Patrolu, na Przystanku też może padać!!!
Na szczęście, było ciepło, to chyba pierwsze szkolenie przy takim ciepłym klimacie, na co niejeden zwrócił uwagę. W niedzielę od rana - znowu upał, chociaż słońca już mniej.
Mżyło podczas pożegnania przed internatem, kiedy rozdawano certyfikaty Patrolu i PCK. Niebo płakało, bo i piękne chwile się kończyły. Teraz wszystkich czekała jeszcze podróż, w niektórych przypadkach 300 czy 400 kilometrów. Ech, jest to też taka magia tych szkoleń, że za każdym razem jest tam grupa Patrolu ze wszystkich niemalże krańców Polski, od Bałtyku po góry. Tworzą się przyjaźnie, które potem trwają mimo odległości i czasu, a odnawiają się przy kolejnych spotkaniach, chociażby na Przystanku. Przyjedziecie - sami zobaczycie!!!
Pora na podziękowania. Dla Bartka - za organizację i pomysły. Dla Jurka i całej Fundacji - za Patrol w ogóle. Słuchajcie, widzimy się za miesiąc.
Pozdrawiam i SIEMA!!!
(Milkee) |
Szkolenie "Liderów" Patrolu w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej - rok 2001
Szkolenie "Liderów" Patrolu w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej 2001
Nie przypadkiem wybraliśmy właśnie Jurę i rejon Podlesic jako teren szkolenia dla liderów. Liderzy
więcej »
Szkolenie "Liderów" Patrolu w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej 2001
Nie przypadkiem wybraliśmy właśnie Jurę i rejon Podlesic jako teren szkolenia dla liderów. Liderzy to grupa patrolowców na których będzie spoczywała największa odpowiedzialność bo kierować będą grupą i za całą będą odpowiadać. Tu nie ma przebacz i każdy wie, że czeka go tu ciężka praca ale po naszych kolejnych szkoleniach każdy z patrolowców jest do takiej pracy przygotowany, a grupa liderów to Ci którzy posiadają dodatkowe predyspozycje do kierowania zespołem. Podlesice to baza GOPR-u, oddziału jurajskiego czyli ekipy, z która jesteśmy związani od wielu lat duchowo jako Fundacja WOŚP. Piotr, który jest szefem całej stanicy GOPR-u ma świetna ekipę i ludzie Ci przygotowali dla 25 Patrolowców zajęcia. Kiedy przyjechałem z aparatem było już po kilku zajęciach, głównie wszyscy wspominali niesamowite przeżycia w jaskiniach gdzie już bez żadnych pozorowań jeden z grupy czyli Przemek utknął w bardzo ciasnym tunelu jaskini. 1,5 godziny trwało wyciąganie, wypychanie i wyciskanie. Ekipa Piotra była w pogotowiu aby w razie czego zawodowo tak jak to robią standardowo udzielić niezbędnej pomocy. Ale udało się to patrolowcom i Przemek cały i zdrowy wyszedł z jaskini.
Kiedy dojechałem do ekipy to właśnie forsowali okoliczny zalew. Zadanie polegało na tym, że mając jedna długą linę, jedną małą łódeczkę, należało się przeprawić na drugi brzeg wraz z bagażami i kilkoma nie umiejącymi pływać osobami. W zadaniu tym należało jak najszybciej wyłonić szefa, który koordynował by całą przeprawę, przeprawić najsłabszych i zrobić to jak najlogiczniej. Kiedy później cała ekipa się suszyła mogliśmy podsumować całe przedsięwzięcie. To właśnie są takie momenty, kiedy na gorąco każdy musi sobie wziąć do serca swoje błędy i wyciągnąć wszelkiego rodzaju wnioski. A to jeszcze nie był koniec zadań tego dnia. Ekipa GOPR-u spakowała sprzęt i odjechała na Tobor - miejsce obozowania naszych patrolowców a sami patrolowcy mieli za zadanie dojść do Taboru, nie idąc drogą tylko idąc górami. Zajęło to im około 2 godzin czasu. Zmęczeni poszli spać a rano następne działania.
Ranek był troszkę bolesny bo po wczorajszym moczeniu w wodzie i wcześniejszych przygodach jaskiniowych wszyscy zaczęli czuć trud tych zajęć. Na tym polega praca na przystanku, tj. kilkadziesiąt godzin non stop pracy, napięcia, wyczerpujących marszów etc. Trzeba umieć tak rozłożyć swoje siły aby przez cały czas czuwać nad całością. Na rannym spotkaniu rozmawiamy o łączności, o sprawach związanych z komunikacją, omawiamy różne warianty sytuacyjne, przegadujemy różne pomysły. Mówię ja, mówi Piotr, mówi Szarotka - żona Piotra, przekazując swoje obserwacje, spostrzeżenia i wnioski. W pewnym momencie Szarotka proponuje wykonanie pewnego zadania, na które mogą sobie pozwolić po kilku dniach przebywania ze sobą. Wszyscy muszą wybrać tą osobę do której mają największe zaufanie i opisać kilka krótkich cech, które charakteryzują tę osobę. Na tacy leżą kartki, czytamy i okazuje się, że największym uznaniem w oczach grupy cieszy się Alpinista (to ten pierwszy z lewej, obok jest Wykrzyknik, Przemek i Kocioł). Jego cechy to koleżeńskość, kontaktowość, pewność że można na nim polegać. I tacy są właśnie ludzie z Patrolu. Po tym wszystkim popędziliśmy na ścianki, gdzie zaczęły się konkretne GOPR-owskie działania, to jazda na ściance, potem była "winda" czyli zjazd z bardzo wysokiej ściany na dół a później bardzo ważne zajęcia czyli wnoszenie i znoszenie rannego na noszach. Całość akcji jest asekurowana przez ludzi GOPR-u a nasza załoga musi wszystko wykonać zgodnie ze sztuką dotyczącą transportowania poszkodowanych. Wszyscy są wyposażeni w specjalistyczny sprzęt, wszystkie ruchy muszą być wcześniej uzgodnione, nosze asekurowane przez linę na górze i na dole aby bezpiecznie przetransportować poszkodowanego do miejsca skąd zabierze go karetka. Ekipę jeszcze czeka wąski zjazd rynną w dół i można zakończyć kolejne zadanie. Druga załoga musi dojść do poszkodowanego w zupełnie innym miejscu, przechodzą przez jaskinię i na szczycie dochodzą do poszkodowanej, która już wcześniej została już wyciągnięta z jaskini. Tą poszkodowaną jest Iwona, żona Grzesia z Fundacji. Cały transport, znowu ekipa musi przejść wszystkie etapy zabezpieczeń, asekuracji ale także umiejętności wydawania komend. Jest gorąco ale skutecznie metr po metrze poszkodowana jest transportowana do celu. To bardzo męczące i odpowiedzialne zadanie, w sumie leżący na noszach zdany jest na umiejętności całej grupy. Unieruchomiony w noszach bierze na siebie wszystkie wstrząsy, turbulencje i zawirowania. No i jesteśmy na dole, kolejne zadanie wykonane. Zakończyliśmy nasze zajęcia we wtorek po południu i pożegnaliśmy się tylko na kilka dni. Spotykamy się już za chwilę na Przystanku i dla nich będzie to już egzamin z tego wszystkiego, czego uczyli się cały rok. Dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na szkolenie, dziękujemy Bartkowi za wytrzymałość w zorganizowaniu kolejnego szkolenia i oraz wielkie podziękowanie dla ekipy Piotra Van Der Coghena za przeprowadzenie całego szkolenia.
Sie ma
Jurek
|
5. Szkolenie Pokojowego Patrolu, Barania Góra, Czerwiec 2001 r.
Tradycją szkoleń Patrolowych stało się to, że grupa Patrolowców za każdym razem odwiedza coraz to nowe, niesamowite miejsce w Polsce.
więcej »
Tradycją szkoleń Patrolowych stało się to, że grupa Patrolowców za każdym razem odwiedza coraz to nowe, niesamowite miejsce w Polsce. Tym razem zawitaliśmy na Baranią Górę, niewielki szczyt niedaleko miejscowości Wisła w Beskidzie Śląskim.
Było to pierwsze szkolenie Patrolu w górach. Dla ekipy Hartona, organizującej survivalową część szkolenia, był to chyba najlepszy teren. Skalisty, porośnięty lasem. A i pogoda urozmaicała zabawę - było wietrznie i mokro, górskie ścieżki były śliskie, na każdym kroku trzeba było maksymalnie wytężać uwagę. Zwłaszcza w nocy...
Już w piątek, kiedy tylko wszyscy zaproszeni na szkolenie znaleźli się na miejscu, zajęcia z Patrolem rozpoczęła Grupa Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska Białej. Czyli tradycyjnie - szkolenie z pierwszej pomocy. Całość zaproszonych Patrolowców podzielono na dwie grupy - i do pracy ! Wykłady, ćwiczenia, pytania, znowu ćwiczenia, potem zmiana tematu - i znowu wykłady, ćwiczenia, wykłady... Zasady bezpieczeństwa, podejście do poszkodowanego, badanie kompleksowe, resuscytacja itd. Wszystko to miało stać się dla Patrolu zbiorem konkretnych wiadomości a nie niezrozumiałych haseł. Dalej - jak zdjąć kask poszkodowanemu motocykliście, jak opatrzyć najróżniejsze rany, jak przetransportować poszkodowanego.
Po raz kolejny PCK-owcy okazali się fantastycznymi wykładowcami. Potrafili zainteresować każdego tym, czego maja nauczyć. A wszyscy słuchali ich słów z maksymalną uwagą, nie czując w ogóle upływającego czasu. Kilka godzin, jakie zostały nam do wieczoru, zleciało jak z bicza trzasł
Myślicie, że ktoś po tych zajęciach, bardzo przecież intensywnych, był tak zmęczony, żeby wykorzystywać wieczór i noc na spanie? Jeżeli tak - to mylicie się i to bardzo!!! Po kolacji nastąpiło coś w rodzaju wieczorku zapoznawczo - integracyjnego. Czyli w kilku punktach zebrały się grupy gaworzących, śmiejących się i śpiewających młodych ludzi. I wszyscy chodzili od jednej grupy do drugiej, poznając się z coraz to nowymi osobami. Prawdą jest, że po takim szkoleniu ta grupa kilkudziesięciu osób stanowi już dość zgrany i znający się zespół. Bardzo pomoże to Fundacji na Przystanku - Patrol szybciej będzie mógł się zorganizować i podjąć ciążące na nim obowiązki.
Dzień następny - sobota - zgodnie z tradycją, miał być najbardziej intensywny. Szkolenia miało dokończyć PCK, wszyscy musieli zdać egzamin by móc otrzymać unijne certyfikaty. I oczywiście zajęcia miał przeprowadzić HARTON. W lesie wokół ośrodka przygotowanych było kilka stanowisk z zadaniami dla Patrolu. W losowo wybranych grupach Patrolowcy musieli te wszystkie zadania przejść, ucząc się współpracować w zespole, poznając się i integrując. Zadania, jak zwykle, bardzo pomysłowe i... w rzeczywistości bardzo proste. O ile oczywiście wpadło się na odpowiedni pomysł i konstruktywnie zabrało do pokonania przeszkody. Oj, bardzo dużo pokazywały te zajęcia. Po pierwsze - od razu z grup wybijali się liderzy, którzy pokierowali grupami realizując swój własny lub grupowy pomysł. Ciężkie przejścia miała grupa, w której nie znalazły się na tyle silne jednostki, by podjąć się przewodnictwa. Zaczynały się wtedy dyskusje, wymiany poglądów, pomysłów, czasem drobne sprzeczki. Jeszcze gorzej rzecz się miała, kiedy w jednej grupie znalazło się dwóch liderów. Każdy chciał mieć ostatnie zdanie i przewodzić resztą, co pociągało ze sobą opłakane skutki. No i zmęczenie... Po kilku godzinach w niemalże ciągłym deszczu chyba każdy miał dosyć. Prawdziwy test wytrzymałościowy. A w gruncie rzeczy było to tylko przygotowanie przed tym, co miało nastąpić w nocy.
Kiedy wszystkie grupy wróciły do ośrodka, podano obiad, o po nim...
Po obiedzie chwilę zarezerwowano dla gości ze Stowarzyszenia Klon/Jawor. Fundacja rozpoczęła współpracę ze Stowarzyszeniem, głównie mając na uwadze Pokojowy Patrol. Dokładną informację znajdziecie niedługo na naszych stronach. A tymczasem - Uri Filipowicz wygłosił wykład o prawie do odmowy służby wojskowej. Tekstu tego wystąpienia również szukajcie na naszych stronach.
Wracając do opowieści o szkoleniu - nadeszła pora na drugą turę zajęć z PCK. O tyle ważną, że właśnie tego dnia trzeba było sprawdzić efekty wczorajszej i dzisiejszej nauki. Więc każdy miał czas na przećwiczenie wszystkich poznanych arkanów pierwszej pomocy, po czym musiał przystąpić do egzaminu. Oznajmiam wszystkim - ani jedna osoba tego egzaminu nie oblała!!!
W tym samym czasie trwały przygotowania do marszu nocnego. Taki marsz również stał się tradycją szkoleń Patrolu. Tym razem było to wyzwanie naprawdę ambitne. Pogoda nie poprawiła się w ciągu dnia, czyli cały czas padało, było mokro i ślisko. Chmury zakrywały niebo, nie można więc było liczyć na pomoc księżyca w nocnej wędrówce. I pamiętajmy - to był marsz po górach a nie spacer po nizinnym lesie. Każda grupa (ich skład nie zmienił się od zajęć przedpołudniowych) dostała mapę, kilka pomocnych wskazówek - i w drogę. Co kilkanaście minut kolejna grupa opuszczała ośrodek. W planach mieliśmy wejście na Baranią Górę, zejście z niej, z kilkoma zadaniami przygotowanymi przez Hartona i PCK. Na górze czekał nas test ze strzelania. Każda grupa dostała dwa karabiny typu PROCA, oraz przeciwnika w postaci balonów z ukrytymi informacjami co do dalszej wędrówki. Trafienie z procy w balon z jakichś stu metrów, jedynie przy świetle latarek - to nie lada sztuka. I sporo amunicji (czyt. kamieni) trzeb było zużyć, żeby cel swój osiągnąć.
Jak w każdym szkoleniu - były różne historie. Któraś z grup się zgubiła, któreś dwie się połączyły itd. Najbardziej rozbawiła mnie pierwsza ekipa, która opuściła ośrodek. W pewnym momencie ludzie Ci stwierdzili, że nie są pewni, gdzie iść. Schowali się więc w oczekiwaniu na grupę następną, by zdać się na nią i jej śladami pokonać trasę marszu. To się nazywa konstruktywne rozwiązanie problemu!!!
Po zejściu z Baraniej Góry i przejściu jeszcze kilku kilometrów Patrolowcy docierali do zadania przygotowanego przez PCK. Oczywiście wszystko miało związek z kursem pierwszej pomocy, który wszyscy tego dnia ukończyli. PCK-owcy przygotowali pozorację wypadku. Każda grupa musiała udzielić poszkodowanemu pierwszej pomocy, przygotować nosze i przetransportować go do końca marszu - jeszcze jakiś kilometr. Pozoracja była przygotowana tak dobrze, że, wierzcie mi, z prawdziwą obawą podchodziło się do poszkodowanego. PCK spisało się tu znakomicie!!! Patrol też - wszyscy zaliczyli ten punkt. Tu zresztą też znalazło się pole do popisu dla ludzi pomysłowych. Otóż nie każdemu było w smak wiązanie noszy i transport poszkodowanego na w końcu nie najkrótszą odległość. W którejś z grup znalazł się pomysłowy człowiek, który rozejrzał się wokół siebie i dostrzegł starą, ale sprawną taczkę. Zawsze to lżej kogoś wieźć niż nieść. A że jeszcze poszkodowany nie ma żadnych poważnych obrażeń, a jedynie skaleczenie stopy - taczka się nada!!! W ten sposób jedna z grup oszczędziła sobie wysiłku przy dźwiganiu noszy.
To zresztą było ostatnie zadanie na tę noc. Czekało nas teraz podsumowujące całe spotkanie ognisko, rzecz jasna - kiełbaski, oraz masa różnych opowieści, śmiechu i zabawy. Potwierdziły się moje obserwacje co do niesamowitej roli integracyjnej, jaką pełnią te szkolenia. Przekonany jestem, że jak tylko Patrol zbierze się na Przystanku, od razu stworzą się, niejako naturalnie, grupy z Mielna, Włostowic, czy Baraniej Góry.
Po ognisku jeszcze powrót do ośrodka. Dość daleka była to droga, ale komfort marszu o wiele większy, bo nie schodziliśmy już z utwardzonej drogi, a poza tym - w międzyczasie wzeszło słońce. Noc więc wykorzystaliśmy w pełni. Kiedy dotarłem do ośrodka (jako jeden z ostatnich Patrolowców) - było już zupełnie jasno, a część ludzi już smacznie śniła o minionych dwóch dniach i przeżytych przygodach...
Koniec - zgodnie z tradycją - to oficjalne spotkanie podsumowujące i rozdanie świadectw oraz certyfikatów. Potem pożegnanie i droga do domu. Do Bielska - Białej zabrał wszystkich autobus, a stamtąd każdy już ruszał w swoją stronę.
Jak już wspominamy to wszystko, co stało się tradycją Patrolowych szkoleń - nie zapomnijmy o najważniejszym. O tym mianowicie, że było to naprawdę niesamowite spotkanie, które każdemu z nas na długo zapadnie w pamięć. Mimo kosztu, mimo zmęczenia i mimo trudów, jakie każdy musiał ponieść - nie słyszałem ani jednego głosu niezadowolenia. Raczej wyrazy zachwytu i podziękowania płynące w stronę Jurka i Fundacji. Super, że tak dobrze się to wszystko udało!!!
Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy byli na Baraniej Górze. Słuchajcie - widzimy się już niedługo, na Przystanku Woodstock w Żarach, 10, 11 sierpnia 2001 r. Więc...
Do zobaczenia!!!
(Milkee) |
4. Szkolenie Pokojowego Patrolu w Sarnówku, 11-12 maja 2001 r
Piąte z rzędu szkolenie Pokojowego Patrolu odbyło się w dniach 11, 12 maja 2001 roku. Ja, jako organizator całego tego
więcej »
Piąte z rzędu szkolenie Pokojowego Patrolu odbyło się w dniach 11, 12 maja 2001 roku. Ja, jako organizator całego tego zamieszania, przyjechałem do Iławy dzień wcześniej, w czwartek 10 maja, a następnie pojechałem do Ośrodka Telewizji Polskiej w Sarnówku (12 km. od Iławy). Ku mojemu zaskoczeniu, w ośrodku czekały już 2 osoby z Wrocławia i 3 z Żagania. Co prawda, ośrodek był zarezerwowany dopiero od piątku, ale dzięki życzliwości kierowniczki cała piątka przenocowała za symboliczne 10 PLN. No i pies. Gosia z Żagania, znana jako "Mamuśka", przyjechała ze swoim czworonogiem, którego nie miała komu zostawić. Piesek dzielnie obszczekiwał wszystko i wszystkich, którzy tam się pojawili.
Cała ferajna Patrolowa zjechała się wczesnym rankiem w piątek i dzielnie czekała na przyjazd wynajętego autobusu. Co niektórzy dotarli na ten wyjątkowo piękny iławski dworzec już o 5 rano !!! Ponieważ czas rano biegnie wyjątkowo długo, szybko rodziły się pomysły typu: piosenka o Patrolu na melodię "kawalerii", czy zabawna ekipa telewizyjna z kamerą z plastykowych butelek i kartonu, prosząca o wywiad zaskoczonych podróżnych.
Autobus dowiózł wszystkich pod sam ośrodek i po piętnastu minutach już rozpoczynały się pierwsze zajęcia z ratownictwa przedmedycznego. Pierwsze zajęcia dotyczą teorii udzielania pierwszej pomocy: począwszy od tego jak fachowo wezwać karetkę kończąc na ochronie prawnej osoby udzielającej pierwszej pomocy. Po obiedzie część druga teorii: jak reanimować niemowlaka, jak zachować się podczas porażenia prądem etc.
Koło godz. 16 przyjechał Jurek z ekipą telewizyjną. Jurek zaprosił wszystkich na trawkę i przez godzinkę opowiedział o wszystkich przygotowaniach do Woodstocku. Cały pobyt w Sarnówku był filmowany przez "latającą kamerę Kręcioły". Obecność kamer onieśmielała tylko na początku, po paru godzinach niejeden Patrolowiec dzielnie udzielał pierwszego w życiu wywiadu telewizyjnego.
Zajęcia teoretyczne z ratownikami z PCK Bielsko-Biała skończyły się koło godz. 21 wieczorem, a już o 21.30 paliło się ognisko i rozpoczął się wieczór z "kawałem". Dowcipy się nie urywały i nawet wszechobecne komary nie odstraszały nikogo. Ognisko zakończyło się około północy zabawą z olbrzymią, kolorową płachtą z dziurką po środku. Problem polegał na tym, że wszystkie 50 osób trzymających tą płachtę musiało tak nią manewrować, aby położona na niej pomarańcza wpadła do środka. Grupa się naprawdę zintegrowała.
Późno w nocy wszyscy położyli się spać. Noc była zimna ale pięknie księżycowa. Ośrodek w Sarnówku położony jest nad jeziorem Jeziorak, w środku pięknych lasów bukowych. Zapadła wszechobecna cisza, słychać było tylko cykanie cykad.
W sobotę pobudka o 7.45, o 8.00 śniadanie, o 8.30 początek szkolenia. Tym razem cała grupa 60 osób podzielona została na mniejsze podgrupy, w których ćwiczyła zdejmowanie kasku motocykliście po wypadku, reanimację dorosłego i niemowlaka (na specjalnych fantomach zakupionych przez Fundację), bandażowanie przy różnego typu ranach itd. Po obiedzie część grupy reanimowało lalkę, a część miała pierwsze zajęcia na linach z grupą Hartona. Mosty, przeprawy to typowe zajęcia przygotowane przez niego. Tym razem zaskoczył nas nową wspaniałą zabawą mającą jednoczyć grupę. Polegała ona na tym że między dwoma drzewami rozwinięta była siatka, a przed siatką ustawiona była pochylnia z drewna. Cała grupa miała przejść po stromej, śliskiej pochylni, następnie musieli wdrapać się na siatkę i zejść po niej na drugą stronę. Cały problem polegał na tym, że grupa musiała przenieść ze sobą 50 l. beczkę napełnioną w wodą, bez uronienia ani kropli. Zadanie wymagało współpracy całej grupy.
Po kolacji wszyscy przygotowali się do marszu nocnego i punktualnie o godz. 21 wystartowała pierwsza z 8 grup. Każda następna ruszała co 10 minut. Dostali mapy, dostali kompasy i wytyczne. Po drodze trzeba było zaliczyć 4 punkty kontrolne. Na pierwszym wszyscy musieli przeprawić się przez bagnisty teren, na drugim, na którym czekałem razem z Pawłem (pierwsza grupa pojawiła się koło 24), musieli wybudować szałas z gałęzi z lasu, do którego wejdą dwie osoby. Trzeci punkt to zadanie przygotowane przez ratowników PCK. Trzeba było zabandażować rannego, usztywnić złamaną nogę, czy zrobić prowizoryczne nosze i przenieść rannego. Na czwartym punkcie, po przeniesieniu rannego, czekała niespodzianka w postaci ogniska, kiełbaski i puszki piwa.
Ostatnia grupa dotarła koło 6 rano. Wszyscy byli naprawdę zmęczeni, zmarznięci i szczęśliwi. Po krótkiej drzemce śniadanie, o 9.30 rozdanie certyfikatów, o 10 odjazd autobusu do Iławy. Niezłe tempo jak na takie dwie doby. Nie spotkałem się ani razu z niezadowoleniem, znudzeniem czy niechęcią uczestników. Wszyscy wracali zmęczeni i naprawdę zadowoleni. Oczywiście, podczas powrotu głośno rozbrzmiewała pieśń napisana przez Patrolowców na melodię "kawalerii": "do Patrolu wstąpić miałem..."
Aloha !!!
Bartek Dengusiak
|
3. Szkolenie Pokojowego Patrolu, Kule, kwiecień 2001 r.
Kule... Jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia gdzie leży ta mała miejscowość. Tak samo kilka miesięcy temu nie miałam
więcej »
Kule... Jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia gdzie leży ta mała miejscowość. Tak samo kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia jak to jest być członkiem Pokojowego Patrolu. Do tej "organizacji" należę od wiosny tego roku. Szkolenie było dla mnie pierwszym zetknięciem z ludźmi należącymi do Patrolu.
Jadąc pociągiem do Częstochowy miałam w głowie pełno pytań: jakich ludzi tam poznam, czy będzie to wszystko warte przebywania takiego kawałka drogi (ponad 500 km), czy odnajdę się w klimacie który tam panuje... Samotna podróż minęła stosunkowo szybko, jednak nieco gorzej przedstawiała się wizja samotnego dwugodzinnego czekania na dworcu Częstochowa - Stadom, na pociąg na dworzec główny. Ponieważ miejsce to o 5 rano nie wyglądało zbyt przyjaźnie, wręcz przypominało noclegownię dla bezdomnych, postanowiłam znaleźć sobie w miarę bezpieczne miejsce. Musiałam wyglądać dość wiarygodnie, gdyż po chwili przysiadła się dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Siedziałyśmy tak chyba z 40 min., aż w końcu ona pierwsza zapytała: Przepraszam może ty też na to szkolenie??? No i tak Agnieszka stała się moją pierwszą znajomą z Patrolu.
Kiedy dostałyśmy się na dworzec główny za bardzo nie wiedziałyśmy gdzie się usadowić, tak żeby przypadkiem nie przegapić autokaru Fundacji. Dźwięki gitary rozbrzmiewające na cały dworzec rozwiały nasze wątpliwości. Tu nastąpiło moje spotkanie z kolejnymi członkami Patrolu.
Autokarem dotarliśmy do ośrodka położonego w lesie nad samą Wartą. Zaraz po zakwaterowaniu i umundurowaniu nas w przepiękne czerwone koszulki rozpoczęły się zajęcia teoretyczne PCK. Na początku myślałam, że te 16 godzin zajęć będzie jedną wielką męczarnią, a podchodziłam do nich raczej jak do konieczności. Jednak już w pierwszych minutach wszystko się odwróciło i słuchanie z pozoru nudnej teorii wciągnęło mnie. Teraz wiem, że zdobyte umiejętności przydadzą mi się nie tylko podczas Przystanku, ale także w sytuacjach, które mogą wydarzyć się codziennie.
Wieczorem na basenie odbyło się nasze pierwsze spotkanie z ekipą posiadającą spory zasób niezwykle ciekawych zadań i pomysłów, czyli nikim innym jak Hartonem i jego ludźmi. Podzielono nas na grupy, w których mieliśmy do wykonanie kilka zadań. Było pływanie, nurkowanie, jakieś gumowe krążki, które trzeba było umieścić na dnie, dętki i kapoki, czyli jednym słowem wielkie, grupowe topienie się. Ale tak naprawdę, to nic innego jak spora dawka dobrej zabawy :) Po wieczornych zajęciach odbyło się spotkanie z Jurkiem, który powiedział trochę o organizacji przystanku, szkoleniu i o samej idei Patrolu. Po spotkaniu byliśmy wolni i część poszła spać, reszta postanowiła się integrować.
Drugi dzień naszego spotkania rozpoczął się wykładami PCK. Kolejna spora dawka wiedzy i zajęcia praktyczne. Tym razem to my musieliśmy wykazać się wcześniej zdobytą wiedzą. Wcale nie było łatwo uporać się z tak niewdzięcznym zjawiskiem jakim jest fantom. Strasznie trudno mu dogodzić - a to za mocno uciśnięty, a to znów za dużo powietrza wdmuchniętego do płuc. Ale trochę prób, pomoc instruktorów i wszystko stało się jasne jak słońce :)
Dnia drugiego, po obiadku, doszło do kolejnego starcia z ekipą Hartona. Tym razem musieliśmy do dyspozycji las, Wartę i sporo czasu. W podobnych grupach jak na basenie, ruszyliśmy na podbój przygotowanych dla nas zadań.
Na pierwszy rzut "Most Tarzana". Jeden człowieczek ubezpieczany przez grupę biegał po linie rozciągniętej między drzewami. Zadanie przede wszystkim dla osób nie mających problemów z utrzymaniem równowagi.
Następnie "Kanion". Znów liny i wiszenie nad ziemią, tylko że tym razem prócz sprawności fizycznej zadanie wymagało trochę logicznego myślenia.
Szybkie przemieszczenie i już jesteśmy przy kolejnym zadaniu, tym razem jest to "Literka A". I tu potrzebna była perfekcyjna organizacja pracy grupowej, gdyż można powiedzieć, że od nas zależały losy jednego z członków grupy...
Przedostatnie zadanie miało wiele wspólnego z lataniem, linami, wodą i ... piłeczką pingpongową - jednym słowem tylko ludzie Hartona mogli wpaść na coś takiego. Ostatnie polecenie brzmiało: "Z wszystkiego co tu macie zbudujcie tratwę, i opłyńcie nią tamtą boję". Z wszystkiego co tutaj macie czyli: pontonu (ale żeby nie było tak łatwo, miał być odwrócony dnem do góry), dwóch wielkich beczek, czterech lin i drewnianych belek. Cóż nie wszystkim ta sztuka się udała i w efekcie musieli w trakcie przeprawy przez Wartę zbierać części swojej rozsypanej tratwy. Nikogo jednak nie zraził pierwszy kontakt z rzeką i z uśmiechami na twarzach, znów pojawiliśmy się na zajęciach praktycznych PCK. Tym razem to już ostanie powtórki z bandażowania, zasad przenoszenia na noszach, zdejmowania kasku itp.
Około 22 rozpoczął się bieg patrolowy. Dostaliśmy mapy, na których były zaznaczone punkty kontrolne i kompas. W takich samych grupach, jak na zajęciach dziennych, byliśmy wypuszczani do lasu co 10 minut. Noc, jak na kwiecień, była wyjątkowo ciepła i jasna. Droga, dość monotonna, a na punktach kontrolnych - ku naszemu zdziwieniu - nie czekały na nas żadne zadania. Nie wiem dokładnie, ile kilometrów przeszliśmy, wiem tylko, że bardziej od śmiechu bolał mnie brzuch (cóż za nieziemsko rozrywkowa grupa mi się trafiła...) niż nogi od marszu :) Dla wszystkich największym zaskoczeniem był finał biegu - czyli legendarna przeprawa przez Wartę. Tu choćby nie wiem jak kombinować nie było mowy, żeby wyjść z tego suchą nogą. Takie zadania są niezwykłe. Gdyby mi ktoś kazał wiosną wejść do rzeki, spojrzałabym na niego jak na wariata i czym prędzej się z stamtąd ulotniła. A tu - słuchajcie, to teraz przepłyniemy tu sobie przez taka oto rzeczkę. I jak to przyjęliśmy??? Ok., spoko, jak trzeba to trzeba. Trochę chłodno w tej Warcie było, ale czy to stanowi jakikolwiek problem dla Pokojowego Patrolu... ?
Dnia trzeciego, odbyło się wręczenie ciężko wypracowanych certyfikatów - PCK i Hartona. Potem pakowanie, pożegnanie z lasem, Wartą, ludźmi z Fundacji, PCKiem, ludźmi Hartona i nowopoznanymi Patrolowcami. Jeszcze tylko słowo - Do zobaczenia na Przystanku - i każdy pojechał w swoją stronę.
Teraz już wiem jaka siła drzemie w Patrolu, że jest to klimat, w którym się odnalazłam, i że na takie szkolenie warto jechać nawet przez pół Europy. No i w końcu mogłam się przekonać co oznacza na mojej patrolowej koszulce napis WYTRWAŁOŚĆ...
Pozdrawiam!!!
Alicja
|
2. Szkolenie Patrolu, Włostowice, Luty 2001 r.
A więc we Włostowicach odbyło się trzecie, po Nestorówce i Mielnie, szkolenie Pokojowego Patrolu, a było tam tak...
O 8.30 w
więcej »
A więc we Włostowicach odbyło się trzecie, po Nestorówce i Mielnie, szkolenie Pokojowego Patrolu, a było tam tak...
O 8.30 w piątek dotarłem wraz z ekipą audycji RADIA PRZYSTANEK pociągiem do Puław, a stamtąd autobusem nr 12 do Włostowic. Zaraz po opuszczeniu autobusu znalazłem się w ośrodku, gdzie czekali już Ratownicy Grupy Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska-Białej, firma Harton-Makaruk, no i oczywiście śniadanie!!! Gdy już najadłem się do syta i ulokowałem się w pokoju, punkt 10.00 rozpoczęło się szkolenie PCK. Podzielono nas na dwie grupy, jedna szkoliła się w stołówce, a druga w sali telewizyjnej, gdzie i ja trafiłem. Zaczęło się 8 godzin dokładnego, uważnego i wesołego szkolenia, gdyż ratownicy oprócz ogromnej wiedzy i zaangażowania, mają również wielkie poczucie humoru i dzięki temu szkolenia nie są długie i nudzące...
Gdy zakończyło się szkolenie teoretyczne, obie grupy miały czas wolny do godziny 20.00, po czym czekała nas niespodzianka. Więc do godziny ósmej rozeszliśmy się w grupach. Jedni postanowili lepiej się poznać, inni zwiedzali okolicę lub zostali w ośrodku i np. grali sobie w pingponga.
O 20.00 czekała na nas niespodzianka, którą uprzednio przywiozła Straż Pożarna, a była to stara zastawa, w której jeden z ludzi Hartona i szef Patrolu Bartek udawali ofiary wypadku, a miejscowa Straż Pożarna i Grupa Ratownictwa Drogowego PCK z Bielska Białej dali doskonały pokaz ratowania życia ludzkiego. Szkoda tylko, że wcześniej nie podpalili samochodu, wszystko wyglądałoby trochę ciekawiej... Cóż, rozumiem, ludzie Hartona są na wagę złota :-))))
Po tym pokazie był ciąg dalszy odpoczynku. Jedni wrócili do swoich zajęć sprzed pokazu, a drudzy poszli spać. Ja byłem tej drugiej grupie, gdyż warto było wypocząć przed niespodziankami dnia następnego.
Obudziłem się po ósmej, a o dziewiątej zszedłem na śniadanie. Po nim dowiedziałem się, że grupa z sali telewizyjnej wychodzi na szkolenie w teren z ludźmi Hartona, a druga zostaje na szkoleniu z PCK i na... egzaminie ! Po obiedzie zamiana. I tak się stało. O 10.00 stałem przed budynkiem, gdzie podzielono nas losowo na grupy i wyszliśmy w teren, gdzie czekały na nas zadania wymyślone przez Hartona. Znalazłem się w grupie drugiej, a wraz ze mną Ania, Iwona, Marta, Magda, Grzesiu Duży, Grzesiu Mniejszy oraz Wielki Przemek - doborowa kompania, którą serdecznie pozdrawiam!!! Zadań było 5 i nazywały się kolejno: Rurociąg, Bagna, Wieża, Reaktor i Most. Nie zdradzę na czym polegały, ale mogę powiedzieć, że aby je wykonać, trzeba było się wykazać grą zespołową i tego między innymi miało nauczyć nas to szkolenie.
Po powrocie do ośrodka czekał na nas obiad, a potem szkolenie praktyczne PCK na fantomach i egzamin. Instruktorzy PCK wychwytywali nasze błędy oraz pokazywali, jak robić wszystko poprawnie. Tu dziękuję im w imieniu wszystkich, ponieważ wszyscy dzięki nim egzamin zdali.
W programie była jeszcze jedna atrakcja - marsz nocny. Godzina 20.00 wybiła i zebraliśmy się przed budynkiem ciepło ubrani, w dłoniach dzierżąc latarki. Miał to być sprawdzian gry zespołowej w terenie nocą. Jurek życzył nam wszystkim powodzenia, a potem jeden z ludzi Hartona dał nam kilka wskazówek przed wyjazdem w teren. Podzielono nas znowu na grupy, których składy wyglądały jak na szkoleniu za dnia, ale otrzymaliśmy teraz oznaczenie B. Wsiedliśmy wszyscy do autobusu i wyruszyliśmy. Autobus zatrzymywał się co jakiś czas i wypuszczał po dwie grupy po kolei. Na pierwszym przystanku wysiadła grupa A oraz moja grupa, czyli B. Dostaliśmy mapę, kompas oraz legendę. Na mapie zaznaczonych było 6 punktów: 1 start, 4 punkty meldunkowe oraz 2 punkty z zadaniami. Gdy po drobnych błądzeniach zaliczyliśmy punkty drugi i trzeci, oraz ominęliśmy niechcący punkt czwarty, dotarliśmy do punktu piątego, gdzie zaliczyliśmy słodko zadanie zwane kolejką. Ruszyliśmy ekspresowo do szóstki, gdzie musieliśmy wybrać dwóch liderów spośród nas, gdyż czekało nas zadanie zwane skokiem zaufania. I tak po wypełnieniu zadań i przejściu kilkunastu (a może więcej) kilometrów dotarliśmy po szóstej rano do ośrodka. Tu czekały na nas certyfikaty PCK-owskie, poświadczające ukończenie szkolenia, ważne w Unii Europejskiej.
Po krótkim odpoczynku i po śniadaniu zebraliśmy się przed budynkiem, gdzie Jurek podsumował całe szkolenie i nastąpiło ogłoszenie wyników. Najkrócej trasę, i tym samym najlepszą była grupa D. Po kilku jeszcze słowach Jurka oraz kilku pamiątkowych zdjęciach ruszyliśmy z żalem do domu.
Naprawdę było wspaniale i, mówię Wam, warto coś takiego przeżyć.
POZDRAWIAM WSZYSTKICH I DO ZOBACZENIA NA PRZYSTANKU WOODSTOCK!!!
Paweł
Warszawa, listopad 2000 r. |
1. Szkolenie Pokojowego Patrolu - Mielno-Unieście, listopad 2000 r.
Moi Drodzy!!!! Pojęcia nie macie, co ja przeżyłem!!! A razem ze mną jakieś 100 osób z Patrolu, które przyjechały na
więcej »
Moi Drodzy!!!! Pojęcia nie macie, co ja przeżyłem!!! A razem ze mną jakieś 100 osób z Patrolu, które przyjechały na drugie już szkolenie do miejscowości Unieście koło Mielna, nad samiuteńkim morzem. Tak, tak, kawał drogi co niektórzy musieli pokonać, jadąc z Warszawy, Krakowa i innych dalekich zakątków Polski. Ale co tam, nikt nie narzekał, wszyscy z niecierpliwością oczekiwali spotkania z Fundacją i całym Patrolem. No i na rozpoczęcie szkoleń z PCK. Bo mało kto wiedział, na czym ma polegać zapowiedziana zabawa z Piotrkiem Hartonem.
Pociąg pospieszny Warszawa - Koszalin, planowany odjazd godz. 2:19. Oj, jak ja obiecywałem sobie, że odeśpię tę noc w pociągu. Obiecanki cacanki, o czym się przekonałem, jak tylko spotkałem na stacji dosyć pokaźną grupę Patrolowców, jakieś 10-12 osób - dwie gitary, roześmiane twarze, radość i zabawa. Tak, ze spania w pociągu nici.
Myślicie, że żałowałem??? A gdzie tam!!! Żeby było ciekawiej, w samym pociągu następni ludzie - Kraków, południe Polski. Także w sumie uzbierała się całkiem poważna grupa Patrolu. Kiedy pociąg ruszył, nie trzeba było długo czekać - zaraz rozkręciła się zabawa, instrumenty poszły w ruch, stare rockowe przeboje znają prawie wszyscy, toteż nie żałowaliśmy gardeł i - szczerze powiem - "normalni" ludzie podróżujący w sąsiednich przedziałach raczej nie wspominają miło tej nocy. Zupełnie niesamowite było, jak szybko staliśmy się wszyscy dla siebie przyjaciółmi. Ludzie przeróżni, z bardzo odległych okolic Polski, zajmujący się bardzo różnymi rzeczami na co dzień - słuchajcie, to nie miało znaczenia. Nie było żadnych barier, słowo "Patrol" czyniło z nas wielką rodzinę bardzo serdecznych, pokojowo nastawionych do siebie i świata ludzi. Każdy z nas zapominał o codziennych troskach, obowiązkach, uciekaliśmy do przecudnej krainy Miłości, Przyjaźni i Muzyki, gdzie każdy dla każdego jest Przyjacielem przez duże „P”.
W tym miejscu pozdrawiam bardzo serdecznie przemiłą obsługę PKP. Raz oberwało nam się za nocne koncerty gitarowe, ale i tak myślę, że kolejarze byli bardzo wyrozumiali. Dzięki Wam wielkie!!!
W Koszalinie stawiliśmy się około południa, skąd zabrał nas autobus zorganizowany przez Fundację i przewiózł już do Mielna, a właściwie do Unieścia. Nocowaliśmy w Ośrodku "Floryn", skąd mieliśmy tylko kawałek nad morze. Sam ośrodek bardzo przytulny, ale z taką ekipą, prawdę powiedziawszy, nawet nocleg na więziennych pryczach byłby cudownym przeżyciem.
Szybki kwaterunek, przywitanie z resztą Patrolu, chwila oddechu i... Początek nauki. Grupa Ratownictwa Drogowego PCK z Bialska Białej miała przygotować nas do zdobycia honorowanego w Unii Europejskiej zaświadczenia o przebyciu kompleksowego kursu pierwszej pomocy.
Cały Patrol podzielony więc został na dwie grupy - tych, którzy odbyli już pierwsze zajęcia w Nestorówce, i tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z pierwsza pomocą. W tych dwóch grupach zaczęły się intensywne kursy, wykłady i ćwiczenia, kierowane przez bardzo fachową ekipę oraz prowadzone na profesjonalnym sprzęcie. Słuchajcie, jakem student, nie widziałem jeszcze tak przejętej nauką grupy młodych ludzi. Wszyscy niesamowicie chłonęli słowa instruktorów, z przejęciem i zaangażowaniem podchodzili do wykonywanych ćwiczeń. Zdawaliśmy sobie przecież sprawę, że umiejętności, które zdobędziemy, mają nam pomóc podczas pracy przy kolejnym Przystanku Woodstock w Żarach. Poza tym, rzecz niebagatelna, poznawaliśmy metody ratowania życia!!! I o ile nikt z nas raczej nie chciałby musieć korzystać z posiadanej wiedzy, to brak tejże w sytuacji, kiedy stanie się niezbędna, jest wystarczająco przerażającą perspektywą, by zmobilizować nas do maksymalnego wytężenia uwagi.
W tym miejscu muszę przekazać wielkie, wielkie podziękowania dla pracowników PCK z Bielska-Białej. Włożyli oni równie dużo zaangażowania w swoją pracę, starając się pokazać nam jak najwięcej i spowodować, byśmy naprawdę uwierzyli w to, że jesteśmy w stanie pomóc komuś najbardziej potrzebującemu. Dzięki, dzięki, dzięki, po stokroć dzięki!!!!!!!!!!
Ale przeliczył się ten, kto myślał, że po zajęciach z PCK będzie mógł zagłębić się w cieplutką pościel by odespać trudy podróży i całodziennych zajęć. Bo oto Bartek ogłasza - Patrol, ubrany ciepło, w nieprzemakalne kurtki, w ciepłych, mocnych butach i z latarkami, stawia się na zajęciach przygotowanych przez warszawską firmę HARTON-MAKARUK. Spotykamy się wszyscy w świetlicy naszego ośrodka, gdzie Jurek przedstawia nam Piotrka Hartona i jego ekipę. Po czym mówi - kto nie ma ochoty lub nie czuje się na siłach, nie musi przystępować do nocnych zajęć. Cieplutka pościel czeka, musu nie ma. I jak uważacie, jaka była odpowiedź Patrolu na pytanie - "Czy jesteście pewni że chcecie wziąć w tym udział???". Głośne, gremialne TAAAAAAAK!!!!! Odbyło się losowanie, które wyłoniło wśród nas 15 kilkuosobowych grup. Nie było dobierania się ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi, ludźmi z własnych kręgów czy okolic Polski. Całkowita przypadkowość osób - przecież musimy się nauczyć współpracować z całym Patrolem, żeby móc jak najlepiej spełniać swoje zadania na Przystanku.
W tym miejscu pozdrawiam serdecznie grupę 3 - słuchajcie, i tak byliśmy najlepsi!!!!
Jeszcze ostatnie ustalenia przed wyjazdem i pod Ośrodek podjechał autobus, który cały Patrol zabrał w zupełnie odludne miejsce, wysadzając nas wzdłuż mało uczęszczanej drogi w środku lasu. W 4 punktach wysadzono po 4 grupy, każda otrzymała mapę, na której zaznaczone było miejsce w którym opuściliśmy autobus i miejsce docelowe, gdzie musieliśmy się stawić by połączyć się duże grupy i ruszyć w dalszą drogę. Pogoda zupełnie nas nie rozpieszczała, cały czas sączył drobny deszcz, było zimno i ciemno. Nawet nie podejrzewaliśmy, że przejście tego lasu było dla nas najtrudniejszym zadaniem. Wiele grup pobłądziło, krążyło wokół punktów docelowych, nie mogąc tam trafić. Nasza grupa też nieźle się zakręciła, po wyjściu z lasu sporo drogi kosztowało nas poszukiwanie miejsca zbiórki, przedzieraliśmy się przez pole, jakieś sadzawki, ktoś tam wpadł po kostki w wodę, generalnie koszmarna droga. A po tym wszystkim wróciliśmy do punktu wyjścia i okazało się, że generalnie byliśmy bardzo blisko, tylko poszliśmy w nieco inną stronę. Cóż, teraz śmieszne, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Kiedy wreszcie spotkaliśmy się, grupy 1, 2, 3 i 4, i złożyliśmy razem nasze mapy - na każdej był fragment kodu, a na jednej klucz do jego rozszyfrowania - wyznaczyliśmy sobie kolejny cel wędrówki. Miejscowość Dobiesławiec (fantastyczna nazwa!!!), do której trzeba było dotrzeć przedzierając się przez pole i przechodząc jakieś kanały. Znowu ktoś znalazł się po kostki w wodzie, ale ogólnie w dobrych nastrojach dotarliśmy do celu, gdzie napotkana przez nas czujka Piotrka Hartona poinformowała nas - jesteście pierwsi. Po czym otrzymaliśmy dwie busole i kolejny cel, w którym czekało nas pierwsze zadanie grupowe. Cóż, zabraliśmy co mieliśmy zabrać i w drogę. Przedzieraliśmy się przez bardzo trudny teren, idąc wzdłuż linii wysokiego napięcia. Początek był całkiem przyzwoity, ale potem weszliśmy w jakieś chaszcze, było ciemno, gałęzie smagały nas po twarzach, mijaliśmy jeden słup po drugim i nie było widać końca. Wreszcie wydostaliśmy się przy jakimś kanale i idąc wzdłuż niego znaleźliśmy most, który okazał się szukanym przez nas posterunkiem ekipy Hartona. No i pierwsze zadanie - zbudować szałas dla całej grupy używając tylko tego, co znajdziemy wokół siebie. A nie było nic poza kilkoma drzewami i gęstwiną trzciny. Właśnie ta trzcina posłużyła nam jako główny budulec. Tym razem ja wkopałem się po kostki do wody, także do końca wędrówki dane mi było czuć nieprzyjemne chlupotanie w butach. Jeszcze tylko jakieś patyki, kawałek sznurka i przygotowaliśmy sobie prowizoryczny namiot. Może nie był najpiękniejszy, ale na pewno włożyliśmy w niego dużo wysiłku i serca. Spieszyliśmy się, bo już czuliśmy na plecach oddech następnej grupy, a mimo iż nie były to wyścigi, to czuło się ten dreszczyk rywalizacji, chcieliśmy być do końca pierwsi. Także zaraz po tym, jak zaliczono nam zadanie jako wykonane, zebraliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w dalszą drogę, szukając kolejnego wyznaczonego punktu. Każdy zmęczony, wielu miało poranione ręce. Nie macie pojęcia, jaka ta trzcina była ostra!!!
Tym razem już trzymaliśmy się drogi, pamiętając problemy z przedarciem się przez te chaszcze. Szybkim krokiem zmierzaliśmy do kolejnego zadania, mocno zaciekawieni, co też jeszcze Piotrek Harton wymyślił. Tym razem pomogli mu PCK-owcy z Bielska Białej. Bo oto w kolejnym punkcie mieliśmy za zadanie opatrzyć poszkodowanego z raną głowy i podejrzeniem uszkodzenia kręgosłupa, sporządzić z tego, co znajdziemy wokół siebie nosze, i przetransportować poszkodowanego do miejsca, gdzie udzielona mu zostanie fachowa pomoc. Oczywiście trzeba zastosować teraz w praktyce wiadomości, jakie pozyskaliśmy podczas całodniowych zajęć z PCK. Błyskawicznie wybieramy osobę, która będzie symulowała ofiarę wypadku, dzielimy się na dwie grupy i przystępujemy do pracy. Część z nas zajmuje się opatrzeniem rannego, a reszta buduje nosze. Mamy tylko gałęzie i zwój sznurka. Słuchajcie, moim skromnym zdaniem były to bardzo udane i wytrzymałe nosze, opatrunek pierwszej klasy, a poszkodowany naprawdę dostał się w dobre ręce. Także bez problemu zaliczyliśmy to zadanie i mogliśmy ruszyć dalej. A kiedy opuszczaliśmy miejsce pracy, już pojawiła się tam następna grupa. Dlatego szybkim krokiem udaliśmy się w kierunku następnego, ostatniego już zadania.
A nie było ono łatwe. Dla małego przypomnienia, była noc i cały czas mżył lekki deszczyk. Jakże zdziwiło nas, gdy przy kolejnym posterunku Hartona znaleźliśmy blaszane kubki i wodę. Po chwili wszystko się wyjaśniło - chce nam się pić, jest nam zimno, musimy zagotować sobie herbatę. Wyobrażacie sobie??? Wszystko wokół jest mokre, a my musimy rozpalić ogień. Wszystko mokre??? Okazało się że nie do końca. Dlatego po chwili konsternacji rozeszliśmy się po lesie szukając suchych gałęzi, liści i wszystkiego, co da się palić. Po zebraniu odpowiedniej ilości paliwa dwóch z nas przystąpiło do rozpalania ognia. I - muszę Wam powiedzieć - poszło im to niespodziewanie sprawnie. Musieli znać jakieś harcerskie metody, bo podeszli do sprawy z głową i po kilku minutach widzieliśmy już ogień. Potem kubki, woda i czekanie... Gotuje się już??? Nie, jeszcze chwila. A teraz??? Już prawie. No i wreszcie udało nam się doprowadzić wodę do temperatury na tyle wysokiej, że mogliśmy wrzucić do niej torebki z herbatą. Zadanie wykonane. Radość wielka, chociaż zastanawialiśmy się, co czeka nas jeszcze dzisiejszej nocy. Nie widzieliśmy raczej miejsca, skąd autobus mógłby nas zabrać z powrotem do ośrodka...
Co???? Autobus??? Oj, szybko musieliśmy wybić sobie to z głowy. Jedyny środek lokomocji, jaki może nam pomóc w dostaniu się do upragnionych łóżeczek to własne buty. Niestety!!! Słuchajcie, musieliśmy obejść na około jezioro, pokonać jakieś kilkanaście kilometrów. Pojawiło nam się przerażenie w oczach, po takiej męczącej wędrówce nagle się okazuje, że to jeszcze nie jest połowa dystansu. Przeszliśmy prawdziwy test na wytrzymałość, ale i na współpracę w grupie. Dlatego, że niektórzy mieli sił dużo i mogli iść szybko, inni zaś nie dali rady, chociażby z powodu niezbyt wygodnego obuwia. A do celu miała dojść cała grupa, a nie jej fragmenty. No i oczywiście cały czas spodziewaliśmy się pogoni kolejnych grup, co mobilizowało nas niesamowicie. Bardzo dawno nie przeszedłem takiego dystansu, jak tej nocy. Nogi bolały potwornie, woda w prawym bucie doprowadzała mnie do pasji. Ale to tym bardziej sprawiało, że nie dawałem za wygraną i trzymałem się czołówki grupy. Co jakiś czas robiliśmy przystanki, by reszta grupy dociągnęła, ale i dla odpoczynku. Już nie błądziliśmy, więc po przejściu tych kilkunastu kilometrów dotarliśmy do Unieścia. Tu mieliśmy znaleźć kolejny punkt zaznaczony na mapie, mieszczący się na plaży tuż koło ośrodka. Bardzo zmęczeni dotarliśmy tam, a przywitał nas Jurek i chłopaki od Hartona. Dostaliśmy walizkę z elektronicznym wyświetlaczem, cyfrową klawiaturą i czterema wystającymi kabelkami w różnych kolorach. Zadanie - rozbroić bombę. Trzeba najpierw wstukać kod, otrzymany po połączeniu w całość i uszeregowaniu zebranych podczas podróży cyfr, potem jeszcze przeciąć jeden z przewodów. Sami musimy zgadnąć, który. A na wyświetlaczu już pojawił się zegar, odmierzający czas pozostały do eksplozji. Mała łamigłówka, chwila myślenia, trochę szczęścia i... uufff, udało się. Bomba nie wybuchła. Jurek mówi - gratulacje, pierwsi skończyliście naszą zabawę, możecie iść do ośrodka i życzę Wam udanej nocy.
HHUUURRAAAA!!!!! Rzadko kiedy przeżywa się taką radość. Byliśmy z siebie niesamowicie dumni, udało nam się przetrzymać trudy, cało dojść do końca i wykonać wszystkie zadania. Czuliśmy się potężni, najlepsi, nie znający strachu i obaw przed czymkolwiek. Bo po takiej szkole - cóż może nas pokonać? Nie było na nas mocnych.
Wróciliśmy do ośrodka. Część mogła udać się na spoczynek, a część musiała jeszcze poczekać na współlokatorów, którzy mieli klucze od pokojów a byli w innej, późniejszej grupie. Ostatni Patrolowcy dotarli do ośrodka około 6 nad ranem. Zabawa trwała więc całą noc. Możecie wierzyć, cudowne przeżycie!!!
W tym miejscu chciałbym pozdrowić serdecznie całą ekipę HARTON-MAKARUK. Kochani, przeżyliśmy dzięki Wam niesamowitą przygodę, nauczyliśmy się nieco innego spojrzenia na ludzi wokół siebie, nauczyliśmy się dążyć do współpracy, poznaliśmy lepiej siebie. Dzięki, dzięki, dzięki, po stokroć dzięki!!!!
Podziwiam bardzo PCK z Bielska Białej. Czy wiecie, że oni zaraz następnego dnia, po dosyć krótkim jednak odpoczynku, przystąpili do kolejnych zajęć z pierwszej pomocy. Z tym, że my też nie byliśmy gorsi i w komplecie stawiliśmy się w świetlicy, by dalej chłonąć wiedzę. Wszyscy bardzo zmęczeni ale szczęśliwi. Kolejne wykłady, ćwiczenia i... egzamin. Tak, nie ma przebacz. Trzeba udowodnić, że nauka nie poszła w las tak jak my wczoraj, i zdać egzamin ze wszystkich czynności i zasad, jakie podczas ratowania okażą się nieodzowne. A po egzaminie wszyscy, którzy go zdadzą, otrzymają certyfikat o ukończeniu kursu pierwszej pomocy. Słuchajcie, z tego co wiem, wszyscy ten certyfikat zdobyli. Nie macie pojęcia z jaką radością na niego dzisiaj patrzę. Nie dość że jest dowodem na to, że wiem wiele bardzo pożytecznych i ważnych rzeczy, to jeszcze że włożyłem dużo trudu żeby te rzeczy wiedzieć. Jestem cholernie dumny, że mam ten dokument, widnieje na nim moje nazwisko. Wierzcie mi, fantastyczne uczucie.
Ale to nie koniec. Wiecie, co poczuliśmy, kiedy Bartek zakomenderował - po obiedzie wszyscy spotykamy się, ubrani i wyposażeni tak jak wczoraj pod ośrodkiem. Boże, czyżby znowu jakieś nocne manewry. Jest wprawdzie jeszcze dzień, ale niedługo zachód, a przejście kolejnych kilometrów przyjdzie nam z jeszcze większym trudem. Ale nie, tym razem odległości nie są tak wielkie, a zadania mają nas nauczyć współpracy. Bo z tym wczoraj były największe problemy. Znowu - 4 grupy i 4 zadania. Pierwsze - wyścig narciarski. Problem w tym, że na każdej parze nart (w rzeczywistości długich desek ze sznurkami) miało się zmieścić kilkanaście osób. Trzeba znaleźć lidera, który pokieruje tak grupą, by wszyscy w jednej chwili podnosili nogi i umożliwili przesuwanie nart do przodu. Wygrała grupa, która liczyła najmniej osób. To naprawdę nie było proste, sami kiedyś spróbujcie. Za to zabawy i śmiechu było przy tym co niemiara, aż brzuch bolał.
Drugie zadanie - przeciągnąć wysoki pal przez wąską ścieżkę utrzymując go w pionie jedynie za pomocą kilkunastu sznurków. Każdy dostał jeden sznurek do ręki i trzeba było pracować razem, żeby to zadanie wykonać. Cholera, ale pomysły ma ten Harton. Długo się męczyliśmy, raz pal nam się przewrócił, trzeba było go stawiać znowu. A sama ścieżka miała najpierw spadek, potem podnosiła się do góry. Ciężko było, ale udało nam się. Opiekun mógł zaprowadzić nas do kolejnego zadania.
A tu zadanie sprawnościowe. Każdy z nas musiał pokonać most, sporządzony z dwóch lin, jedna nad drugą. Trzeba było po tych linach wejść na dość wysokie drzewo, a tam zjechać inną liną na ziemię. Dla większości z nas skończyło się to bólem rąk, bo sił trzeba było włożyć bardzo dużo aby pokonać te paręnaście metrów po tych linach. Każdemu się udało, mnie również, ale szczerze powiem, że miałem ze dwa momenty, kiedy żałowałem, że w ogóle wszedłem na to ustrojstwo. Kiedy jednak dotknąłem nogami ziemi - cóż za uczucie, cóż za duma, cóż za radość. Koniec świata!!!
To jeszcze nie koniec. Kolejny pomysł Piotrka Hartona okazał się równie szalony jak poprzednie. Zadanie - zawieszony nad sadzawką pełną aligatorów (umownie, oczywiście) bal wydłużyć, doczepiając do niego kawałek konara, po czym trzeba na niego wejść i ciężarem ciała podnieść i przekręcić na drugą stronę, by przejść nie dotykając podłoża i nie stając się obiadem dla głodnych aligatorów. I znów - potrzebna współpraca oraz lider, który pokieruje grupą. Zadanie okazało się niezwykle trudne i - jeżeli mam być szczery - nie do końca sobie z tym poradziliśmy. Jak już zamocowaliśmy tę przedłużkę i obróciliśmy bal, okazało się, że jest jednak za krótki. Więc z powrotem na drugą stronę, rozwiązywanie, przywiązywania na nowo, i znów sprawdzamy. Tym razem - za długi. Ale z małą pomocą Jurka udaje nam się przekręcić bal, spadamy przy tym z konstrukcji, wspinamy się na nowo - generalnie męczymy się strasznie. A żeby nie było zbyt prosto - bal trzeba zarzucić na taki wojskowy taboret, jakby nie patrzył, lekki bardzo. Toteż przy którejś próbie taboret się przewraca. Znowu kupa śmiechu, zabawy. Cudowny wieczór, bo kiedy wracaliśmy do ośrodka było zupełnie ciemno.
Oficjalna część spotkania dobiegła końca. Nie macie pojęcia, jaka duma nas rozpierała, jakie szczęście wypełniało piersi. Słowami uznania żegnała się z nami ekipa PCK i HARTONA. Zresztą ci drudzy zostali przyjęci do Patrolu, otrzymali okolicznościowe podkoszulki. Z naszej strony - wielkie brawa, rzecz jasna, oraz szczere podziękowania. Po czym wszyscy udaliśmy się na pożegnalne ognisko. Było zimno, ale już nie padało, także z rozpałką nie było tak dużego problemu. No i rzecz jasna rozprężenie, bardzo wesoły koniec, zabawa, gitara, tańce i piosenki, okrzyki - radość na całego. Po każdym Przystanku Fundacja organizuje takie ognisko pożegnalne, ale to jedno przeszło wszystkie przystankowe jakie pamiętam. Odchodziłem z ostatnimi Patrolowcami. A wielu została jeszcze na korytarzu, bawiąc się do rana, by już pierwszym pociągiem udać się do domu. II szkolenie Patrolu dobiegło końca.
W tym miejscu chciałbym pozdrowić serdecznie Jurka Owsiaka i całą Fundację. Dzięki wielkie!!! To Wy stworzyliście zjawisko pt. Pokojowy Patrol, to Wy daliście nam możliwość przeżycia tego wszystkiego, co starałem się opisać. Z nieukrywaną niecierpliwością oczekuję VII Przystanku Woodstock, kolejnego spotkania z Wami wszystkimi i całym Patrolem. Wtedy to nie będzie już nauka, zabawa, tylko ciężka praca przy koncercie, czyli spełni się sens tego wszystkiego, co przeżyliśmy w Unieściu. Jurek, dzięki, dzięki, dzięki, po stokroć dzięki!!!
Słuchajcie wszyscy!!! Kolejne szkolenie Patrolu już w lutym. Jeżeli tylko macie ochotę - możecie stać się częścią naszej rodziny, możecie sami przeżyć to wszystko o czym tu przeczytaliście. Warunek jest jeden - znaleźć czas w sierpniu 2001 roku by przyjechać na Przystanek i pracować tam dla ludzi, którzy będą gośćmi Koncertu. No i trzeba mieć wówczas skończone 18 lat. Kierujcie do mnie wszelkie pytania dotyczące Patrolu, Przystanków, szkoleń itd., a ja postaram się wszystko wyjaśnić, opowiedzieć i pomóc we wstąpieniu do PP. Czekam na e-maile!!! Jeszcze jedna rzecz. Zdjęcia, które oglądacie obok tego tekstu są zrobione przeze mnie i zeskanowane dzięki uprzejmości Fundacji i Bartka. Jeżeli macie jakieś fotki z Mielna - przesyłajcie je do mnie. A ja postaram się wzbogacić tę opowieść o kolejne obrazy.
Pozdrawiam Was serdecznie!!! I do zobaczenia na VII Przystanku Woodstock Żary 2001.
Sie ma!!!!
Milkee |
Spotkanie Pokojowego Patrolu - Winobranie w Zielonej Górze
Opowiada Kaska
Miesiąc po Woodstocku. Patrolowy chat na krzysiowej stronie tętni życiem. Żadne z nas nie może doczekać się Finału:
więcej »
Opowiada Kaska
Miesiąc po Woodstocku. Patrolowy chat na krzysiowej stronie tętni życiem. Żadne z nas nie może doczekać się Finału: TO DOPIERO W STYCZNIU!!!!!
"Musimy spotkać się wcześniej" stwierdził ktoś z patrolowej braci. Oczywiście, patrol potrafi, znalazła się świetna okazja na urządzenie zlotu dla stęsknionych - 14-16 września w Zielonej Górze odbywa się coroczne święto na zakończenie sezonu zbierania winogron.
Dwa tygodnie po ustaleniu miejsca zjazdu spotykamy się wszyscy w domu Ani i Efy (część przytaszczyła z sobą namioty!!! Nie mówiąc już nic o ciepłych ciuchach na mroźne noce). Dzięki wspaniałomyślności Ani spaliśmy jednak całą gromadą w jej pokoju, przez co nasze plany upychania jak największej ilości ludzi w jednym namiocie runęły w gruzach. (Chyba do końca nie wiedziała co robi.)
W trakcie tych trzech, bogatych w wydarzenia dni, były momenty zadumy. Chwilą ciszy w piątkowy wieczór przy zapalonych świeczkach uczciliśmy pamięć zmarłych we wtorkowym zamachu w US. Każdy z nas docenił całoroczne szkolenia i żałował, że nie może być teraz za oceanem i zwyczajnie pomóc.
Były również chwile zabawy i radości wynikającej z samego faktu, że znów widzimy znajome mordki. Pierwszy wieczór, jeszcze niecałkiem skompletowani (Farmaceuta, Gunner i Karol dojechali w sobotę), spędziliśmy w bardzo klimatycznym pubie o wdzięcznej nazwie "Cztery Róże Dla Luciene", tuż naprzeciw Ratusza. Ci, którzy nie znali się wcześniej, co jest jednak możliwe przy pięciu setkach ludzi, mieli okazję pogadać.
Filip odebrał telefon od Karola z Wielkopolski. Dojedzie jutro. Super, wszyscy się cieszą z kolejnej mordy, która do nas dołączy. Jednak po chwili zastanowienia - JAKI KAROL???? Wszyscy w niepewności czekali poranka, żeby go poznać. Okazało się, że oczywiście każdy wiedział o kogo chodzi.
Facetów ogarnął dziki szał, rzucanie na materace, przechodzenie przez ścianę, Towdi gwałcił Toudiego, a dziewczyny miały bardzo stylowy, poranny makijaż. Wszystkie oprócz Funi. Praca nie oszczędza nikogo. Jak się jednak później okazało, szef widząc ją po nocy spędzonej z nami kazał wrócić do domu i porządnie się wyspać. Oczywiście wróciła do nas. :-)
Wracając z dworca już w komplecie (niektórzy mieli komitet powitalny), wstąpiliśmy na kanapkę ze smalcem do przydworcowego baru (jadłam lepsze!!!) i ruszamy na zielonogórski deptak pełen straganów. Koniecznie zdjęcie z króliczkiem Duracellem. Małe zakupy. Obiadek.
O godz. 18 spotykamy się w Klubie Abstynenta na premierowym występie kabaretu Ani i Efy "...nie pamiętam..." (po tym co zobaczyłam... wierzcie mi na słowo, Ance to nie podskakiwać!!!!) Potem zajebisty koncert kapeli "Skandal". Ja proszę ich na przystanek w przyszłym roku!
Tak przy okazji, to Patrol powinni wynajmować jako znakomicie bawiącą się publiczność! I tu ukłony dla taty naszych gospodyń!!!!!
Po posileniu się ostrymi kiełbaskami z ogniska, małym odpoczynku, kawce (ince!) znów ruszamy na miasto, dokładnie do wcześniej wymienionego pubu naprzeciwko Ratusza. Niektórzy nabawili się zakwasów po tańcu przy muzyce jaka była, inni bólu głowy. Po powrocie do domu czekała nas sałatka z tuńczyka... bez tuńczyka, zrobiona przez Marcina (chwała Ci za nią!!!!)
Teraz przejdę do tragicznych chwil, bo i takie się znalazły. Amerykanka, skutkiem osowego ugryzienia w szyję (romantyczka z tej osy ;-)), wylądowała w szpitalu. Po zastrzyku w tyłek wróciła do nas cała i... obolała. Ania wróciła do domu z pięknym guzem na czole (po tylu urazach w głowę dziwne, że tylko z jednym!) Kot naszych gospodarzy zaliczył podniebną naukę latania. (samobójca, wrócił następnej nocy). No i nie mogę nie wspomnieć o 13-sto letniej dziewczynce (nie mam pojęcia skąd się wzięła!!!!), którą mieliśmy się przez całą noc zaopiekować.
Jedną z najtragiczniejszych chwil było rozstanie.
Ogromne podziękowania dla MAMY i TATY EWY I ANI!!!!! No i ich samych za przygarnięcie. Takie nieoficjalne zloty patrolu bardzo nas zbliżają. Jest wreszcie czas na to, czego brakuje podczas przystanku - poznanie się i rozmowę. No i na inne rzeczy :-)
Czekam na kolejny zjazd, już niedługo w Poznaniu!!!!
Pozdrawiam serdecznie, ściskam mocno tych co byli w Zielonej, i do zobaczenia niedługo!!!
Kaska |
Przystanek - Patrol, czyli... NESTORÓWKA 2000 r.
Czy wiecie, że około 80% śmiertelnych ofiar wypadków samochodowych w Polsce mogłoby przeżyć, gdyby w chwilę po wypadku znalazł się
więcej »
Czy wiecie, że około 80% śmiertelnych ofiar wypadków samochodowych w Polsce mogłoby przeżyć, gdyby w chwilę po wypadku znalazł się ktoś, kto znałby podstawowe zasady pierwszej pomocy? A czy wiecie, na jakie pytania musicie odpowiedzieć zgłaszając wypadek służbom ratowniczym? Czy wiecie, że oprócz miejsca wypadku powinniście powiedzieć, ile osób jest poszkodowanych i w jakim są stanie?
Tak sobie myślę, że w zdecydowanej większości nie wiecie. Ja też nie wiedziałem, dopóki nie wziąłem udziału w spotkaniu Pokojowego Patrolu, jakie zorganizowała Fundację pod koniec sierpnia 2000 r. w Nestorówce koło Żagania. Dwa dni spędzone przez blisko 200 młodych ludzi upłynęło pod znakiem zabawy i... nauki. Otóż bowiem na to spotkanie zaproszono dwie bardzo poważne instytucje - PCK i GOPR, które miały pokazać nam, jak radzić sobie w sytuacjach krytycznych, w jakich może postawić nas życie bez względu na to kim jesteśmy i co robimy. Co począć, jak już to przysłowiowe kowadło spadnie nam z nieba na głowę.
Zacznijmy od początku. Dojechaliśmy do Żagania po wielu godzinach dosyć męczącej jazdy. Także kiedy wreszcie odnalazłem dworzec w Żaganiu (co okazało się nie lada sztuką !) i kiedy zobaczyłem kolorowy tłumek koczujący na stertach plecaków i pakunków - odetchnąłem z ulgą. Okazało się jednak, że za wcześnie, bo celem mojej wędrówki był nie Żagań, tylko Nestorówka, kilka kilometrów dalej. Zdobyłem się więc na jeszcze jeden wysiłek (i mój samochód także) i pod wodzą Bartka dotarłem do Nestorówki. Słuchajcie, tak fantastycznego miejsca na to spotkanie ze świecą by szukać w całym kraju. Teren prywatny, jego właścicielem jest stolarz, który zaprzyjaźnił się z Jurkiem i Fundacją podczas ostatniego Przystanku w Żarach. Jeżeli widzieliście Koncert Wielkanocny, to skojarzcie sobie "Nabucco" Verdiego. To ten sam człowiek, który zafundował biwakującym Przystankowiczom taki piękny kawałek muzyki.
A jak tam wygląda? Duża, zielona polana, ogrodzona płotem, z bramą wjazdową, a wszystko otoczone lasem, dosyć gęsto rosnącymi drzewami. Przy bramie zorganizowany był już mały parking, więc mój samochodzik mógł grzecznie zacząć odpoczywać. A ja, objuczony bagażami, ruszyłem w głąb tej polany. Od razu w oczy rzuciła mi się scena. Daleko jej było do tej z Przystanku, ale i niejedno małe miasto w Polsce pozazdrościło by takiego urządzenia. Scena była już ustawiona, przygotowana, prezentowała się naprawdę imponująco. A pod nią, zupełnie jak na Przystanku, rozbite namioty. Taka mini wersja miasteczka Przystankowego. Słuchajcie, byłem w szoku. Od razu ruszyła maszynka w głowie - kto będzie grał?????? Co raz to nowe nazwy przewijały się w myślach - Suprise, Acid Drinkers, Obstawa Prezydenta, wiele innych. Na te właściwe jednak nie trafiłem. Na pierwszy wieczór przewidziane były Plebania, Olej i Raz Dwa Trzy. Do koncertu jeszcze powrócę.
Moje słodkie rozmyślania przerwało przybycie reszty grupy spod dworca, którą Fundacja dowiozła autokarem w pobliże Nestorówki, a potem zafundowała kilkukilometrowy spacer lasem. Także dotarli po chwili, zmęczeni, ale i zaaferowani sceną i wybudowanym leśnym pubem, o którym nie wspomniałem, a który też fantastycznie zaskakiwał zaraz po wejściu na polanę. Jak się potem dowiedziałem, była to robota pierwszej grupy patrolowców, która dotarła tu już rano. Zaskoczony tym faktem nie zdążyłam ochłonąć, kiedy kazano mi się błyskawicznie rozbijać, bo za chwil kilka rozpocznie się szkolenie. "Jakie szkolenie do diabła?!?!?" - pomyślałem. To zaskoczenie poważnie podburzyło moje wyobrażenie o tym spotkaniu. Rozejrzałem się wokół siebie, zobaczyłem stojącą karetkę pogotowia, potem niegdyś fundacyjnego, a teraz należącego do GOPR mercedesa "bezpieczne wakacje", i coś zaczęło mi świtać. No a całkiem po chwili dowiedziałem się, że zaraz odbędzie się wykład z podstawowych zasad survivalu i zachowania w górach, prowadzony przez GOPR, który to wykład pierwsza grupa Patrolowców odbyła już dziś rano. A dalej przewidziane jest szkolenie PCK dotyczące zasad udzielania pierwszej pomocy. O takim szkoleniu mówiło się w Patrolu już od jakiegoś czasu, wielu z nas pisało do Jurka, że bardzo przydałoby się przekazanie nam kilku podstawowych reguł, które tak bardzo mogą się nam przydać na Przystanku, ale i w codziennym życiu także. Sam Jurek też miał już dosyć słuchania o Patrolu rzeczy w stylu - "A, to Ci, którzy sprzątają po koncercie". Dlatego porozmawiał z przyjaciółmi z PCK i GOPR właśnie, i oni postanowili zorganizować nam takie szkolenie. Z czego, nie ukrywam, jestem niesamowicie zadowolony po dzień dzisiejszy. W trakcie tego wykładu dowiedziałem się wielu ciekawych i ważnych rzeczy. No i uzmysłowiłem sobie, jak poważne konsekwencje może przynieść lekkomyślność i głupota ludzka. Nie jestem w stanie przytoczyć tutaj tych wszystkich opowieści, ale mówię Wam - czasami tragedie są powodowane tak absurdalnym zachowaniem ludzkim, że całość, gdyby nie tragiczny finał w postaci czyjejś śmierci lub trwałego kalectwa, można by potraktować jako niezły dowcip.
Po wykładzie była kolacja i koncert. Przyznam się Wam, że tego pierwszego wieczoru potraktowałem bardzo ulgowo dźwięki płynące ze sceny. Przypadkiem musiałem wybrać się do Żagania, a i ogólne zmęczenie dawało znać o sobie. A chciałem bardzo doczekać kolejnej atrakcji - otóż, wyobrażacie sobie, Fundacja zainstalowała obok sceny duży ekran, na którym wyemitowane zostały dwa filmy. Pierwszego wieczoru poszedł "Rejs". Niesamowite, ten film jest starszy od większości gości w Nestorówce, a mimo to Ci mogliby wyrecytować z pamięci wszystkie kwestie w odpowiedniej kolejności. Jak powiedział Jurek - fonia była właściwie niepotrzebna. Gdyby coś wysiadło, ludzie spokojnie daliby sobie radę. "Rejs" obejrzałem. I padłem (ze zmęczenia, oczywiście).
Słuchajcie, stanowczo odradzam biwaki począwszy od połowy sierpnia. Cóż, chyba klimat nam się zmienia, bo takich zimnych nocy o tej porze roku ja nie pamiętam. Temperatura spadała do kilku stopni powyżej zera, a podejrzewam, że przy powierzchni ziemi była tylko ciut wyższa o zera. Chyba w życiu tak nie zmarzłem.
Także nawet cieszyłem się, kiedy o świcie zostałem obudzony celem zmiany warty przy jednym z ognisk. Bo ogniska były dwa - jedno zaraz pod bramą, a drugie dużo bardziej w kierunku sceny, tam głównie zbierali się ludzie z namiotów. Ogień cudownie rozgrzał dłonie, a po chwili całe ciało, wreszcie odetchnąłem. I obiecałem sobie, że na noc następną zgoła odmiennie przygotuję sobie posłanie.
Po dwóch godzinach zostaliśmy na warcie zluzowani, ale już nikt się nie kładł. Nie opłacało się, tym bardziej, że wszyscy myśleli o jakimś śniadaniu. Tego się doczekaliśmy, po czym w swoje ręce wzięła nas ekipa z PCK. Dzień ten miał zakończyć się egzaminem świadczącym o poznaniu najbardziej podstawowych zasad udzielania pierwszej pomocy. Cały patrol został podzielony na dwie grupy i do dzieła. Najpierw wykład, który zawierał bardzo dużo informacji, których próbkę mieliście na początku tej opowieści, a które niesamowicie dały do myślenia. No i oczywiście rzecz najważniejsza - jak reagować podczas już konkretnych wypadków - złamań, oparzeń, ukąszeń i wielu innych. Taka refleksja mi się nasunęła wówczas - wszyscy kierowcy mają obowiązek posiadać w samochodzie podręczną apteczkę. Natomiast tak naprawdę nie wymaga się od nich posiadania umiejętności korzystania z niej. Żaden kurs prawa jazdy nie obejmuje swoją tematyką pierwszej pomocy, a w testach egzaminacyjnych teoretycznie może przydarzyć się jakieś pytanie, ale będzie ono banalne i tak naprawdę nie poruszy najbardziej potrzebnych kwestii. A to spotkanie w Nestorówce nauczyło nas bardzo wiele, bardzo ważnych rzeczy. Przy czym nie był to jeszcze pełny kurs, bo i czasu było niewiele. Potrzebne jest co najmniej kilkanaście godzin wykładów i ćwiczeń, żeby zdobyć certyfikat honorowany w Unii Europejskiej. PCK prowadzi takie kursy, zainteresowanych odsyłam na strony WWW Polskiego Czerwonego Krzyża.
A my wracamy na polanę w Nestorówce, gdzie właśnie trwa taki skrócony wykład. Po nim miało odbyć się szkolenie praktyczne i ćwiczenia, ale jakoś to się poprzesuwało. Bo i plan napięty - nadeszła kolej grupy Familia zajmującej się terapią i pomocą ludziom uzależnionym od narkotyków. Bardzo przejmujący wykład szefa Familii wysłuchało całe 200 osób zebranych w Nestorówce. Po nim był bardzo ciekawy fragment szkoleń. Nauczono nas, jak z bawiącego się tłumu bezpiecznie wydostać jakąś poszkodowaną osobę. Słuchajcie, facet symulujący poszkodowanego miał ze 100 kg, a wynieść go musiały trzy osoby, w tym dwie dziewczyny. Pacjent był mokry, spocony i zupełnie bezwładny. Wierzcie mi - sztuka taka jest możliwa !
Obejrzałem sobie jeszcze prawdziwy wigwam indiański. Tak, gościem w Nestorówce był szaman indiański. Można było spróbować biegania boso po rozżarzonych węglach. Eeee... Może przejdziemy do dalszej części opowieści...
Dopiero wieczorem, po obiado-kolacji, przystąpiliśmy do drugiej części zajęć PCK. Czyli pokazano nam, jak sprawdzić podstawowe funkcje życiowe ofiary wypadku, jak dokonać wstępnego badania, jak ułożyć ją w tzw. "pozycji ustalonej" i jak prowadzić akcję resuscytacji w zależności od wieku pacjenta. Zajęcia kończyły się już przy dźwiękach koncertu, potem jeszcze egzamin i... część edukacyjna spotkania dobiegła końca. Poświęcony jej bez reszty załapałem się jednak na koncert Zbyszka Hołdysa. W towarzystwie zespołu, w którym występowali m.in. Artur Gadowski i Wojtek Pilichowski. Słuchajcie, to był jeden z najlepszych koncertów, jakie w życiu wysłuchałem. A byłem już na kilku. Wart rejestracji i publikacji. W ciężkim szoku byłem, słuchając dokonań basisty Pilichowskiego, podobno najlepszego basisty w Polsce. Opinię mogę potwierdzić, pamiętając jego występ w Nestorówce. Ech, brak słów. Chłopaki nie mogli zejść ze sceny. Już odłączyli sprzęt, zwinęli kable, ale po chwili publiczność zmusiła ich, by podłączyli się znowu. Długo to trwało. A kiedy już się skończyło - nie myślcie sobie, że to koniec atrakcji. Została jeszcze emisja filmu dokumentalnego, jaki nakręciła ekipa Jurka podczas wizyty na amerykańskim Woodstock 1994. Film naprawdę fantastyczny, potraktowany przez TVP bardzo po macoszemu i wyemitowany kiedyś w środku nocy. Ja miałem to szczęście, że przyczaiłem się i zapisałem na taśmie video ten dokument, dzięki czemu znam go niemalże na pamięć. W związku z tym pozwoliłem sobie na chwilę słabości i... padłem po raz drugi.
Jeszcze tylko odpowiednie przygotowanie posłania, cebulowe warstwy ubrań i można było zapaść w słodki sen. Tym bardziej, że następnego dnia czekała mnie wielogodzinna podróż powrotna. Koniec imprezy.
Słuchajcie, uważam te dwa dni za jeden z najważniejszych dla mnie weekendów tych wakacji. Wywiozłem z Nestorówki olbrzymią dawkę "Pozytywnych Wibracji" i wiedzy bardzo, moim zdaniem, potrzebnej. Właśnie świadomość tej potrzeby była największym darem. Wewnętrzne przekonanie, że czasem kowadło spada z nieba. I wtedy w grze o życie swoje lub innych kluczowa rolę gra wiedza, którą niewielu z nas posiada. Nie ukrywam, będę się starał odbyć pełny kurs w PCK. I Was też do tego zachęcam. Życząc Wam jednocześnie, żeby te wiadomości nigdy się Wam nie przydały. Gdyby jednak... Sumienie nie da Wam spokoju, jeżeli z własnej winy zaprzepaścicie okazję do przejścia kursu pierwszej pomocy, a życie kiedyś postawi Was w sytuacji, kiedy okaże się on niezbędny. Tego też Wam nie życzę.
Należą się jeszcze podziękowania. Dla Jurka i Fundacji najpierw, za to, że podjęli się zorganizowania tego spotkania. Słuchajcie, jesteście WIELCY!!! Że chce Wam się to wszystko robić, że macie z tego radochę - to przywraca wiarę w ludzi. Dzięki!!!
Dla wszystkich gości w Nestorówce. Za to, że stworzyliście taką atmosferę, jak panowała przez te dwa dni. Za to, że stanowicie taką grupę ludzi, dla której żywię głęboki szacunek, w którą wierzę i na której polegam.
Oddzielne pozdrowienia, dla wszystkich Przyjaciół i całej Grupy VII Patrolu. Za to że miałem to szczęście Was spotkać, że jesteście w moim życiu. Dzięki!
Podobne spotkania jak to w Nestorówce Fundacja ma organizować w przyszłości. Już nie mogę się doczekać.
Pozdrawiam serdecznie!!!
|
|